W niej jest zwierzę

W niej jest zwierzę

Zaczęło się od ogłoszenia, za pośrednictwem którego niejaka Jola („lat trzydzieści trzy”) przejawiała chęć nawiązania kontaktu z kimś „bezwstydnie zboczonym”. Pamiętam, że nie namyślałem się zbyt długo, ani też nie oczekiwałem zbyt wiele. Środowisko internetu zdążyłem poznać już na tyle dobrze, by wiedzieć, że moja wiadomość utonie w morzu innych samczych wiadomości, będących najczęściej wykwitem długo powstrzymywanej żądzy. Ile bym nie wyłożył serca, warsztatu, składni czy interpunkcji, i tak pozostanę jedynie „tytułem wiadomości”, scrollowanym bez zainteresowania przez autorkę owego enigmatycznego anonsu. Dlatego cały wysiłek pisarski postanowiłem skoncentrować właśnie na nagłówku. Umieściłem w nim suchą, niemal skromną sugestię, iż swoje życie seksualne rozpocząłem dzięki kuzynce, zaś w rozwinięciu (czyli właściwej części maila) napisałem o niezdrowym seksie, który przywiódł mnie do „kilku różnych, niezdrowych skłonności”. Nie rozgadywałem się, nie ujawniałem żadnej tajemnicy, ani też nie epatowałem jakimikolwiek wulgarnymi szczegółami. Podziałało. Jola odpisała szybciej, niż zakładałem.

Przez cały miesiąc wymienialiśmy się uwagami na temat „społecznego tabu”, „granic dobrego smaku”, a wreszcie – samej „istoty smaku”. Moja rozmówczyni miała niestające ciągoty do wywoływania szoku. W setkach różnorodnych – czasem wyjątkowo dziwacznych – epizodów budowała przede mną jakiś wykolejony alter-świat, w którym wszelkie ziemskie wartości nie miały racji bytu (jak to sama określała – „leżały na bocznicy, jako wraki, podczas gdy my – ludzie świadomi – przemykaliśmy główną linią, z ponad-planetarną prędkością”). W zimnym centrum tego świata stała ona – ta, która przespała się ze swoim synem, ta która uprawiała zwierzęcy seks, ta, którą perwersyjnie bito, lżono oraz gwałcono. Pisarską energię inwestowała przede wszystkim w naturalistyczne opisy orgazmów i wytrysków. Imiona jej kochanków migotały mi przed oczami, niczym w podręcznym kalejdoskopie: Maruś, Fabian, Maruś, Fabian, Fabian. Mówiła też sporo o specjalistycznych „farmach”, na których zwierzęta szkolone są do bycia kimś innym, niż zwierzętami. Jej ukochany kaukaz również miał być poddawany takim treningom. Ewidentnie przejmowała kontrolę nad korespondencją, ograniczając mój udział jedynie do zdawkowych komentarzy, pytań lub oznak kłopotliwej dezorientacji.

Po jakimś czasie temat „bezwstydnego zboczenia” zaczął się wyczerpywać. Korespondencja gasła z każdym dniem, aż osiągnęła zerowy poziom emocji, sugerujący, że mojej rozmówczyni zabrakło dalszych pomysłów. Nie wierzyłem w ani jedno jej słowo, ani też nie miałem pewności czy w ogóle była kobietą. Równie dobrze mogłem pisać z jakimś tłuściutkim, zapoconym gnomem – jednym z tych krańcowo wygłodzonych frustratów, dla których internet stanowił ostatnią linię obrony przed dokonaniem gwałtu na zakonnicy lub morderstwa na rodzicach. Ale nie przeszkadzało mi to. Dopóki chodziło o pseudo-literacką grę, dostarczycielem „brudnych historii” mógł być ktokolwiek; rolnik spod Mrągowa, pani sklepowa z przydrożnej stacji benzynowej czy zahukany uczeń warszawskiego liceum. Nie ma tutaj znaczenia czy ten zagadkowy osobnik będzie dysponował pięknym, cielesnym odpowiednikiem w prawdziwym świecie. Jedyne co bezdyskusyjnie musiał sobą reprezentować, to umiejętność sprawnego opowiadania. Zresztą, ja sam sporo pofantazjowałem w czasie internetowych dyskusji.

Jakie było zatem moje zdziwienie, gdy po kilku tygodniach milczenia, użytkownik „Jola_33” wysłał mi nową wiadomość, w której zapraszał na spotkanie zapoznawcze. Doznałem zawahania. Rozważałem kilka potencjalnych scenariuszy, w których prym wiodła wizja zapędzenia w pułapkę przez jakiegoś neonazistowskiego gwałciciela. Jola wyczuła chyba tą niepewność, bo po kilku godzinach bez odpowiedzi z mojej strony, dopytywała czy aby nie „utraciłem zapału”, a w post scriptum wyznała, że historia, jaką wcześniej opisała była trochę podkolorowana. Ale, że „świadomość konwencji powinna być dla mnie zrozumiała, czyż nie?”. Spociłem się ze stresu, w głowie kołatało od sprzecznych rozważań, aż w końcu zdołałem podjąć decyzję. Rozmówczyni przyjęła to z nieskrywanym entuzjazmem. Zaproponowała małą knajpkę w centrum miasta. Zanim zdążyłem wystukać wiadomość potwierdzającą, szybko zmieniła zdanie. Stwierdziła, że „podejmie ryzyko, bo ma dobre przeczucia co do mojej osoby”. Podała mi swój domowy adres.

W metrze przez całą drogę nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że właśnie wplątywałem się w jakąś ohydną historię, po której zostanie coś więcej, niż gorzkie rozczarowanie czy niesmak. Jednak ciekawość dalszego ciągu – cokolwiek miałoby mnie nie spotkać – wiodła niestrudzenie naprzód i powodowała przyjemne podenerwowanie. Wysiadłem na Ursynowie, pośród rzędów szarych, jednakowych bloczysk. Otrzymane koordynaty prowadziły mnie właśnie do jednego z tych mieszkalnych molochów. Trochę mnie to uspokajało. W takiej scenerii czułem się anonimowy, niemalże niewidzialny. Gdy winda ze zgrzytem dźwigała mnie na dziesiąte piętro, poczułem nagły przypływ adrenaliny, od której lekko zaszumiało mi w głowie.

Drzwi otworzyła kobieta w średnim wieku. Zdecydowanie starsza, niż we wcześniejszych opisach, ale też nie brzydka. Jej figura, choć od dawna prezentowała przykre konsekwencje istnienia grawitacji, zachowała w sobie resztkę kobiecości. Miała szeroką talię i całkiem wydatne piersi. Uwagę przyciągał odrobinę wystający, obwisły brzuch, którego Jola bezskutecznie starała się ukryć za lekką, „workowatą” bluzką. Ze smukłej twarzy bił wciąż żywotny powab – w dużych, trochę skośnych oczach tliła się jakaś cicha melancholia czy wręcz dekadencja, zaś drobne usta wyrażały chroniczną skłonność do ironicznego grymasu. Podobała mi się. Już sama ulga, że „Jola_33” okazała się kobietą wystarczyła, by nie analizować zbyt krytycznie jej anatomii. „Myślałam, że będziesz brzydszy” – powiedziała na przywitanie.
Przeszliśmy do salonu, gdzie przez następne pół godziny próbowaliśmy przełamać wzajemne zakłopotanie. Jola, podobnie jak ja, nie czuła się najlepiej w obcym, dopiero co spotknym, towarzystwie. Na szczęście przyniosła z kuchni butelkę żołądkowej gorzkiej, która w niedługim czasie przyczyniła się do znaczącego rozluźnienia atmosfery, czy też do rozpędzenia poczucia absurdu.
Zaczęliśmy nawiązywać do prowadzonej przez nas korespondencji – z początku nieśmiało, potem coraz bardziej frywolnie. Wódka rozgrzewała żyły, a język naszej dyskusji ulegał stopniowej przemianie. Przeszliśmy przez etap uprzejmości, wystudiowanego, „oficjalnego” small talku, aż dotarliśmy do szczerej, spontanicznej wymiany zdań. Przyznałem się, że moja historia – pijackiego seksu z młodszą kuzynką – nigdy nie miała miejsca. Była jedynie „wabikiem” na kogoś z ciągotami ku perwersji. Jola doskonale zdawała sobie z tego sprawę, „nawet nie powinienem niczego wyjaśniać”. Natomiast ona sama śmiała się niemal ze wszystkich wątków, jakie dla mnie wymyśliła. Nigdy nie miała syna. Nie uczestniczyła w zbiorowych orgiach, nie była bita, maltretowana, nie doznała gwałtu. Natomiast co do prawdziwych zdarzeń: Jeszcze kilka lat temu była zamężna z kimś, kto rzeczywiście nazywał się Maruś. Facet ten nie miał nic wspólnego z wyuzdaniem czy zboczeniem. Jego „najostrzejsze” wybryki erotyczne ograniczały się do zabaw z wibratorem lub do biernego, ukradkowego spoglądania na piersi młodych dziewczyn. W istocie pozostawił po sobie psa, choć wcale nie takiego, jak opisywała. Był to najzwyklejszy pitbull, który nigdy nie postawił łapy na żadnej „psiej farmie”. Z mężem rozstali się z prozaicznych powodów – po długoletnim związku nie potrafili dłużej przebywać w swoim towarzystwie, ani nawet patrzeć sobie w oczy. Rozwód okazał się wybawieniem, ale tylko na krótko. Początkowa euforia, związana z „powrotem na rynek”, czyli hulankami w klubach nocnych i polowaniami na faceta, prędko ustąpiła dojmującej samotności. Jola poczuła to, czego bała się przez całe życie – przygasania. Nastawała starość; jej ciało flaczało, obsuwało się i marszczyło, a umysł tępiał. Raz na jakiś czas udało jej się umówić z kimś na randkę, ale wszystkie te epizody naznaczone były przerażającą pustką i wrażeniem uczestnictwa w jakiejś naciąganej sztuce teatralnej. Spotykała ludzi w podobnym wieku, najczęściej rozwodników, od których również bił strach przed śmiercią. Porzuciła to. Resztkę wigoru postanowiła spożytkować na seksie z młodocianymi, przeważnie jednorazowymi kochankami. Jak się wkrótce okazało, internet wręcz pękał w szwach od wygłodzonych, nabuzowanych hormonami chłopców, marzących o tym, aby zrobić to z kimś w wieku ich matek. Miała w czym wybierać. Nie zdarzyło się jeszcze, by zabrakło chętnych na wskoczenie do jej łóżka. Jedyne czego brakowało, to wytrawnych, umiejętnych kochanków – chłopcom, na których trafiała, daleko było do statusu „ogierów” czy „jebaków”, jakimi zwykli siebie tytułować przed spotkaniem. Niektórzy spuszczali się na samym wejściu, a nawet w trakcie zakładania prezerwatywy. Ale uznawała to za zło konieczne. Raz na jakiś czas trafiał się przecież ktoś, kto doprowadził do orgazmu. W pozostałych przypadkach cieszyła się po prostu z dotyku nieopierzonego, sprężystego ciała. Wyobrażała sobie, że czerpie z tego młodzieńczą energię. Dzieciaki z internetu łazili do niej jedynie w weekendy, zaś w dzień powszedni zadowalała się obecnością psa w jej domu. Fabian (bo tak w istocie miał na imię) zapewniał poczucie ciągłości – substytut emocjonalnej więzi. Sypiała z nim niemal od pierwszego dnia samotności, choć nie oznaczało to seksu. Po prostu kładli się spać na tym samym łóżku. Miała obok siebie ciepłe indywiduum – to w zupełności zaspokajało jej potrzebę dzielenia z kimś życia.

Wypiliśmy wódkę niemal do połowy. Jola dosyć często wybuchała pijackim śmiechem, do tego odpalała papierosa za papierosem. Nie miałem nic przeciwko paleniu, choć też nie przepadałem za zadymionymi pomieszczeniami. Robiło mi się od tego mdło.
W pewnym momencie wywód Joli został zmącony przez szczekanie psa. Kobieta wskazała drzwi od sypialni, za którymi był zamknięty. „Nie może się doczekać” – oceniła z szelmowskim uśmieszkiem. Kontynuowała zwierzenie na temat relacji z Fabianem, opisując historię sprzed roku, kiedy to pod wpływem alkoholu oddała się swojemu psu. Nie wynikało to z jakiejkolwiek frustracji, niedopieszczenia czy z chęci zmierzenia się z czymś „zakazanym”. Była po prostu zalana w trupa.

Właśnie wracała z suto zakrapianej imprezy firmowej. Z trudem zrzuciła z siebie ubrania, po czym opadła na brzeg łóżka, zsuwając się częściowo na podłogę. Długo nie mogła odnaleźć w sobie sił, by podźwignąć się wyżej. Zaczęła odpływać w senne majaki, gdy nagle poczuła na sobie dziwaczny dotyk. Fabian musiał wślizgnąć się po cichu do pokoju. A teraz wylizywał ją w kroczu. Była zbyt pijana, by dostrzec w tym cokolwiek innego, niż sam komizm sytuacji. Chichotała zatem, pozwalając mu robić co tylko mu się podoba. Trudno było określić, ile dokładnie to trwało. Chwilami zapadała w półsen, w którym cały świat stawał się miękki, wilgotny i czuły. Jakiś dziwny głód zaczął ją trawić od środka, coś nieznanego łaskotało palcem po wnętrznościach. Jej skronie pulsowały, a oddech stawał się niespokojny. Wreszcie otrzeźwiała na tyle, by zrozumieć, że jest bliska szczytu. Wtedy pies odpuścił. Dreptał sobie leniwie po pokoju, a co jakiś czas spojrzał na nią obojętnym wzrokiem. Przywoływała go, żądała, by natychmiast dokończył to, co zaczął. Nie był już jednak zainteresowany dalszymi wysiłkami. Patrzył tylko i głośno wydychał powietrze. Znalazła w sobie jeszcze dość sił, by przeczołgać się po podłodze. Podpełzła do niego, uporczywie wypięła przed pupilem goły tyłek. Ten polizał, przez kilka sekund i znów wycofał język. Roześmiała się z własnej głupoty. Dotarło do niej, jak kretyńsko musiała w tej sytuacji wyglądać – żałosna, stara kobieta pożądająca pieszczot od własnego psa. Już miała się podnieść, gdy poczuła ostre pazury na swoich plecach, a następnie – cały ciężar Fabiana. Opadł na nią i przystąpił do energicznego, frykcyjnego podrygiwania zadkiem. Wiedziała, że zwierzak „trochę przesadza”, a jednak nie ruszyła się z miejsca. Postanowiła mu ulżyć (a może myślała tylko o osobie?). W jej wnętrzu zawitał raptem na kilka sekund. Oblał ją spermą i wylizał. Ot, cały stosunek ze zwierzęciem.
Jednak w następnych dniach coraz bardziej ją to bawiło i „wkręcało”. Mijały tygodnie, miesiące, wreszcie stuknął rok. Nie wiedziała, w którym dokładnie momencie to przyszło – nastąpiła gruntowna odmiana w jej podejściu do zoofilskich praktyk. Już nie śmiała się z siebie lub Fabiana. Robiła to jak najbardziej na poważnie. Z czułością, z prawdziwym oddaniem.

Zrobiło mi się ciepło, bynajmniej nie od wódki. Zdałem sobie bowiem sprawę z dwóch, nieprzystających do siebie spraw – ośmielona Jola nie kłamała w kwestii zoofilii, a na domiar złego atmosfera seksualnego napięcia gęstniała z każdą chwilą. Wiele wskazywało na to, że wkrótce będę świadkiem czegoś, w czym prawdopodobnie nie chciałbym brać udziału. Drugą sprawą było to, że w rzeczywistości nie znosiłem psów. Od zawsze przeszkadzał mi ich smród, wywalone, zaślinione jęzory i głodne oczy. Mówiąc szczerze, bałem się ich. Byle szczeknięcie potrafiło mnie przyprawić o mocniejsze bicie serca.
W tym czasie kobieta opowiadała o swoich licznych stosunkach z psem, o przygodach z pupilami ich znajomych, którymi czasem się opiekowała, o tym, jak na spacerach zdarza jej się podglądać fiuty innych psów, prowadzonych przez jej sąsiadów, jak fantazjuje o „zrobieniu im dobrze” na oczach zaskoczonych właścicieli. Jednocześnie zbliżała się do mnie. Siedziała blisko, ocierała nogi o moje łydki. Potem zaczęła błądzić dłonią po całym moim ciele. Nie przerywając opowiadania, gładziła mnie po plecach, szyi i kroczu. W końcu poczułem niebezpieczny dreszcz. Wtedy całkiem do mnie przywarła. Rozgniotła wielkie piersi na moim torsie, wsadziła język do ucha, zaczęła szeptać. Twierdziła, że „jest jej niesamowicie miło przebywać z kimś, kto się jej nie brzydzi, kto wręcz podziela jej ciche, zboczone fascynacje”. Mówiąc to, trzymała rękę na spodniach. Wymacywała kształt mojego – coraz bardziej nabrzmiałego – członka. Miałem opory, by powiedzieć jej prawdę. To nie zoofilia, ale ona sama nakręcała mnie w tej sytuacji. Nie byłem z kobietą od tak dawna, że na sam dotyk jej piersi robiło mi się słabo. Zaczęła mnie całować, jednocześnie wsuwając dłoń do dżinsów. Wyczuła, jak wysoki był poziom mojego podniecenia. Na czubku penisa zbierała się wilgoć. Szybko ściągnęła ze mnie spodnie, usiadła na podłodze i przystąpiła do ssania. Za wszelką cenę nie chciałem zaprezentować się tak, jak jeden z opisywanych przez nią chłopców. Drżałem z wysiłku, wstrzymywałem powietrze, syczałem przez zaciśnięte zęby. Jola brandzlowała mnie jedną ręką, zaś drugą położyła na moim brzuchu i powoli przesuwała w stronę krocza. W kulminacyjnym momencie wyjęła członka z ust, by dać odpowiedź moim rozpaczliwym myślom: „w tej chwili jestem tu dla ciebie, a nie ty dla mnie”. Obie jej dłonie spotkały się ze sobą i połączyły we wspólnym wysiłku. „Uspokój się, przecież ostrzegałeś, że w łóżku szybko dostajesz szału” – wymamrotała z czułością, a następnie znów przywarła wargami do newralgicznego miejsca. Wystrzeliłem w ułamku sekundy. Niewiele myśląc, złapałem ją za włosy i przyciągnąłem do siebie na tyle głęboko, na ile to było możliwe. Jola zaczęła parskać, instynktownie wyswobadzała się z uścisku by zaczerpnąć powietrza. Z wnętrza jej gardła dobiegało paniczne buczenie, a ręce biły mnie po brzuchu na znak protestu. Puściłem dopiero wtedy, gdy wytryski ustały. Opadła momentalnie na podłogę, krztusząc się, wypluwając spermę oraz gęstą ślinę, wskazującą na to, że była bliska zwymiotowania. W tym czasie pies znów zaczął wściekle ujadać, co otrzeźwiło mnie trochę. Jego łapy nerwowo uderzały o drzwi, co jakiś czas wprawiając klamkę w drżenie. Jola klęczała na czworakach, charkała, dyszała. Po chwili spojrzała na mnie wzrokiem pełnym pretensji. Nie skomentowała mojego zachowania. Wstała z podłogi i bez słowa poszła do łazienki. Zrobiło mi się wstyd, a zarazem poczułem ogromną wdzięczność. Zapragnąłem przeprosić tę kobietę, choć nie miałem pojęcia jakich słów użyć, by nie zabrzmiało to fałszywie.
Wróciła po kilku minutach, roztaczając wokół siebie świeży zapach perfum i pasty do zębów. Znowu była pogodna. Wypiła łyk wódki, stanęła nade mną w lekkim rozkroku. Rzuciła powłóczyste, niejednoznaczne spojrzenie i zapytała czy chcę się wycofać, „jeszcze zanim będzie za późno”. Zatkało mnie, nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Jedynie uśmiechałem się, jak debil, nie bardzo rozumiejąc, o czym do mnie mówi. Rozebrała się do naga, odsłaniając każdy defekt jej podstarzałego ciała. Piersi, pozbawione stanika, opadły ciężko, przybierając kształt dwóch masywnych worków z łojem. Jej grube uda i brzuch miały jakby galaretowatą postać. Jola odwróciła się na pięcie, prezentując obwisły tyłek, który tańczył przy każdej, choćby najmniejszej reakcji mięśnia, ukrytego pod solidną warstwą tłuszczu. Ruszyła dostojnym krokiem w stronę sypialni. Wiedząc już co się dzieje, zadrżałem ze strachu. Odruchowo wsunąłem na siebie spodnie, a gdy naciskała na klamkę krzyknąłem: „poczekaj!”. Z pokoju wypadł wielki pitbull. Na mój widok wyszczerzył wściekłe zęby, zaczął warczeć i dreptać ku kanapie, na której siedziałem. Jola szła w tym samym tempie, tuż za nim. „Nie lubisz tego pana, co Fabianku?” – komentowała radosnym głosem. Byłem jak sparaliżowany. Nie poruszałem choćby palcem. Jedyny ruch, na jaki mogłem się zdobyć, to ściągnięcie brwi i przeniesienie gałek ocznych na Jolę – w o tyle pytającym, co panicznym geście. Kiedy dotarł pod same moje nogi, dał upust swojej furii. Szczekał, jak pomylony i napinał się na całym ciele. Cofnąłem nogi, co okazało się błędem – pitbull zaatakował. Rzucił się naprzód z rozdziawioną gębą. Wrzasnąłem i zasłoniłem twarz. W tym samym czasie Jola schwyciła go za obrożę i pociągnęła do tyłu, mówiąc „zostaw!”. Skowyt ustąpił miejsca warkotowi. Kobieta oparła się brzuchem o jego tułów. Patrząc wyzywająco w moim kierunku, gładziła psa po kroczu. Po krótkiej chwili zza owłosionej kępki wyłoniła się śmieszna, różowa końcówka. Jola przewróciła pupila na bok, zaczęła tarzać nim po podłodze. W tym momencie pies ostatecznie utracił zainteresowanie moją osobą. Poszczekiwał, ale tym razem z innego powodu – robił się napalony. Jego pani chichotała, przekomarzała się, na przemian zapraszała do siebie, gładziła, poszturchiwała sterczące prącie i brutalnie odpychała. Pies niecierpliwił się, bezustannie próbował na nią wskoczyć. Jola uklękła, zaczęła robić sobie palcówkę, zaś wolną ręką dalej prowadziła batalię z podskakującym zwierzęciem. W pewnym momencie rzucił się na nią z taką siłą, że aż zdołał powalić na podłogę. Od teraz Jola walczyła z nim w parterze. Odpychała nogami jego pysk i łapy, którymi rozpaczliwie próbował się zakotwiczyć. Z jego fiuta wyciekała przezroczysta sperma. Kobieta musiała to dostrzec – palce, drażniące jej waginę, nagle przyspieszyły. Przez moment zajmowała się tylko sobą, pozwalając psu skakać po jej brzuchu i kopulować z udem. W końcu zaczęła głośno jęczeć i – odpychając Fabiana – obracać się na brzuch. Będąc na czworakach, wypięła tłusty zadek. Strzeliła kilka razy dłonią po pośladku. Na ten wymowny sygnał pies natychmiast ruszył. W niezgrabnym susie przejechał pazurami po jej plecach, raniąc je w kilku miejscach. Próbując dorwać się do wnętrza, obijał penisem uda lub przerwę między pośladkami. Jola dostrajała pozycję do jego pozycji, raz cofała, raz przybliżała swój tyłek. Wreszcie wyczuł pochwę i rozpoczął swą szaleńczą gonitwę za spełnieniem. Masywne, umięśnione bydlę wdzierało się w kobiece łono z niewyobrażalną prędkością, jakby w strachu, że ktoś mu to zaraz odbierze. Jola zwisała przed nim z rękami rozpostartymi szeroko na parkiecie podłogi. Postękiwała przez moment, ale szybko ucichła. Spojrzała pod siebie i głośno zaklęła. Przeniosła dłoń w stronę krocza. Próbowała pochwycić członka, wyślizgującego się z jej wnętrza. Szeptała „o nie, o nie..”, stękała – ale tym razem z pewną nutą zawodu. Pies zeskoczył, obszedł swoją panią dookoła, wylizał ją po twarzy. W tym czasie zauważyłem tę cienką, bladą strużkę, której poświęcała tak wiele uwagi w naszej korespondencji. Zwierzęce nasienie wyciekało spomiędzy jej nóg.
A więc tak wizualizuje się ludowe przezwisko: „pies ją jebał” – pomyślałem. Dziwny seks, którego właśnie byłem świadkiem, dla większości ludzi uchodziłby za akt ostatecznego splugawienia. Myślę jednak, że nie brakowało i takich, co oddaliby nerkę za choćby kilka minut takiego seansu. Ja natomiast nie plasowałem się chyba w żadnej z tych dwóch kategorii – nakarmiłem swoją ciekawość, wynikającą z przekraczania granic „tabu” (przynajmniej na pewien czas), ale nie odkryłem też jakiegoś nowego, nieprzebranego źródła fantastycznej podniety. W trakcie całego przedstawienia mój penis pozostawał martwy.
Jola westchnęła z rezygnacją. Wstała z podłogi, chwyciła obrożę i zaprowadziła Fabiana z powrotem do sypialni. Potem wyszarpnęła z szafy wysłużoną szmatę. Przystąpiła do szorowania podłóg, próbując wywabić liczne białe plamy z drewnianego parkietu. Gdy skończyła, podeszła do mnie z wahaniem. Usiadła okrakiem na moich kolanach. W jej oczach pojawiło się coś nowego, jakby smutek. Cuchnęła potem i psią sierścią, była utytłana malutkimi włoskami, kurzem z podłogi oraz lepką spermą. W wielu miejscach skapywała z niej świeża krew. Patrzyła mi prosto w oczy. „Możesz mieć mnie po nim” – stwierdziła zgaszonym tonem. Odmówiłem, tłumacząc, że nie jestem jeszcze gotowy. Po chwili milczenia zwróciła się z kolejną propozycją: „To może chcesz, żebym cię wylizała?” – i tym razem głos Joli był słaby, jakby wyprany z emocji. Potrząsnąłem głową przecząco. Wtedy jej policzki powędrowały ku zmrużonym oczom, przepoczwarzając twarz w obraz raptownej, starczej żałości. Opadła na mnie całym swoim zwalistym cielskiem, przytuliła moją szyję i zaczęła cichutko szlochać.
Gładziłem ją uspokajająco po brudnych, poharatanych łopatkach. Czułem się bardzo niekomfortowo pośród zwierzęcych wydzielin i łez, którymi skrapiała moje ucho. Miałem ochotę wrócić już do domu. Zrobić sobie kąpiel, herbatę, przeczytać jakąś książkę albo obejrzeć nudny film. Mi też zrobiło się niesłychanie smutno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *