Wyznanie geja

Wyznanie geja

Oni pracowali „na wydrę”. Jeden podstawił mi nogę, a drugi uderzył hakiem w żołądek. Złamałem się wpół i odruchowo zasłoniłem twarz. Poczułem szarpnięcie za pasek na przegubie dłoni. Zrywali mi zegarek. Dołożą jeszcze parę kopniaków… Ocknę się zmasakrowany, pozbawiony zegarka, portfela, może nawet butów. „Wydrowcy” zabierają wszystko. Lecz tak się nie stało.

– O kurwa! – posłyszałem głos jednego z napastników. Potem stęknięcie.

Opuściłem dłonie, którymi osłaniałem twarz i spojrzałem. Pojawiła się pomoc. Niezwykle sprawna i skuteczna. Niewysoki mężczyzna. Bardzo szybki. Napastników było dwóch. Jeden słaniał się, mocno zamroczony. Drugi jeszcze walczył. Jednak mój wybawca był lepszy. Atakował seriami, raz w górę i raz w dół. Tak na przemian. Tańczył jak prawdziwy bokser. Przeciwnik padł. Nokaut! Byłem uratowany.

Tak poznałem Jureczka. Wychodził akurat z pobliskiej bramy i zobaczył, jak mnie dopadli. Pośpieszył z pomocą.

– Chcieli obrobić – stęknąłem, wycierając pokrwawiony i obolały nos.
– Nie lubię takich nygusów – powiedział. – Atakują zgrają, zawsze od tyłu. Szczury miasta… Jeszcze był trzeci – dodał.

– Ale uciekł od razu.
– Pracują na wydrę – wtrąciłem.

Spoglądałem z wdzięcznością na swego wybawcę. Naprawdę pojawił się jak anioł. W samą porę.

– Albo na bombę – rzekł i uśmiechnął się lekko. Uśmiech miał ujmujący. Śniada, trochę cygańska twarz i biel zębów w ustach.

Jureczek był chłopakiem z miasta i nic z jego ciemnych, występnych spraw nie było mu obce. Mieszkał od urodzin na Sielcach, w tej kurczącej się enklawie małych domków, warsztatów i ogródków między zieloną górą, która była niegdyś wysypiskiem śmieci i wdzierającą się z drugiej strony inwazją wieżowców, mrówkowców czy jak nazwać to szare, wielopiętrowe budownictwo.

Jego ojciec był furmanem, rozwoził węgiel do domów, gdzie jeszcze korzystano z pieców. Matka pracowała jako sprzątaczka w jakimś biurze. Miał dwoje rodzeństwa. Brat był milicjantem z drogówki, siostra ekspedientką w sklepie spożywczym. Jego ojciec, jak to wozak, wiecznie pijany, okładał swą chabetę baciskiem, bluzgając na cały głos gamą wymyślnych przekleństw.

Zwyrodniałe katowanie konia stało się pierwszym powodem konfliktu między nim i ojcem. Nie mógł tego znieść. Od wczesnego dzieciństwa napatrzył się na bezbronne, miotające się z bólu zwierzę i pastwiącego się nad nim człowieka. Ten widok po stokroć gorszy dla niego niż okrucieństwo ludzi wobec siebie. Zamykał oczy i zatykał uszy. Uciekał. A mimo to ojciec okładający drągiem konia ciągle go prześladował.

– Odkąd pamiętam, mój stary tak się wyżywał – powiedział. – Na moich oczach wykończył kilka koni. – Zamyślił się smętnie. – To chyba jego rewanż za wszystko. Za całe to tango, złamane życie. Wisiało to od początku jak fatum nade mną i tak bardzo nie chciałem, żeby moja droga była powtórką tego, co dane zostało ojcu.

Siedzieliśmy przy kawie i koniaku w „Alhambrze”. Nieco zdziwiłem się wyborem tej kawiarni, jednak nic nie powiedziałem. Była to kawiarnia homoseksualistów. Przy stolikach dużo młodych chłopców i starszych mężczyzn. Siedzieli parami. Przeważnie milczeli i głęboko patrzyli sobie w oczy. Randki zakochanych jednej płci. Dosyć osobliwy widok dla nie oswojonych oczu. Niektórzy wyzywający jak kokoty z tą charakterystyczną ostentacją ludzi broniących swej odmienności z otwartą przyłbicą. Inni niepewni, jakby zawstydzeni, rozglądali się płochliwie.

Jureczek wyraźnie miał tutaj status bywalca. Rzucał wokół pozdrowienia i jego pozdrawiano z niekłamaną serdecznością. Zauważyłem ponadto, że popatrywano na niego powłóczyście. Muskularny, śniady, o szybkich energicznych ruchach boksera wagi lekkiej czy cyrkowego akrobaty. W „Alhambrze”, wśród miękkich, kobieco zachowujących się osobników wyróżniał się zdecydowanie męskim wyglądem.

W rozmowie ze mną nie ukrywał niczego. Patrzył prosto w oczy i mówił. To zaczęło się jeszcze w poprawczaku. Zaprzyjaźnił się z jednym chłopakiem. Początek w odmienności. Tamten słaby, niezaradny i nieśmiały. Natomiast on dawał sobie świetnie we wszystkim radę i ten drugi zbudził w nim opiekuńcze odruchy. Ta więź w ich gwarze nazywała się „herbatnikowaniem”. Dzielili się papierosami, żarciem z wypiski, ciuchami. Herbatnicy! Może od parzenia mocnej, czarnej herbaty, która wprawiała w swoisty trans, ekstazę. Budziły się śmiałe pragnienia, wiele barier nagle łatwych do pokonania. Zwierzali się więc sobie z różnych oczekiwań, nadziei. Ostatni nocny papieros i przyciszona rozmowa.

Jureczek znalazł się w poprawczaku za młodzieńcze wybryki. Czupurny szesnastolatek nie lubił nikomu ustępować. Jakaś zwada z kierowcami autobusów w zajezdni MZK. Interwencja milicjanta. Stawiał czynny opór władzy. Tak powiedziane zostało językiem sądowego protokołu.

– Wypiąstkowałem trochę tego gliniarza. – Uśmiechnął się dziecinnie, a zarazem po łobuzersku, buńczucznie.

Więc kontakty z herbatnikiem. Był to chłopak delikatny, przerażony miejscem, w którym się znalazł. Obronił go raz, drugi przed agresją towarzyszy niedoli. Wprowadzał w arkana sztuki życia w tym wilczym, okrutnym środowisku małoletnich przestępców. To stało się jednak czymś więcej niż przyjaźnią. Długi czas sam sobie tego nie uświadamiał. Pierwsze dziwne sygnały: dotyk, jedno ciało ociera się o drugie, prąd zaczyna go przenikać. Mocne, fizyczne wrażenie. Przychodzi niepokój, zażenowanie. Ale także chęć na ponowny dotyk. Sygnały pojawiały się i zanikały. Jeszcze nie zmuszały do głębszego zastanowienia się nad przyczyną zamętu. Po prostu wybuchały nagle impulsy i nie wiadomo co one znaczyły. Nie dochodziły jeszcze do świadomości. Wspólny nocny papieros stał się rytuałem. Leżeli obok siebie. Tego papierosa wypalali na jednym łóżku. Jeden przenosił się do drugiego. Żeby być bliżej. Tak to się zaczęło. Pogłębiało się niezauważalnie. Oglądali się nawzajem, sprawdzali muskulaturę. Dotknięcie przechodziło w pieszczotę. Gwałtownie odrywali od siebie ręce jak złodzieje przyłapani na gorącym uczynku. Zażenowani, niespokojni. Nawet unikali się w takich chwilach wzrokiem. Kryli się starannie przed innymi chłopakami. W dzień szorstcy wobec siebie, brutalni, tak jak było w zwyczaju tej dzikiej zbiorowości. Obawiali się kpin, dwuznacznych żartów. Chcieli być tacy jak wszyscy. Noc była ich osobistą, sekretną sprawą. Nieoczekiwanie na scenę dramatu wkracza wychowawca, lubieżny węszyciel. Jureczek przypadł mu do gustu. Miał chęć na Jureczka. Dawał to do zrozumienia bardzo wyraźnie. Brutalny i łagodny na przemian. Uparcie dążył do celu. Posuwał się do szantażu. Roztaczał przed nim kuszące widoki. Obdarzy go swoją opieką. Szczególne przywileje. Przepustki na wolnościowe wypady, wyjazdy do domu. Zaprosił do swego pokoju. Poił alkoholem. Jureczek nie odmawiał. Nieczęsta to przecież okazja w poprawczaku. Głowę miał mocną i opróżniać zaczęli już drugą butelkę. Wychowawca ledwie usta maczał w kieliszku i dolewał mu wciąż.

– Za dobrą znajomość, mój chłopcze – powtarzał. Jureczek wychylał swoje szkło do dna. Pijąc czuł na sobie czujne, przenikliwe spojrzenie wychowawcy.

Tamten wyraźnie czegoś oczekiwał. Czego? Sprawdzał jego kondycję do przyjmowania alkoholu. Oto skończyła się butelka wódki. Teraz na stole pojawia się wino. Chce go zwalić z nóg. A też dłonie tego niemłodego mężczyzny o nalanej żółtawej twarzy coraz częściej dotykały jego dłoni. Niby przypadkiem, a tak natrętnie zatrzymywały się na jego dłoniach. Gorące i wilgotne. Odpychające. Odsuwał się więc. Tamten jednak uporczywie garnął się do jego ciała.

– Wypijmy brudzia! – Owionął go nieświeżym, kwaśnym oddechem i przywarł swoją twarzą o szorstkich, nie ogolonych policzkach do jego twarzy. Ustami szukał jego ust. Wyraźnie już przestał panować nad sobą. A przecież był najzupełniej trzeźwy. Cóż tak podziałało na niego? Szepcząc żarliwie i niezrozumiale, zsunął się z krzesła i klęknął przed nim. Rybio cały spocony. Ale nic nie pomagało. Cały czas ściskał go za gardło ogromny żal. Poczucie odebranego szczęścia. Aż dławiło to nieszczęście, w przystępie bezsilnej rozpaczy wydobył z ukrycia kawałek wyostrzonej blachy i sposobem praktykowanym przez kryminalnych wyrokowców ciąć zaczął przegub dłoni. Wreszcie przeciął sobie żyłę. Trysnęła krew. Wściekła satysfakcja. Walił głową w ścianę. Śmiał się i płakał. Wpadli wychowawcy. Związali go w kaftan. Izba chorych, nałożyli szwy, przeleżał kilka dni. Leżał odwrócony do ściany i słowem się do nikogo nie odezwał.

– Tak mnie to męczyło – wspomina i choć tyle lat minęło od tamtych wydarzeń, najwyraźniej przeszłość wróciła na chwilę z dawną mocą. – Chyba miałem przeczucie, że coś nieodwołalnego nastąpiło w moim życiu. Ech! – Machnął ręką. – Bo ja wiem!…

Dlaczego mnie zwierzał się z tego wszystkiego? Już od początku naszej znajomości była w nim niepohamowana potrzeba zwierzeń. Może kryła się w tym podświadoma chęć porządkowania swego życia. Ukrywane domagało się ujawnienia. Spokojnej, rzeczowej artykulacji. Pewno dawało to ulgę.

Porządkował swoją przeszłość. Ale dlaczego mnie wybrał za spowiednika? Przecież nie miałem podobnych doświadczeń i upodobań. Może potrzebował bezstronnego świadka. Tak oto zostałem wciągnięty w obszar jego życia.

Był chłopakiem z ferajny. U nich w tej peryferyjnej enklawie zachowały się jeszcze dawne, nieformalne więzi międzyludzkie. Starsi koledzy już zaznali skutków poważniejszych kolizji z prawem, odbywali wyroki w więzieniach, ciała mieli poznaczone tatuażami i kryminalne reguły gry były ich dekalogiem. Charakterniacy. Oni takich, co to służą do uprawiania więziennej, zastępczej rozkoszy, nazywali cwelami. Korzystali z ich usług, ale bili ich i poniewierali niemiłosiernie. Po charakterniakach byli w tym wykoślawionym obrazie społeczeństwa frajerzy, czyli zwykli zjadacze chleba. Cwele zaś stali najniżej w hierarchii. Poza nimi nikt już nie był niżej. Pozbawieni honoru i wszelkich praw. Nieludzie. Myślał o tym. Nie mógł nie myśleć o tym. Jeszcze nie wiedział dlaczego coraz częściej widział siebie w roli cwela. Cwel albo parówa. Mówiło się tak i tak. Dlaczego siebie kojarzył z tym poniżającym statusem. Na to nie jeszcze odpowiedzi. Próbował chodzić z dziewczynami. U nich w ferajnie wcześnie zaczynała się dojrzałość. Przespał się z jedną, drugą. Miał nawet swoją sympatię. Chodzili ze sobą. Tak to się mówi. Podobał się tej dziewczynie. Pracowała u Wedla. Nieraz obrzucała go przeciągłym spojrzeniem.

– Niezła sztuka – mówili koledzy. – Leci na ciebie.

Wybrali się kilka razy do kina. W ciemności jej ręka docierała do jego ręki. Brała ją w gorący uścisk. Byli na zabawie u Wedla. Poszli w krzaki nad Kamionkowskie Jeziorko. Nie opierała się wcale. Lecz nie odczuł żadnej przyjemności. Przymus, obojętność. Przemożna chęć ucieczki. Zagadki kobiecego ciała tak fascynujące mężczyzn, jemu wydawały się czymś odpychającym, nieczystym.

Zapamiętał z dzieciństwa taką scenę. Gdzieś w chaszczach nad Wisłą mężczyzna zwalił się na kobietę. Ona odpychała go powtarzając: „Jestem chora!” Nie wierzył jej i posapując wdzierał się między szeroko stawione uda kobiety. Wreszcie kobieta pokazała mu dowód prawdy. Wyciągnęła z tego miejsca między udami. Krew na wacie. To zapamiętał. Podziałało na niego jak wstrząs. Uciekł przerażony. I po latach, próbując rozkoszy z dziewczynami, o tym myślał nieustannie. Czuł się nieszczęśliwy, chory. Znajdował się na rozdrożu. I nie wiadomo którędy miała prowadzić jego droga. Najchętniej włóczył się samotnie po mieście i myślał o swoim nieszczęściu.

– Taka odmienność to jednak nieszczęście – mówi nagle i patrzy na mnie przenikliwie. – Jak to nazwać inaczej?

Patrzył długi czas. Czekał na odpowiedź. Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć. Opuściłem głowę. – Dla normalnych to ohyda, prawda? – posłyszałem jeszcze jego głos.

Był na pewno człowiekiem wrażliwym. Nie tylko żądza, zmysły dominowały w jego życiu. Istniała również silnie rozwinięta strefa wyższa. Uczucie, potrzeba uczucia. Nigdy tego nie powiedział wprost. Lecz nieustannie pojawiało się to pragnienie miłości ukryte między słowami. Opowieść o „herbatniku” z poprawczaka brzmiała jak prawdziwy poemat o miłości.

Cóż, jeszcze jeden poszukiwacz Absolutu. Tak sobie pomyślałem.

Przełom w jego życiu nastąpił najbanalniej w świecie. Zaczęło się od knajpy. Popijał wtedy dosyć dużo. Chciał zagłuszyć, uśpić te wszystkie rozterki. Wygasić cały ten buzujący płomień w środku. Więc pił i obok niego przy barze jakiś facet, podstarzały elegant, szastał forsą. Towarzyski, wesoły. Pełen rozmachu, hojnie stawiał. Zdawkowa rozmowa, jak to bywa przy barze między mężczyznami. Poznał kompana. Od razu zrobiło mu się lżej. Poszli w hulaszczą wędrówkę po nocnych restauracjach. Tamten zaprosił go do siebie. Rankiem, leżąc na ogromnym łożu pod baldachimem obok tego poznanego przypadkiem mężczyzny, w pokoju niby buduar, obwieszonym fotografiami nagich młodych mężczyzn, pełnym perwersyjnie porozstawianych luster, fioletowych i różowych draperii, nasyconym mdlącą wonią perfum – zrozumiał wreszcie, jak z nim jest naprawdę. Rozglądał się ciekawie i nic go nie odpychało. Choć było w tym wnętrzu coś chorego, wynaturzonego, to jednak poczuł się dobrze i lekko, po raz pierwszy uwolniony od dręczących go rozterek.

Tak to się zaczęło. Niepokój, strach, rozpacz, cała szarpanina pełna sprzecznych impulsów ustąpiła pełnej świadomości swoich potrzeb i upodobań.

Nie było mu łatwo. Chłopaki z jego ferajny to ważna sprawa. Silne więzi, razem od dzieciństwa, wspólne doświadczenia, tworzyli zgraną żulię i nie mieli przed sobą tajemnic. Musiał się przed nimi ukrywać. Grać nie swoją rolę. Udawać, że wszystko jest po dawnemu. Toteż chodził razem z nimi na zabawy, tańczył z dziewczynami, wychodził w noc z jakąś i później zwierzali się ze swoich zdobyczy, żartując ordynarnie i licytując się w sukcesach. Musiał się kamuflować. Co mógł uczynić innego? Cały pochłonięty tą grą, uważny, skupiony, czuwał nad każdym słowem i gestem. Nie chciał być obcy. Bardzo potrzebował swojego miejsca na ziemi. Czy długo tak można udawać? Odkryli go przypadkiem w strefie jego rzeczywistych upodobań. Randka z chłopakiem. Takim co to na odległość do rozpoznania. Afektowany, miękki głos, taneczne ruchy. W owej odsłonie zobaczyli go najbliżsi druhowie.

– Parówa! – To słowo jak kamień pierwszy raz uderzyło go w plecy.

Stali na rogu. Jak to było w ich zwyczaju, wystawali przed tą starą, przedwojenną kamienicą, która zachowała się cudem przy zbiegu dwóch ulic. Centralny punkt dzielnicy. Miejsce zbiórek. Zawsze tu wystawali. Pokolenie za pokoleniem. Tak samo jego ojciec w młodości. Stary, czynszowy dom z oficyną w podwórzu, mury poryte pociskami, odarte z tynku, utrącone balkony, w bramie śmierdziało szczynami. Lubił to miejsce. Historia, tradycja, która była ich własnością. Stałe miejsce w zmieniającym się gwałtownie świecie. Przechodził akurat. Pozdrowił ich. Popatrzyli na niego dziwnie jakoś. Przeciągłe spojrzenia, wredne uśmieszki. Zauważył mimochodem. Jednak nie zastanowiło go to wcale. Spieszył się gdzieś. Może na randkę z chłopakiem? A kiedy już przeszedł, tak za nim zawołali: „Parówa!” Przyspieszył kroku, uciekł po prostu. Dostał obuchem w głowę. Cóż, zdawał sobie sprawę. Kiedyś musiał ten moment nastąpić. Odtąd wyzwiska zaczęły się powtarzać. Coraz bardziej jawne i natarczywe. Przestali go już zupełnie szanować. A przecież liczył się dotychczas w swojej społeczności. Miał trwałą, wysoką pozycję. Tak mu się wydawało dotychczas. Jednak, po odkryciu jego sekretnego życia, wyrzucili go za nawias. Przestał dla nich być równoprawnym partnerem. Stał się w ich mniemaniu miękką i płaczliwą ciotą. Gorzej! Zastrachaną, więzienną parówą. Taki mieli bydlęcy obraz homoseksualistów. Niektórzy z nich posiedli nawet pewne okrutne doświadczenia w tym przedmiocie. Wybierali się łowić pedałów. Nieraz tak wieczorami wystając na rogu i gwarząc, nudzili się wyraźnie. Gdzie iść, co robić? I wtedy jeden z nich rzucał hasło. Łowy na pedałów! Wypatrywali odmieńców i udawali ochoczych chłoptysiów. Potem w łeb nieszczęśnika i zabierali mu zegarek, forsę. Bił się kilka razy z tymi, co go przezywali. Różnie bywało. Raz był zwycięzcą, innym znów razem pokonanym. Bić się umiał. Przez pewien czas trenował boks. Miał nawet pewne osiągnięcia w swojej wadze jako junior. Zdobył również bogate doświadczenie w ulicznych bójkach. Wymusił więc dla siebie pewien respekt. Już nie szydzili z niego wprost. Tylko za plecami. Zawsze przechodząc wyobrażał sobie, co o nim poszeptują. Ohydztwa, plugastwa, same świństwa. Mimo woli garbił się. Oni i on. Już nawzajem sobie obcy. Ostatecznie został napiętnowany. Jego ulica, rówieśnicy, węzeł wspólnoty, poczucie oparcia kręgu najbliższych – wszystko minęło bezpowrotnie. Wyrósł mur najeżony szkłem i drutami. Przemykał się jak ścigany. Żeby nikogo nie spotkać i nie widzieć tych charakterystycznych, jakże wrednych uśmieszków. Żeby nie słyszeć tych szeptów za plecami nie odczuwać tego napięcia aż do bólu w karku krwi uderzającej do głowy.

Wreszcie i do rodziny to dotarło. Musiało dotrzeć. Matka. Najgorzej z matką. Przeżyła ten cios boleśnie. Pragnęła przecież tak bardzo szczęścia dla niego. Był jej najmłodszym dzieckiem. Ulubionym. Jego szczęście według przekonania matki to dobrze płatny zawód, mieszkanie w nowym bloku, żona i dzieci. Szykowała się do pomocy w wychowaniu jego potomstwa. Nieraz tym mówiła. Nagle unosiła głowę znad wiecznej roboty: gotowała, prała, łatała; zastygała pogrążona w swoich marzeniach. Jej zmęczona, przedwcześnie postarzała twarz nabierała wyrazu łagodności i zaczynała swoją bajkę o jego domu, rodzinie, dzieciach. Widziała w jego szczęściu rekompensatę za własne, nieudane pożycie z ojcem, gdzie stałym motywem były pijackie wrzaski i bijatyki. Ojciec często katował matkę w pijackim zapamiętaniu. Prawie tak samo jak swego konia. Wyglądał dziko i strasznie. A ona pokornie znosiła swój krzyż. Dlatego tak bardzo pragnęła zobaczyć w jego życiu to, co jej się nie udało. Cóż mógł jej powiedzieć? Milczał. Ona też milczała.

Odczuwa wielką wdzięczność wobec matki. Nie czyniła żadnych wyrzutów. Stanęła przed nieznanym i milczała. Milczała, choć wszystko, o czym marzyła, rozsypało się jak domek z kart. Pewno modliła się gorąco. Prosiła Boga o cud. Może modli się nadal gdzieś w zaświatach, wierząc, że Bóg pomoże i życie syna popłynie czystym, spokojnym nurtem jej wyobrażeń.

Stary, jak to stary, wiecznie pijany, chyba nic nie dotarło do jego świadomości.

Była jeszcze siostra, brat. Siostra w innym mieście, rzadko ich odwiedzała. Ale brat, cwany gliniarz z drogówki, próbował drwić sobie z niego. Ten knur, spasiony na lewych dochodach z nietrzeźwych kierowców, tak popatrzył na niego powłóczyście i gibnął się niby dziewczyna.

– To z ciebie taka cudaczka – zaczął chichocząc. – Czyli z braciszka siostrzyczka. A jakie nosisz majteczki, figi czy takie czarne z siateczką?

Walnął go od razu. Wyprowadził klasyczny prosty. Przyjął postawę i czekał. Nie chciał bić bezbronnego. Dawał bratu szansę. A w oczach miał morderczy blask. Czasem dopada go taka mordercza zapamiętałość. Brat to był tchórz. Zamknął gębę i zajął się swoim podbitym okiem. Powoli wygasała w nim zapamiętałość i tylko powiedział cichym, lekko drżącym głosem: „Nigdy tak do mnie nie mów, pamiętaj!”

Wracając jeszcze do matki, to zawsze starał się być dobry dla niej. Odpłacać sercem za serce. Pierwszy w rodzinie stanął w jej obronie, kiedy pewnego wieczoru ojciec rozwścieczony na całe życie (wrócił pobity i okradziony) zabierał się do bicia matki. Miał dopiero piętnaście lat. Starego rozwścieczyło to jeszcze bardziej i złorzecząc zaszarżował na niego. Ale naciął się. Już wtedy syn trenował jako junior w sportowym klubie „Promień”.

– Ring wolny, pierwsze starcie! – Śmieje się. – Stary nie był przeciwnikiem. Waliłem jak w worek.

Odtąd ojciec czuł do niego respekt i nie tknął nigdy matki w jego obecności.

O tak! Matka to jego wiecznie nie zabliźniona rana. Także większą część swoich zarobków jej oddawał. Nie było u nich lekko. Ojciec zarabiał nieźle, ale tyle forsy przecież przepijał. Jureczek fachu żadnego nie posiadał. Miała matka rację. Powinien wyuczyć się dobrego zawodu. Znał się trochę na mechanice, elektryce, dźwigach i koparkach. Z dorywczej praktyki tu i ówdzie. Najdłużej zatrudniony był w żegludze rzecznej na pogłębiarce „Maks”. Lubił Wisłę. Woda uspokaja. Wisła płynie pięknie. Żółte łachy, wyspy pełne białego ptactwa, malownicze brzegi. Wieczorem siedział na pokładzie swojej krypy i obserwował słońce osuwające się za nadrzeczne zarośla. Zapadała kurtyna ciemności.

Chętnie zostawał na noc. W magazynku sprzętowym ścielił sobie posłanie, słuchał łagodnego plusku wody, czasem odezwał się nocny ptak, zatrzepotała większa ryba. Podczas wiślanych nocy nad niepokojem brał górę upragniony spokój. Udręki dnia oddalały się, gasły. Wystarczyło spojrzeć w okienko i zobaczyć lśniącą pomarszczoną skórę rzeki. Nadal wierzył, że jest na wybiegu. Z leniwego, płytkiego nurtu popłynie głęboką, porywistą wodą. Bardzo chciał żyć naprawdę.

– Na cały gaz! – powiedział z żarliwością. Krępy, zwarty, śniada cera, śmiałe oczy, czarne sterczące włosy.

Wtedy, przed tyloma laty głowę musiał mieć pełną marzeń. Jak to sobie wyobrażał? Przede wszystkim nie chciał kryć się jak szczur w kanałach. Żarliwie pragnął, żeby życie mu dane miało barwę i urodę. Szeroki świat, swoboda. Chciwie słuchał opowieści starych bosmanów żeglugi śródlądowej, jak to barkami pływali od gór do morza. Niektórzy z nich rzekami i kanałami zwiedzili całą Europę. Posiadał wtedy mocną wiarę w osiągnięcie wszystkich pragnień. Pogodził się ostatecznie z tym, co ofiarowała mu natura. Oswoił swą odmienność. Chciał jak człowiek wyzwolony korzystać z wszystkich szans. Swoją przyszłość widział w kolorach, romantycznie i efektownie. Trochę było w tym dziecinady i prymitywizmu chłopaka z nizin. Jednocześnie była silna potrzeba czystego nurtu i jego peregrynacje traktować należy jako uparte poszukiwanie wymarzonej pełni. W tym uporze był niewątpliwie romantykiem. To mnie urzekało najbardziej i jakbym zaczynał czerpać od niego pewne korzyści. Pomagał swoim żarem rozniecać moją słabnącą już wiarę w coś podobnego we własnym życiu. Byłem bowiem znacznie starszy od niego i już przysiadłem pod ciężarem wieku. Nie chciało mi się wyżej wspinać.

Wypalony, mówią o takim.

W każdym razie byłem już przygasły. A on tak bardzo gorejący. Kontrast nas zbliżył. Rodziła się wzajemna potrzeba spotkań i zwierzeń.

Jureczek był w swoisty sposób estetą. Nic w jego zwierzeniach lepkiego czy tandetnego. Mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że od niego uczyłem się trudnej umiejętności wyrażania słowami tęsknot i uczuć. Umiejętności pozbawionej żenującego ekshibicjonizmu, histerii czy pragnienia litości. Powściągliwej, męskiej szczerości. Miał swój wyśniony ideał. I długo swych uczuć nie rozmieniał na drobne. Piętnował klozetowych chłopców i męskie dziwki. W takich momentach stawał się na powrót autentycznym chłopakiem z sieleckiej ferajny. Wzbierało w nim prawdziwe obrzydzenie, używał dosadnych epitetów z języka więziennego i nie zachodziła w tym żadna sprzeczność.

Był surowym sędzią w kręgu swojej odmienności. Poszukiwał prawdziwego spełnienia. Twardy gość. Mocne barki, uparta broda, lekko spłaszczony nos i chmurne, wyzywające spojrzenie. Chwilami nawiedzał go żal do natury, że tak go zapędziła w kozi róg uczuć i potrzeb. Chociaż nigdy tego nie wypowiadał, może nie potrafił, jednak dramat odrębności był w nim stale obecny. Jakby niewidoczny ciężar uginał mu barki. Czytałem to w udręce widocznej na twarzy, zawziętym zaciśnięciu ust, gwałtowności ruchów i nagłych wybuchach złości. Niechęć do swej odmienności odczuwał najczęściej z powodu matki. Bardzo ją kochał i dla niej przede wszystkim chciał mieć dom, żonę, dzieci.

– Już ją widzę, moją starą – raz tak powiedział – jak się krząta, pomaga, bawi dzieciaki, opowiada im do snu bajeczki. Kurwa! Dlaczego na mnie to popadło?

Zaraz wziął się w garść, popatrzył na mnie krótko i pożegnaliśmy się mocnym uściskiem dłoni.

Duma nie pozwalała mu pozostać na Sielcach w tym parterowym bieda-domku z przyklejoną doń stajnią, gdzie ojciec trzymał konia. Nie chciał już tam się gnieździć, widzieć niemego wyrzutu w oczach matki i napotykać zewsząd kpiny i pogardy. Wyjechał w Polskę. Rajzerka po hotelach robotniczych, pokojach sublokatorskich i chłopskich chałupach. Był silny i nie bał się fizycznego trudu. Pracował przy wyładunku węgla z wagonów, kopał rowy melioracyjne, rozlewał asfalt na jezdni. Miewał przeróżne przygody. Kiedyś napadli go żule, chcieli odebrać tygodniowy zarobek. Nie oddał swoich pieniędzy. Bił się z nimi do upadłego. Już opadał z sił. W ostatnim momencie nadjechał radiowóz. Opowiadał także o natrętnych zalotach żony szefa. Pracował wtedy w cegielni. Ta niestara, znudzona kobieta upodobała sobie jego jako kandydata na kochanka. Dużo wysiłku i uników, żeby nie wpaść w pułapkę ryzykownego sam na sam.

Albo pewien chłopak, obaj zatrudnieni byli w bazie transportu, bardzo zabiegał o jego przyjaźń.

– Chciał, żebyśmy herbatnikowali – powiada Jureczek. – Jak za dawnych lat.

Odtrącił wyciągniętą dłoń. Obawiał się narastającej zażyłości. Tamten bardzo mu się podobał. Ale na pewno nie był taki. Już nieomylnie rozpoznawał tych, którzy tego samego pragnęli. Z czasem nabiera się swoistego węchu myśliwskiego. Jakby radaru. W Katowicach poznał kogoś. Intuicyjnie jeden rozpoznaje drugiego. Może to być krótki gest, pozornie roztargnione spojrzenie. Coś w wyrazie twarzy, zachowaniu. Trudno ściśle określić. Ponadto w większych miastach są miejsca, gdzie oni się zbierają. Kawiarnia, skwer, skrzyżowanie ulic. Z tym mężczyzną poznali się przypadkiem. Tamtemu spadła ze stolika zapalniczka. On ją podniósł. Popatrzyli krótko na siebie i już. Tamten był od niego starszy, posiadał wyższe wykształcenie, stanowisko. Nieźle im było. Szczególnie na początku. Zdawać się mogło, że skończyły się poszukiwania. Razem będą iść przez życie. Tamten był troskliwy i czuły. Wiele go nauczył. Choćby dobrych manier, dbałości o poprawne wysławianie się. Razem chodzili do teatru, słuchali muzyki poważnej. Dzięki niemu zaczął czytać książki. Świat wyobraźni zawarty w drukowanym słowie, dotąd obcy mu zupełnie, niezauważalnie stał się prawdziwą potrzebą.

– Teraz na przykład… – powiedział – czytam Martina Edena i dużo tam odkrywam podobieństwa do moich doświadczeń. Tylko ja tego nie umiałem nazwać. Czułem tak samo, a brakowało słów. Też chłopak z samego dna i udało mu się wszystko, osiągnął sławę, zdobył miłość, pieniądze. Dlaczego przestało mu to wystarczać i skończył ze sobą – Zastanowił się nad losem bohatera powieści Londona.

Przyjaciel z pedagogiczną umiejętnością sterował jego rozwojem. Zaprotegował go do pracy z perspektywą na przyszłość. Namówił do uczęszczania na wieczorowe kursy kreśleń technicznych.

Nie wszystko jednak układało się tak bardzo harmonijnie. Jego przyjaciel zwracał szczególną uwagę na pozory. Starannie ukrywał swoją odmienność.

– Ludzie nie znoszą odmienności – pouczał Jureczka. – Szczególnie tutaj. Wszystkiemu są zawsze winni odmieńcy. Pamiętaj! Trzeba się nie wyróżniać, umieć się przystosować.

Bardzo obawiał się ostracyzmu. Zdobył reputację człowieka nienagannego. Zależało mu wreszcie na karierze. Zatem z samozaparciem grał fałszywą rolę. To była żałosna odsłona. Chwilami cała mądrość przyjaciela wydawała się Jureczkowi samym tylko fałszem, kokonem pustych słów, pod którymi był strach i małość. Drogą co prowadziła donikąd. Zaczynał się dusić w tej atmosferze. Bolało go zakłamanie przyjaciela. Wyrzucał mu to. Tamten milczał i uśmiechał się pobłażliwie. Za tą pobłażliwością kryła się rezygnacja. Wieczna gra. Męka nieustannej czujności. W tym udawaniu ginęło coś najważniejszego. Przyszedł taki moment. Poczuł się upokorzony ponad miarę wytrzymałości. Zapaliła się w nim wściekłość. Chwycił go za klapy, przyparł do ściany.

– Gdzie twoja godność! – krzyczał. – Tyle mówisz o cudownym dobrodziejstwie uczucia, potrzebie życia we dwóch. To są tylko czcze, puste słowa! Ty oszuście! – Walił nim jak kukłą o ścianę. A przyjaciel żadnego gestu nie zrobił, słowa nie powiedział, oczy przymknął i tak stał pokornie. Sprawiał wrażenie człowieka niezdatnego do żadnej reakcji, ostatecznie przygniecionego ciężarem swego skomplikowanego życia.

Miał żonę. Dla Jureczka to był szok. Jak zachowywać się w jej obecności. Był tym trzecim. Czuł się jak dziwka. Gdzie tu miejsce na uczucie? Złodziejskie, kradzione na chybcika chwile. Uczucie ustępowało skomplikowanej grze pozorów. Psuć się zaczęło między nimi.

– Czasem… – wspomina Jureczek – leżałem obok niego i tak sobie myślałem: Śpi spokojnie po pracowitym dniu kłamstw. Żadnych udręk, wyrzutów sumienia, nic! Rosła we mnie nienawiść. Podnosiłem ręce i zbliżałem do jego szyi. Jeden mocny, ostateczny ruch…

Zerwali ze sobą. To musiało nastąpić. Lepiej wcześniej niż później.

– Chociaż… – Zastanawia się. – …Może on miał rację. Za dużo nie można wymagać.

Przymknął oczy. Pewno wyobrażał sobie, jak by wyglądało wspólne życie za cenę kompromisów, ustępstw i kłamstw.

– Kiedy odchodziłem – dodał – to on ręce wyciągał jak żebrak i wołał: „Zostań, zostań!”

W dalszych poszukiwaniach pełni zetknął się z cudzoziemcem. Był to Szwed lub Norweg. Ktoś ze Skandynawii. Po dusznej atmosferze udawania normalności w poprzednim związku ogarnął go podziw dla braku kompleksów u ludzi odmiennych upodobań erotycznych w tamtym, zachodnim świecie. Swoje potrzeby widzieli w normalnym wymiarze. Wcale się nie czuli pariasami prawdziwej miłości, zepchniętymi na dno występku i wynaturzenia.

– Tak zdecydował Bóg – powiedział mu ten Szwed, który był protestantem.

Z tym cudzoziemcem wiązał pewne nadzieje. Chciał odwiedzić go w jego ojczyźnie. Zobaczyć inny świat. Może nawet spróbować pozostać tam. Była w tym szansa pozbycia się wielu ciężarów, które dźwigał. Szansa zaczęcia wszystkiego od początku. Czekał na zaproszenie. Nic z tego nie wyszło. Zapewne Szwed potraktował znajomość z nim jako drobny epizod bez znaczenia i wkrótce o tym zapomniał. Pozostała pamięć o innym, lepszym świecie. Mocno zmitologizowana i stereotypowa. Tamten świat śnił mu się jako wyspa szczęśliwej utopii.

Będąc człowiekiem z nizin, wychowany w ciężkich warunkach i ciągle borykający się z trudnościami materialnymi, pragnął zaznać dobrobytu, luksusu. Gazowa zapalniczka „Ronson” i włoskie buty. Prezenty od Skandynawa. Bardzo je sobie cenił. Wprost pielęgnował. Buty tyle razy zelowane! Zapalniczka troskliwie przechowywana w skórzanym etui. Fetysze, które stały się pamiątkami nie zrealizowanych pragnień. Nadal nie znosił płatnej rozkoszy. Z gniewem surowego moralisty opowiadał o incydencie z łowcą chłopaków na placyku przed miejskim klozetem.

– Stary zboczeniec! – mówił. – W pysku pełno złotych zębów. Chciał dać mi forsę. Prężył się i zwijał jak tłusta gąsienica. Dyszał i ociekał lubieżnością. Dałem mu w pysk!

Rola słuchacza w dramacie jego życia zaczęła mnie narkotycznie wciągać. Coraz mocniejsza potrzeba wysłuchiwania mrocznych zwierzeń. Uczestnictwo w charakterze obserwatora w plątaninie jego ścieżek, w całym tym labiryncie, z którego ciągle próbował wydostać się na prostą. Budził szacunek i współczucie. Nagle olśnienia, które przeżywał, i gwałtowne po nich upadki. Wstaje, biegnie dalej. Tak go widziałem w obrazowym skrócie.

Zastanawiałem się nad każdym doświadczeniem w jego życiu, a ze zwierzeń dotyczących przeszłości próbowałem wyciągnąć jakieś sensowne nauki mogące mieć znaczenie w tym, co nastąpi dalej. Tak oto stało się już, że każdy sygnał z jego strony powodował pytanie: Czy przyjdzie z dobrą nowiną, czy złą?

Wtedy z powrotem mieszkał na stałe w Warszawie. Wynajmował sublokatorski pokój u samotnej staruszki. Płacił jej niewiele i w zamian za mieszkanie opiekował się tą niedołężną, bezradną kobietą. Robił zakupy, gotował, sprzątał. Czynił to z prawdziwym oddaniem. Był dobrym, uczciwym człowiekiem. Jego matka już nie żyła. Może spłacał swój dług wobec niej w ten sposób?

Ale choć już zakotwiczył się w Warszawie, nadal jeździł w Polskę. Jakby dusił się w murach miasta i szukał otwartej przestrzeni.

Widywaliśmy się rzadko. Mijał miesiąc, dwa, wreszcie telefon od niego. Koniecznie pragnie się spotkać. W taki sposób dowiedziałem się o facecie, którego poznał na trasie między Krakowem i Warszawą. Podróżował autostopem i czekał przy szosie na okazję. Zatrzymało się auto dobrej marki.

– Artysta – powiedział. – Człowiek sztuki.

Była to nowa fascynacja. Wyjechali na wywczasy nad morze. Pokazywał kolorową fotografię. On i siwy wysoki mężczyzna o zblazowanej twarzy, smarują się olejkiem na plaży, za nimi masyw Grand Hotelu. Jego przyjaciel był przedstawicielem jakiejś rozrywkowej profesji artystycznej. Muzyk czy piosenkarz, już nie pamiętam. Jeździł po świecie. Pieniądze. Obsypywał go prezentami. Koszule, ubrania.

– Same zagraniczne łachy – powiedział z rozbrajającą dumą.

Słabość do luksusu często powtarzała się w jego zwierzeniach.

Nie wiem, czy było to uczucie. Nade wszystko barwa i rozmach. Bywali w drogich restauracjach. Podróżowali po kurortach. Zakopane, Karpacz, Krynica. Człowiek sztuki miał tam występy. Alkohol, zabawa. Sceny zazdrości. Obaj dawali sobie do tego powody. Pojednania i żarliwe obietnice dozgonnej wierności. W nieustającym kalejdoskopie zmieniających się miejscowości, pokojów hotelowych, nocnych hulanek.

Było to raczej w tandetnym guście. Jego kompan nie grzeszył skromnością, najwyraźniej chciał go olśnić. Stwarzał kreacje w konwencji brukowych powieścideł z życia wyższych sfer. Jureczkowi ten styl odpowiadał… Nadal rojenia biedaka o luksusowym dolce vita. Wyczułem także (choć nie powiedział tego przecież), że narodziła się w nim pewna rezygnacja. W każdym razie znaczna skłonność do ustępstw. Już nie był tak wymagający jak dawniej. Już to pragnienie Absolutu straciło na intensywności.

– On mówi, że dla dawnych Greków to było normalne – powiedział. – Mieli żony, ale i chłopaków. Obnosili się z tym jawnie. W ogóle tego nie potępiano. Nikomu to w niczym nie przeszkadzało. Czy to prawda?

Przytaknąłem. Zapatrzył się w porysowaną, brudnego koloru ścianę. Może na tej brudnej ścianie widział dostojnych greckich mędrców ze swoimi efebami pod-czas spacerów na ateńskiej agorze?

Sprawa z człowiekiem sztuki nie miała dużego ciężaru gatunkowego. Kiedy bowiem zobaczyliśmy się znów, ani słowem o nim nie wspomniał.

Natomiast ze znacznym zaangażowaniem rozważał problem zamożności, bogactwa, niezależności, którą dają pieniądze. Obsesyjnie prześladował go obraz starego zamożnego człowieka poszukującego chłopców. Wybiera, płaci. Pragnie tylko cielesności. W tym, co mówił, czułem kompleks biedaka, który nie mógł sobie nigdy pozwolić na prawdziwą swobodę i rozmach. Zawsze ograniczony i uwikłany w różnorakie zależności.

– Psi los przypadł niektórym w udziale – narzekał z nie znanym dotąd tonem goryczy w głosie.

Nie bez związku z tym opowiedział o głośnej w kręgach homoseksualistów zbrodni dokonanej w celach rabunkowych. Ofiarą był zamożny filatelista. Relacjonował zdarzenie bez cienia współczucia dla ofiary.

– Sprawcy do tej pory nie ujęto – powiedział z niejaką satysfakcją.
– Uważaj na pokusy – zażartowałem.

Jeszcze raz go zobaczyłem. Na wierzchołku uniesienia. Poznał chłopaka takiego samego, jakim on był niegdyś. Łobuziaka z nizin, obdarzonego występnym, wielkomiejskim doświadczeniem. Radość, miłość, czułość. Przepełniony był opiekuńczymi uczuciami. Dzielić się swą mądrością, chronić, uczyć. Bardzo tego pragnął. Miało to być w jego przekonaniu czymś w rodzaju rodziny. Jeszcze jedna złuda. Tamten okazał się wyrachowanym draniem. Przeszedł w posiadanie innego, starego i bogatego.

– Płatna bladź! – zgrzytnął zębami Jureczek.

Pogrzebał całą sprawę. Powracała jednak obsesyjnie w postaci pesymistycznych refleksji. Nieudane związki, rozstania. Czystość przechodząca w brud. Każda szczerość jedynie fasadą. Za nią kryje się cynizm, łajdactwo. Wtedy widział swoje życie jako bezsens. Zadyszaną bieganinę. Samotność. Coraz więcej namiastek. Dusze, uczucia giną po drodze. Już tylko poszukiwanie samego ciała.

– Ciało – powiedział – jeszcze mam niezłe, co?

Wstał nagle. Naprężył się niby kulturysta na podium. Rozchylona koszula, piersi atlety, bicepsy grały na rękach. Był w świetnej kondycji fizycznej. Spoważniał. Usiadł z powrotem.

– Przepraszam. – Uśmiechnął się blado. – Przecież ty nie znasz się na takich licytacjach.

Czy naprawdę potrafił grać tę rolę? Może poniesiony rozpaczą, udawał się na targowisko. Czy potrafił wytrwać? Wyobrażałem sobie, jak narasta w nim protest, wściekłość i nagle budzi się żulik z Sielc. Zaciska pięści, same idą w ruch.

Potem bardzo długo nie widziałem Jureczka. Zupełnie przestał dzwonić. Niepokoiłem się o niego. Wybrałem się kilka razy do tej kawiarni, gdzie spotkaliśmy się pierwszy raz. Nie widziano go tam od dłuższego czasu. Dopytywałem się szatniarza, starszego mężczyzny o ponurym spojrzeniu. Popatrzył na mnie wrednie.

– Co, wystawił do wiatru – ni to zapytał ni stwierdził.

Kiedy zajrzałem tam ponownie, szatniarz już mnie poznał i zachichotał:

– Pewno znalazł sobie innego.

Następnie musiałem gdzieś wyjechać. Długa, wielomiesięczna nieobecność.

Spotkaliśmy się przypadkiem dopiero po roku. Zmienił się. Stracił sprężystą lekkość, był ociężały i przygnębiony.

– Co, nie poznajesz kolegi? – powiedział zaczepnie.

W uzębieniu miał sporo luk i niedobry grymas znaczył jego twarz. Cały wydawał się podszyty jakimś rozkładem. Ten rozkład zmienił jego twarz, widoczny był w oczach.

To było nieudane spotkanie. Zachowywał się wyzywająco. Na ulicy zaczepiał chłopaków. Wabił jak wytrawna kokota.

– Wstydzisz się pedryla – chichotał. – Wcale ci się nie dziwię.

Wyczuwałem w jego zachowaniu pragnienie zbadania stopnia mojej wytrzymałości. Czyżby stracił wiarę w naszą przyjaźń. Albo inaczej: może spotkanie ze mną wywołało w nim niepokój, przypomnienie czegoś, co miało być zapomniane.

Z celową wulgarnością relacjonował swoje przygody.

– Poznałem taką ciotę. Prywaciarz. Szmalu miał od groma. Tylko bardzo zastrachany. Żona, dzieci, rozumiesz. Biseks. Najbardziej bał się szwagra. Gdyby szwagier dowiedział się! Ha, ha! No i poszliśmy. Dobrze zapłacił. Jeszcze zażądałem premii. Jeżeli oczywiście zależy ci na dyskrecji, mój bobasku! Tak mu powiedziałem. Szantaż, co?

Śmiał się bardzo sztucznie. Obserwował mnie uważnie. Chciał usłyszeć mój sprzeciw, obrzydzenie. Chciał zerwać ze mną ostatecznie. Nie wiem. Jeszcze opowiadał z naturalistyczną dokładnością o jakichś orgiach, gdzie liczy się tylko rozkosz ciała. Żadne uczucia, won z tym balastem! Tylko cielesna satysfakcja.

– Moje ciało jeszcze się liczy na giełdzie – powiedział chełpliwie.

Coś zagłuszał. Czegoś chciał się pozbyć. Żałosna gra ze sobą samym. Nieudane i męczące spotkanie. Odetchnąłem z ulgą, kiedy się rozstaliśmy.

To było na dworcu. Późno, nocna godzina. Bufet. Dworcowe maszkary obojga płci snuły się między stolikami. Wyjadały resztki z talerzy. Światło jarzeniowe czyniło to wnętrze jeszcze bardziej odpychającym. Panował sinawy poblask jak w prosektorium wśród nieboszczyków. Czekałem na swój pociąg. Piłem herbatę, przeglądałem gazety, wodziłem wokół znużonym wzrokiem. Animalne, zredukowane życie. Patrzyłem na żałosne stwory, które niegdyś były ludźmi. Oto dwie niekształtne postacie jednocześnie sięgnęły po jadło do talerza. Zwierzęca kłótnia, szarpały się, bełkotały i warczały. Rozmyślałem o drodze prowadzącej do takiego kresu. Od czego się zaczyna? Czy przechodzi się niezauważalnie? Czy istnieje wyraźna granica? Odczuwałem niedobrą więź z tym wszystkim. Zarodki upadku widziałem także w swoim życiu. Czaiły się i czekały na odpowiedni sygnał. Jeszcze krok, dwa i nie będzie odwrotu.

Noc w dworcowej restauracji źle działała na samopoczucie. Nic tu nie kojarzyło się z radosną emocją początku podróży. Dominowała symbolika końca. Powieki opadały ciężko i zapadałem w męczącą drzemkę. Rodziły się koszmary.

Ktoś klepnął mnie w ramię. Poderwałem się gwałtownie. Był to Jureczek. Cuchnął kwaśnym, źle przetrawionym alkoholem. Ubranie miał wymięte i brudne, kilkudniowy zarost pokrywał policzki, twarz obrzękła i szara, czarne włosy też poszarzały, rzadkie i zmierzwione.

Patrzyliśmy na siebie. Ja z pewnym popłochem. On obojętnie, bez żywszej reakcji.

Przypadkowe spotkanie. Nie istniała już dawna więź. Coś się skończyło. Przykro i smutno. Obco.

– Wybierasz się gdzieś w podróż? – odezwałem się głupawo, żeby coś powiedzieć, po prostu żeby przerwać to przykre milczenie.

Zaśmiał się, rozbawiony moim pytaniem.

U staruszki już nie mieszkał. Umarła. Wyrzucili go spadkobiercy. Koczował gdzie bądź. Czasem u przygodnych znajomych. Zmrużył oko. Latem nad Wisłą miał swoje miejsce na przystaniach. Znał bosmanów, stróżów i łatwo znajdował tam nocleg. Znajomości jeszcze z czasów, kiedy pracował na pogłębiarce „Maks”. Chłodniejszą porą zaś kotłownie i dworce są jego przytuliskiem. Relacjonował rzeczowo i beznamiętnie. Nadmienił od szansy dworcowych przygód. Młodzi chłopcy, szczególnie podpici żołnierze.

– Pełno takich. Nie wyszło im z dziwkami. Rozpaleni przepustkową żądzą. Mogę im służyć zastępczą rozkoszą.

Wyraźnie na pokaz starał się zohydzić swoje życie. Coś więc jeszcze w nim się tliło. Coś go uwierało. Chyba jeszcze nie skamieniał ostatecznie. Zachował pamięć o dawnych marzeniach wysokiego lotu.

– I robię to z ochotą. Chwytam, co się da. Korzystam z resztek. Z latami przecież nie można za bardzo grymasić – ciągnął z uporem masochisty.

Nagle urwał. Zapatrzył się w starego człowieka z dziadowską torbą. Starzec sunął ciężkim krokiem, powłócząc stopami od jednego stolika do drugiego. Żywił się jak inni tutejsi bywalcy resztkami pozostawionymi na talerzach. Ubrany w wiele warstw odzienia, płaszcz, strzępy fufajki, dziwaczna w kroju, damska zapewne jesionka z resztkami jakiegoś wyliniałego futerka, na tym wszystkim przezroczysta płachta foliowa.

– Moja branża – odezwał się fureczek. Patrzył na tamtego intensywnie.

Dworcowy starzec twarz miał upiorną, zniszczoną ponad miarę wieku i najwyraźniej malował się: plamy różu na policzkach, brwi podkreślone czernidłem i krwista szminka na wargach, czyniąca z ust wielką ranę.

– Ej, ty! Draniarka! – zawołał Jureczek i pogroził mu palcem.

Starzec uśmiechnął się zalotnie i wykonał osobliwy piruet taneczny: zakołysał biodrami, wypiął zadek i sztywne, stare nogi próbował oderwać od ziemi, wpierw jedną, potem drugą, poruszał się pokracznie jak krab czy inne podwodne monstrum, w końcu z trudem przytupnął i jeszcze raz wyszczerzył pustą paszczę okoloną krwistym szlakiem szminki.

– To jest dopiero potęga życia – powiedział Jureczek. – Nadal wabi, kusi. Jeszcze się nie poddał. Poluje na pijanych, udaje babę i z gębą od razu do rozporka!

Patrzył jak zahipnotyzowany na twarz starca podobną do demonicznej, karnawałowej maski, wykrzywionej w konwulsyjnym skurczu, który miał być uśmiechem.

Wreszcie odezwał się:
– Ten staruch bardzo chętnie wspomina swoją wspaniałą młodość. Szalał za nim cały pedalski świat. Olśniewał i odurzał. Niebiańskie zjawisko. W najwyższej był cenie. Jedwabne życie. Hotele, podróże, komfort. Miłośnicy męskiego piękna klękali przed nim na kolana i bili czołem. Jego pokorni niewolnicy. Kto wie? – Zamyślił się. – Może nie zmyślał. Może tak było. Grecki bożek. Podobno tak go nazywali. – Wzdrygnął się, przeniknięty nagłym dreszczem. – Ostatnio ci jebani Grecy tak mnie prześladują. Hellada, grecki bożek, nagie ciała natarte oliwą, słońce, morze… Wiesz! Jakbym tam był i wszystko przeżył. Co ja bredzę! – Poruszył gwałtownie ręką i zamilkł.

Stał się apatyczny, zgaszony wzrok, martwa, znużona twarz. Głos z megafonu zapowiedział mój pociąg. Pospiesznie żegnałem się z nim. Co mu powiedzieć? Nie wiedziałem, co można mu radzić, czego życzyć. Chciałem dać mu trochę pieniędzy. Wyglądał na faceta z pustymi kieszeniami. Nie przyjął.

– Nie chcę jałmużny. – To były ostatnie jego słowa. Pobiegłem na peron.

W przedziale wagonu wcisnąłem się w kąt i patrzyłem w ciemność za oknem, która uparcie kojarzyła mi się z nieodwołalną podróżą do kresu. Rytmiczny stukot kół na szynach i coraz bliżej, bliżej… Nigdy więcej już nie spotkałem Jureczka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *