Siedziałem okrakiem na drabinie – Część III „Kosmos do góry nogami”

Siedziałem okrakiem na drabinie – Część III „Kosmos do góry nogami”

„Czas nie kutas, nie stoi w miejscu” to jest prawda. Kolejne dni mijały bez większych sensacji. Na wyścigi z deszczem odnawiałem bramę przy budynku koszar, gdy lało miałem tysiąc i jeden innych robótek: tabliczki personalne na drzwi w sztabie, jakieś propagandowe plansze. Snułem się między koszarami, a swoją pracownią w ciągłym stresie, oczekując konsekwencji „gorącej” nocy. Z Rafałem widywałem się czasem, zazwyczaj rano na zaprawach jeżeli wstałem lub na stołówce jeżeli jadłem. Raczej jadłem mało, bo żarcie paskudne, a strach odebrał mi apetyt. Co drugi dzień widziałem jego plecy, gdy spał na sąsiednim łóżku. Zauważyłem, że owijał się szczelnie kocem. Mimo to w nocy, jak to w nocy ten kokon rozpadał się. Wtedy obserwowałem go sobie, ale nie były mi w głowie żadne zabawy.

Miałem żal do losu: dlaczego to nie jest tak jak w filmie, że dwie połówki serca odnajdują swoje przeznaczenie? Ale życie to „nie jebajka”. Mimo tego, że byłem przerażony, patrząc na niego zawsze odczuwałem nieznośne podniecenie. Zabawiając się pod prysznicem od razu przed oczyma, stawał mi ten jego gigantyczny kutas i rozpływałem się, myśląc co można by z nim zrobić. Po dwóch tygodniach wracał powoli apetyt, mimo niepewności nie odczuwałem już tak silnie strachu. „Chyba nikomu nic nie powiedział” uspakajałem się. W międzyczasie wykombinowałem i założyłem haczyk w drzwiach do łazienki i życie się toczyło utartym rytmem.

Kończył się drugi tydzień września, pogoda dopisywała. W sobotnie popołudnie chciałem sobie osłodzić życie więc poszedłem do kantyny, kupiłem trochę słodkiego badziewia, fajki, oranżadę i kawę. Siedziałem przed kantyną na drewnianej ławeczce, a na stole przede mną leżały moje zakupy. Popijałem słodki, kolorowy i gazowany napój, podjadając landrynki i jakieś ciasteczka. Zapaliłem papierosa i odwróciłem twarz do popołudniowego słońca, przez zmrużone oczy zobaczyłem jakiś cień idący do sklepiku. Nie chciało mi się ich otwierać, było przyjemnie, czułem się odprężony, nie myślałem o niczym szczególnym. Siedziałem, zajadałem się słodkościami i paliłem papierosy. Nagle na ławce na przeciwko mnie usiadł On. Czułem jak adrenalina uderza w moje ciało.

– No i co powiesz pedale – powiedział zniżając głos. Siedziałem, patrzyłem, nie odzywałem się. Nasze oczy spotkały się, nie widziałem w jego spojrzeniu tej złości sprzed kilku tygodni. – Powiesz coś – kontynuował tym swoim melodycznym wschodnim zaśpiewem. Zauważyłem, że to już inna osoba, inna niż kilka miesięcy temu w naszej sali podczas pierwszego spotkania. Był pewny siebie, inaczej się wysławiał, jakoś płynniej. Wziął sobie mojego papierosa i zapalił.
– Bo ty nie zrozumiesz – wydukałem.
– Czego? Że ty pedał?
– Przepraszam za tamtą noc – on patrzył, zaciągnął się dymem, który wydychał mi w twarz.
– Ja nie powiedział nikomu i nie powie – stwierdził. Trochę moje napięcie spadło. Przypaliłem kolejną fajkę, on do ust wsadził sobie landrynkę. Chwilę milczeliśmy.
– Ja dobry człowiek jestem, wierzący. Ty zły komunista, ale człowiek i ja nie powiem – Chciałem zaprzeczać tłumaczyć, że też nie lubię komunistów, ale po co?
– To, że maluję hasła to nic nie znaczy.
– Może, ale ty podpierdalasz ludzi, a ja nie. U mnie to jest już grób, tajemnica.
– Nikogo nie podpierdoliłem.
– Może, ale wszyscy tak mówią. Słuchaj ty teraz mnie. Ja nie twój brat, ty mnie nie tykaj, a będziesz tu żyć. Ja dziś się przeniósł z czumadanem pod ścianę. No i Janek Woś teraz śpi z tobą. Ja mu powiedział, że mnie światło z okna przeszkadza spać. I my się zamienili.
– Rozumiem – wyszeptałem.
– Jemu ty łap pod koc nie wkładaj, bo on cię zabije – wstał i wziął jeszcze jedną moją landrynkę, a mnie w oczach zbierały się łzy. Popatrzył na mnie jeszcze. – Ty nie płacz, ty nie baba, a ja nie będę twoja baba – odwrócił się poszedł do koszar.

Siedziałem łzy mi napływały, czułem się taki bezsilny i samotny. Z drugiej strony powracał kompletny spokój. Tylko teraz moim sąsiadem będzie Janek, czyli Małpiszon. Koniec z nocami pełnymi ekscytacji, przyglądaniu się tej pięknej twarzy. Jednak ta nasza, a właściwie moja, noc będzie zawsze ze mną.

Dzień do dnia podobny, tylko dekoracja za oknami się zmienia. Przyszła jesień i jakoś tak wszystko zrobiło się sraczkowate. Byłem często rozdrażniony. Wkurzałem się, że ten wyrok, który tu odbywam, jest bardzo długi. Małpiszon doprowadzał mnie do szału, a właściwie jego wice. Bo kto normalny uważa za świetny żart, pierdzenie komuś pod nosem? I czasami nocą czułem i słyszałem jak bije sobie konia. Robił to jak królik, trwało to kilkadziesiąt sekund, potem sapnięcie i powtórka z rozrywki, tym razem trochę dłuższa zabawa. Miałem wrażenie, że robi to specjalnie, żebym o tym wiedział, jakby zapraszał do wspólnej zabawy. „Kurwa” myślałem „im tobie bardziej staje, tym mniej mi się chce”. Ja to załatwiałem pod prysznicem, przywołując feralną noc lub zapadając się w marzenia co było gdyby.

Nowy „Stary” to porażka. Pułkownik. Jedyne co było jego plusem to sylwetka. Mimo zaawansowanego wieku szczupły, wysoki, siwiejący brunet, z mocnymi brwiami, stalowym spojrzeniem, prostym nosem. To co najważniejsze dla mnie, nie nosił wąsów. Niestety, cierpiał na nadmiar energii. Nawet Politruk nie potrafił wybronić mnie przed niektórymi rozkazami Starego. On zaś miał fantazję typowego żołdaka. Więc jednego dnia coś kopaliśmy, by następnego to zasypać, coś się ciągle przenosiło z miejsca na miejsce. Chyba wychodził z założenia, że wojsko musi ciągle mieć zajęcie. Przez niego kompletnie przestałem chodzić z kompanią na posiłki. Stary często przychodził w porze obiadowej pod kompanię i przyglądał się wymarszowi kolumny, a potem było krążenie w koło ze śpiewem na ustach. Jak to nie pomagało, to bieg w szyku czyli koszmar. Potem wszyscy w pośpiechu musieli jeść, bo czasu było mało. Wiec z premedytacją wykorzystywałem swoją pozycję, by nie pojawiać się w tym małpim cyrku. Czasem to obserwowałem ze swojego okna pracowni i było mi żal chłopaków.

Jako, że teraz dni snuły się dość sennie, fala zaczęła myśleć już o cywilu, poczynała przygotowania do tego wielkiego dnia. Rychu, który tylko raz się jeszcze na mnie wkurwił, gdy po pamiętnej pierwszej nocy zapytał się, czy będę szanował tradycje i poddam się fali. Odpowiedziałem, że nie, bo jestem za stary na takie zabawy. Dostał wścieklizny, zrugał mnie i na tym koniec. Jednak, któregoś jesiennego popołudnia podszedł do mnie i zagadał.

– Tej, dziku, mam sprawę.
– Jaką?
– Tej, wiosna idzie.
– Rychu, do wiosny to w chuj czasu.
– Szykować się trzeba.
– Co to znaczy? – bo nie rozumiałem i co to ma wspólnego ze mną.
– Wee, no, kurfa, centymetr i chustę potrzebuję.
– Jaki kurwa, centymetr? – chustę chyba kojarzyłem.
– Kurfa, no centymetr na sto pięćdziesiąt dni do cywila, no kurfa.
– Weee, poważnie? – lekko go przedrzeźniałem
– Kurfa, wiesz tam na jednej stronie trzeba odjebać kolorową historyjkę, czaisz?
– No, ok, ale co mi do tego?
– No… kurfa, ty ładnie malujesz, odjebał byś mi taki centymetr, no i chustę.
– Ty, ja nigdy czegoś takiego nie robiłem i pewno po kątach będę się z tym musiał kitrać.
– No, raczej. Tej, ale nie za darmo. Fajki, kawa co tam chcesz – „dobra, Rychu” myślałem „ja w dupie mam kawę i fajki”. – Zrobię to jeżeli odpuścicie trochę docieranie chłopaków z mojej fali i tego dzika, Rafa, zresztą już na dniach nowe jesienne koty będą – Rychu patrzył na mnie zaskoczony.
– Tej, dla mnie może być, ale nie tylko ja jestem stary.
– To docierajcie ich raz na dwa dni i lżej.
– Kurfa, nie wiem – zafrasował się. – Jak załatwię, to mi wyjebiesz na chuście Conana w kredkach.
– Chuj, nie ma sprawy.

Po kilku dniach od tej rozmowy, Rychu przyniósł mi centymetr krawiecki i kawał prześcieradła. Zauważyłem, że chłopakom odpuszczono i to znacznie. Często gdy wracałem w nocy oni jeszcze gadali cicho w sali. Dziadek na kompani był tylko jeden, kierowca i odszedł cichaczem. Zaś z garnizonu przywieziono świeże mięso, sort jak zwykle. Politruk nikogo sobie nie przysposobił, a ja i tak miałem na wszystko „wyjebane”, jak to się tu mówi.

Któregoś dnia skręciłem podczas zaprawy nogę w kostce, bo się pośliznąłem. Trafiłem do gabinetu, miałem szczęście, był dziś doktor Tomasz, czyli kapitan Tomasz. Jowialny mężczyzna w wieku między trzydzieści a czterdzieści lat. Mego wzrostu grubasek, o jasnych oczach, pszenicznych włosach i takich samych wąsach. Biały kitel, sweterek w serek, widać, że z PEWEX-u i wojskowe spodnie. Przywitał mnie serdecznym uśmiechem. Potem macał mi kostkę, zawinął w elastyczny bandaż, dał mi Altacet i jakieś proszki przeciwbólowe. Spytał czy mam gdzie robić kompresy, bo jak nie to mam zgłaszać się na izbę chorych do sanitariusza. Ja odrzekłem, że mam, bo mam pracownię. On się szerzej uśmiechnął i powiedział:

– To ty jesteś ten student? – odpowiedziałem twierdząco, potem przez godzinę gadaliśmy o swoich przypadkach. On mi mówił jak nienawidzi „syfu”, że z winy ojca, który był zlewem i to dlatego wylądował na WAM-ie, a nie w jakieś Akademii Medycznej. Robi wszystko żeby go wywalili, ale to nie takie proste. Było sympatycznie. Wypiliśmy kawę, spaliliśmy paczkę fajek, bo nie było pacjentów. Już się żegnając powiedział:
– Janusz, myśl trochę. Szkoda czasu.

No, i trochę się działo. Jesienne koty, kurwica Starego, a nadchodził listopad, już byłem osobą rozrywaną, gdy swój centymetr i chustę pokazał wszystkim Rychu. Każdy stary mnie zaczepiał, jęczał, prosił o przysługę. Nie byłem w stanie tego zrealizować. Znalazłem Rycha i powiedziałem mu, że nie chcę nikogo obrażać ani wybierać komu coś tam zrobię. Powiedziałem, że namaluję jeszcze trzy chusty i z pięć centymetrów, bo i tak to robię w nocy, kryjąc się przed Politrukiem. Stwierdziłem, że zrobimy losowanie, kogo wylosuje temu namaluję.

Na początku listopada przyszedł śnieg i mróz. Jednego wieczoru musiałem pełnić służbę podoficera dyżurnego na kompanii, bo w międzyczasie dostałem jedną belkę na pagony.

Dowiedziałem się kto dziś pełni funkcję oficera dyżurnego. Traf chciał, że to sierżant Tocki. Tocki to typowy zlew, mały, gruby, z czerwonym ryjem, miał jednak niebywałą zaletę, że był leniem. Po capstrzyku nie widziałeś go do pobudki, spał w pokoju oficera dyżurnego w sztabie. Już wiedziałem, że spędzę noc z twarzą wtuloną w blat biurka. Przejęcie służby, potem kocurki wysłałem na rejony, toaleta capstrzyk i spokój. Docieranie w salach szło pełną parą. Dziadka Rycha poinformowałem, że to mi wisi, byle by po żandarmerię nie trzeba było dzwonić i pomoc medyczną.

Dziś padał śnieg i było zimno. Jeszcze nie chciało mi się spać i za dużo działo się na kompanii. Wszyscy wiedzieli kto ma służbę oficera. Usiadłem przy biurku i rozwiązywałem krzyżówkę. Usłyszałem pukanie do okna w szczycie holu tuż koło mojego biurka. W pierwszej chwili nie poznałem, kto to puka, czyli kto ma wartę na trzeciej zmianie przy bramie koszar. To był Rafał więc uchyliłem okno.

– Piździ dziś strasznie – powiedział.
– No, jebie niemożebnie – dodałem.
– Zrobisz kawę lub herbatę wartownikowi, ty dobry człowiek – uśmiechnął się. Kurwa, te jego sarnie oczy sprawiają, że dużo więcej bym zrobił.
– A co chcesz, Rafał? Kawa, herbata, mocna czy słabsza? Mam w chuj kawy, bo chusty maluję.
– Jak tyle masz, to narób mi ty takiej siekiery, a fajki masz, bo moje na wartowni?
– Pewnie, masz pal – podałem papierosy i zapalniczkę. Ktoś pizdnął drzwiami na końcu korytarza i biegł do kibla. To był Małpiszon:
– Kurwa, zamknij okno, bo piździ – krzyczał
– Melduj cioci, wartownika poje – rzuciłem w odpowiedzi.
– Jak masz, daj dwie łyżki cukru – domagał się zza okna Rafał. Robiłem nam te kawy, a morda mi się sama cieszyła, jak to mówią w wojsku.
– Masz, pij, ostrożnie.
– Dobra, mocna, nie chce mi się tam samemu stać przy bramie. Pogadamy? – zapytał
– Pewnie – odpowiedziałem, choć bardziej prawdziwe byłoby „z rozkoszą”.
– A dasz fajki jeszcze?
– Masz tę paczkę, ja mam drugą w biurku.
– Gitara jesteś – powiedział z uśmiechem. Patrzyłem na tą twarz i już mi stał na baczność. Piliśmy kawę, paliliśmy, gadaliśmy o pierdołach, o Tockim co pewnie na drugi bok się przewraca. Było koło jedenastej, na kopanii jak w ulu, ale miałem to w głębokim poważaniu.
– Idź umyj kubki – powiedział Rafał. – No, dobre twoje, teraz będzie moje, no idź. Ja idę za magazyn zaraz wracam.
Poszedł, ja myślałem „co on chce” ale poszedłem, umyłem i wróciłem. Wyciągnął zza pazuchy zimowej kurtki butelkę wina typu wino.
– Skąd to masz?
– Oj, tam mam – i się uśmiechnął. – Ja specjalnie z lasu przyniósł, bo wiedział, że masz służbę, a pogadać ja chciał. I ja się ustawił na trzecią zmianę przy bramie – Cały czas ta jego twarz promieniała radością. – No nalewaj ty, tak po połowie kubka, niech zostanie na zaś. Później schowaj bo tu mróz.
– No, dobra – nie łapałem o co chodzi, ale już podniecony i mający możliwość rozmowy z nim godziłem się na wszystko. – Jak kupiłeś wino? Skąd je masz? – dopytywałem.
– Od Zośki ze wsi. No, ty wiesz, ona się tu ustawia na jebanie, no w lesie, a jak co trzeba, to kupi i przyniesie – uśmiechał się, a ja poczułem kolkę zazdrości, że takie kurwiszcze jakaś Zośka może cieszyć się bliskością Rafała. Chyba miałem nie ciekawy wyraz twarzy, wypiłem pierwszy łyk wina, on też i roześmiał się – Oj, ty mój pedałku, zazdrosny, czy jak?
– Sam nie wiem Rafał. No, przepraszam.
– Oj, tam. Ja wiem, ty wiesz i tyle.
– Rafał, nie mów „pedał”, a mów „homoseksualista”, proszę.
– Homosaksaulista, ja tego nie powiem. to za trudne, ale ty nie pedał ale mój pedałek – i znowu się śmiał – rozbrajał mnie ten facet. Niech mu będzie „pedałek”. – To jak ty się zrobił, ten pedałek?
– Rafał, nie wiem, chyba to samo przyszło – opowiedziałem mu sen o rękach Andrzeja i o tym jak go zobaczyłem, jak się później nakręciłem i ten wspólny bieg.
– No, to ty jak baba, zakochany we mnie, co?
– Kurde – milczałem, no co mu powiedzieć?
– Bez wina, nie rozbierjosz – dokończył resztę, spojrzał w stronę bramy. – Latarki, zmiana idzie, ja tu znowu o czwartej. Nie, śpij pogadamy.

Odszedł od okna, ja je zamknąłem. Przyglądałem się temu jak czekał na zmianę warty. Potem zrobiłem porządek, schowałem butelkę z winem. Po pół godzinie było już zupełnie cicho. Siedziałem przy biurku i byłem szczęśliwy, spełniło się moje marzenie, rozmawiałem z nim. I to rozmawiałem po raz pierwszy w życiu szczerze o swojej seksualności. „No dobra niech nawet będzie ten pedałek.” myślałem i nagle coś mnie olśniło! Kurczę, on powiedział, że nie jestem „pedał” tylko „jego pedałek”, czyli… chyba mnie zaakceptował. Chyba mu się podoba to, że nie tylko dziewczyny się za nim oglądają ale że może mieć każdego. Moja erekcja nie dawała mi spokoju, jednak nie chciałem iść do toalety i szybko sobie strzepać. Za kwadrans czwarta zacząłem przygotowywać kawę. O czwartej była zmiana. Kilka minut po już uchyliłem okno i powiedziałem:

– Rafał mam gorącą kawę, chodź.
– A co ty taki niecierpliwy, oni do wartowni jeszcze nie doszli – znowu te dołeczki i uśmiech.
– No nie spałem, czekałem na ciebie.
– To ilu facetów miałeś? No, ty mi mówił o tych rękach, no i o mnie. No, ale to macanie się nie liczy, bo to nie było nic.
– Rafał, kurde, ja nie miałem nikogo, w liceum kochałem się w takim chłopaku, ale nawet takiego macania nie było.
– To ty dziewica – i śmiał się. – Zapalimy. Bożesz ty mój, dwadzieścia jeden wiosen i dziewica!
– Męska dziewica, dziewczyn wyruchałem sporo w akademiku – powiedziałem twardo.
– To może ty nie pedałek, jak z dziewczynami lubi?
– No właśnie nie lubi, a jedynie może. Mogę to robić z nimi, ale tego nie lubię. Robię to, bo wszyscy kumple to robią i żeby nie było gadania, że dziewczyn nie lubię.
– A jakiego masz chuja, co? – zapytał. A ja nie wiedziałem do czego ta rozmowa zmierza. Zadawał te pytania bez jakiegokolwiek zażenowania, chyba czuł, że może mną kręcić jak chce.
– Poczekaj umyję kubki, to to wino rozpijemy, bo pytasz o takie rzeczy.
– O jakie? Ja ciekaw, ty mojego widział, trzymał, lizał. To ja chcę wiedzieć. O!
– Dobra umyję kubki, minuta jestem – wróciłem rozlałem wino, które było schowane w koszu na śmieci.
– No, to jakiego – zapytał
– O połowę mniejszy, no i dużo chudszy, z dużym grzybem. Wiesz chudszy ale od twojego, bo w ogóle dość gruby – plątałem się.
– A ty widział takiego kutasa jak mój?
– Nie. Ty masz najpiękniejsze berło jakie widziałem w życiu – zapewniałem. On zrobił się jakiś smutny. Patrzył mi w oczy i powiedział.
– Oj, oj, ty głupi. Ty by zobaczył, jakby takiego miał. Dziewczyny nie chcą dawać, bo się boją, nie poliżą bo nie. Tylko ta Kryśka chciała, ale to ruchawiec. Jak ja jej trochę wsadził, a ona jak świnka kwiczała, że nie, że koniec, że za wielki. Do ust nie chciała, bo też za wielki. Ot co trochę polizała ale się znudziła. Powiedziała, że zwali mi jak jej pizdę wyliżę. Wylizałem, a ona później trochę powaliła i powiedziała, że ręka ją boli i żebym sobie zwalił sam. Powiedziała, że jeszcze popyta koleżanek, może która chętna – westchnął. – No i były jeszcze takie dwie ale to samo – potem mówił, że wszyscy ruchają w tym lesie, a najwięcej Janek „Małpiszon”, że tylko on nie rucha, że on ma z tym chujem same problemy. Teraz jest lepiej bo nie tak często mu staje jak kiedyś. Nawet w cerkwi mu stawał na nabożeństwie i musiał uciekać, a w szkole chłopaki go nazywali „Kutas”. Oczy miał smutne jak o tym opowiadał. Widziałem, że to coś za co ja bym dał się zabić, jest źródłem udręki tego chłopaka. Nagle się uśmiechnął i powiedział:

– I zrób kawy, to jeszcze coś ci powiem – zrobiłem kawę, piliśmy chwilę w milczeniu, a on mi popatrzył w oczy i stwierdził. – No, po tym wszystkim to ja cię nawet polubił, no bo ty pierwszy mnie lizał i chciał więcej – śmiał się, a ja razem z nim. – No, ale ani baba z babą ani chłop z chłopem nie mają dobrego ruchania, mnie baby się chce – skończył.
– No, nie przejmuj się, kiedyś znajdziesz jakąś, pewno twój ojciec ma podobnego.
– Ojca to, ja mało pamięta. On dziesięć lat w Stanach siedzi i brat już sześć. Ja, matka i siostra tu siedzimy. Dlatego ja tu przyszedł, jak tylko skończył lata, ja do Stanów chcę.
– Co, gospodarstwo rodzice tu mają?
– Nie zakład kamieniarski, matka z siostrą rządzą. Ja teraz pomagam przy robocie jak do szkoły nie chodzę.
– A nie chciałeś dalej się uczyć?
– A po co? Tylu umiera, że zawsze będą pieniądze.
– No, może masz rację.
– No ptaszyna, ty mi powiedz, ty mojego się nie bał? Powiedz gdzie ja ci bym go włożył? – śmiał się. – Jego nie połkniesz, a w dupę nie włożę, bo tam w środku gówno. Nawet jakby i włożył, to by cię rozerwał – piliśmy kawę i on mi powiedział, że tą naszą noc będzie pamiętał, że też mi życzy chłopaka, który mnie będzie chciał ruchać.
– Rafał, no to jest tak. Ja też marzę o tym, bym i ja komuś mógł włożyć.
– To idź do Kryśki, jej możesz ale z przodu włożyć – śmiał się. – Zamknij okno, nagrzej korytarz.
– Dobra – wziąłem kubki z parapetu i zamknąłem okno, zostało pół godziny do pobudki.

Zastanawiałem się czemu ta rozmowa służyła. Dlaczego chciał ze mną rozmawiać o tak intymnych sprawach ? Kurde, gdyby on był homo, bylibyśmy bardzo szczęśliwi. Z drugiej strony niepokoiły mnie te teksty o gównie w środku, sam widziałem na ceramice greckiej sceny seksu między facetami. „Może nie jest tak źle” myślałem.

Dwa dni później przyszła odwilż. W koło sraczkowato i szaro, do tego mokro. Zacząłem trochę się socjalizować. Dziadkowie pieli z zachwytu na moimi „dziełami”, moi „nowi starzy” po obcince już ustawiali się w kolejce do mnie po przyszłe chusty i centymetry. Wszystkim podobały się centymetry, które robiłem ze scenkami erotycznymi, malowałem je farbami akrylowymi, fluorescencyjnymi więc były oczojebne. Z Rafałem, często swobodnie rozmawialiśmy, zgodził się, żeby go nazywać Rafi. Ja się zgodziłem na to, by mnie nazywał „pedałek”, jeżeli nikt nie słyszy. Nie było okazji by prowadzić jakieś szczere rozmowy. On w służbie, ja poza nią. Obiecaliśmy sobie, że gdy będzie jakaś wspólna służba, to znowu sobie pogadamy.

Któregoś dnia padał deszcz, zacinał wiatr, ja zaś robiłem rzut skrzydła orła na planszę. Ciszę przerwał stukot buciorów na klatce schodowej, po chwili podoficer dyżurny wpadł do pracowni i oznajmił mi, że mam się stawić się do rozładunku płyt chodnikowych, na rozkaz Starego. Klnąc na czym świat stoi, ubrałem się i pobiegłem się zameldować. Robota była koszmarna, trzeba te płyty było rozładowywać z naczepy i z rąk do rąk podawać i przenosić. Całe szczęście, że dali nam rękawice ochronne. Wiatr z deszczem zacinał, kaprale wyżywali się na nas za swoje wkurwienie, bo musieli tu stać i dowodzić.

Po godzinie, było już niezłe bajoro pod nogami. Przenosząc płytę, pośliznąłem się, padając jakoś ją odrzuciłem. W geście rozpaczliwego ratunku, ale się nie podparłem. Od upadku pociemniało mi w oczach. Ból w okolicach lędźwi był nie do zniesienia, nie mogłem się podnieść. Zawołano sanitariuszy, którzy zanieśli mnie na noszach do izby chorych.

Leżałem samotny w izbie chorych, nie mogąc się ruszyć i czekałem na kapitana Tomasza. Izba chorych to były trzy sale. Jedna z nich przeznaczona była dla sanitariuszy, zaś dwie pozostałe były dla chorych. Na ten przybytek zostało adoptowane jedno z mieszkań w „zlewowskim” bloku. W pokoju, w którym przebywałem ustawionych zostało sześć łóżek, po trzy przy każdej ze ścian. Mnie położono na pierwszym łóżku przy drzwiach i połączone ono było z obecnie pustym łóżkiem. Pod samym oknem stało jeszcze jedno łóżko. W wolnych przestrzeniach ustawione były szafki żołnierskie. Miłym zaskoczeniem był kolor ścian, świetlista żółć i podobne zasłony w oknach. Do sali wszedł sanitariusz Jacek, taki sympatyczny szatyn o miłej powierzchowności z wszechobecnym wąsikiem w wojskowej kulturze. Zapytał;

– Janusz i co? Napierdala?
– No, boli, nie mogę się ruszyć – próbowałem lekko unieść się na łokciach ale zaraz opadłem na posłanie i tylko wyjęczałem: – O kurrrwa, jedna.
– Janusz, zaraz przyjdzie Zbyszek i będziemy musieli cię rozebrać z tych łachów, umyć i przebrać cię w piżamę.
– Nie żartuj, ja kąpałem się wczoraj.
– Sorry, Winetu, też nie lubię komuś myć dupę i kutasa ale jak mus to mus. Chyba, że sam to zrobisz. No i kurwa, Tomka dziś nie ma, on ma dyżur w garnizonowym szpitalu. Mamy ci podać zastrzyk przeciwbólowy, jak nic nie pomoże to wzywać ambulans.
– Jacek – wydusiłem z siebie – czy to mycie jest konieczne? Nie chcę gołą dupą tu świecić – ratowałem się przed obnażaniem.
– I tak, nie możesz tu spać w szortach. Tylko piżama i podkoszulka – szczerzył się Jacek. – Czekaj muszę rozłożyć gumowego kondona na łóżko obok. Tam cię oprawimy – śmiał się perliście.
– A gdzie mnie umyjesz?
– No, na tym kondonie, wiesz gąbką.
– Kurwa, Jacek, no weź – patrzyłem na niego błagalnie i usłyszałem otwieranie i zamykanie drzwi, zaraz w pokoju pojawił się Zbyszek, wysoki żylasty blondyn z wąsikiem.
– Jacek, a gdzie jest ta guma? – zapytał Zbyszek.
– Tam, u nas w szafce pod oknem. Tam są gąbki i miednice – odpowiedział szatyn. Po chwili łóżko obok posłane było gumowym prześcieradłem. Zbyszek przyniósł miednicę z letnią woda. Zapytał:
– Kto mu myje dupę?
– Może da radę sam trzymać się za kutasa? – ironizował wysoki blondyn.
– Kurwa, dam, nie róbcie sobie jaj, może i dupę sobie podmyję.
– I tak będziesz korzystał z kaczki i basenu – dławił się śmiechem Jacek odpowiadając. – Czyli będziesz srał i szczał jak niemowlę w łóżeczku. Tylko pamiętaj, że musisz nas wołać.
– Ja pierdole!!! – powiedziało mi się. Zbyszek spojrzał na mnie poważnie i powiedział:
– No i widzisz my tu też mamy swoje atrakcje. Czasem trzeba z cudzym gównem i szczynami do kibelka latać, a potem jeszcze brudną dupę umyć. Więc już bez jaj, taka służba – sprawnie mnie przenieśli na drugie łóżko. Zbyszek delikatnie mnie rozbierał, a Jacek zmieniał koc tam gdzie leżałem, bo był cały w błocie. Gdy skończył, pomagał Zbyszkowi rozebrać mnie do naga. Leżałem na zimnej gumowej powierzchni, czerwony jak indor, zasłaniając swój wstyd.
– Zobacz Jacek, kurwa dziewica nam się trafiła.
– Chłopaki nie róbcie jaj. Ja się zesrywam z bólu, kurwa, nawet rąk nie mogę trzymać na jajach bo ciągną mnie plecy.
– Połóż te łapska wzdłuż ciała i tak cię widzimy nago, nie pierwszego nie ostatniego. No już – i Jacek położył mi ręcznik na biodra. Naprawdę obmywali mnie delikatnie ale nawet uniesienie rąk do góry przyprawiało mnie o nieznośny ból. Robili to fachowo w gumowych rękawiczkach, więc nawet gmeranie w moim rowku gąbką, było aseksualne. Nagiego i wytartego przenieśli na drugie łóżko i ubrali w szpitalny sort. Na koniec Jacek zrobił mi bolesny zastrzyk. Przykryli kołdrą. Posprzątali wszystko.
– Chcesz coś jeść? – zapytał Zbyszek. – I pamiętaj masz potrzebę to krzycz. Widzisz nie było strasznie, a czasem trzeba pożartować.
– Na razie dzięki za wszystko, chłopaki – odparłem cichym głosem.

Leżałem sam w sali, walcząc z bólem. Potem cierpienie zaczęło ustępować otumanieniu i zasnąłem. Rano pojawił się kapitan Tomasz. Ugniatał, rozciągał, macał, stulał, pukał w moje ciało. Stwierdził, że mam naderwane przyczepy mięśni jak i ponaciągane pewne partie. Zaordynował leżenie bykiem, maści i coś na uśmierzenie bólu. Na koniec mi powiedział, że za tydzień przeprowadzi jeszcze jedno badanie i żebym się nie martwił, bo myślenie ma przyszłość. Kompletnie nie rozumiałem o co mu chodzi z tym myśleniem i przyszłością.

Pierwsze kilka dni było bardzo bolesnych, ale Jacek ze Zbyszkiem zajmowali się mną jak niańki. Mówili, że fajnie, że ktoś jest chory, bo przynajmniej czas płynie szybciej i oni mają jakieś zajęcie. Wcierali mi maści, ordynowali tabletki, myli, podawali basen, kaczkę i karmili. Po pięciu dniach z ich pomocą docierałem do łazienki i załatwiałem intymne potrzeby. Niestety kąpali mnie w dwójkę bo w wannie sam sobie nie radziłem i trzeba było mnie trzymać. Więc ja nagi, a jeden z nich w szortach mnie trzymał, drugi operował prysznicem. Nie czułem żadnego wstydu przed nimi. Zawsze było trochę grubych żartów i śmiechu. Zbyszek twierdził, że jak Jacek mnie trzyma, to mi staje. Ja się obruszałem i krzyczałem żeby mi nie wsadzał chuja w dupę.

Trzeciego dnia mojego pobytu w izbie chorych, zaczął się festiwal karciany. Graliśmy w tysiąca, trzy, pięć, osiem, makao, chuja, dupę biskupa. Chętnie zagrał bym w brydża ale była nas trójka, a Zbyszek i tak nie umiał więc nie było sensu grania z dziadkiem. Odwiedziło mnie kilka osób z Politrukiem na czele, który udawał zafrasowanego. Widziałem się z Rafim ale nie był sam. Tak przetrwałem do następnego spotkania z kapitanem Tomkiem. Tym razem w gabinecie. Spytał się jak się czuję, czy odczuwam ból. Znowu mnie wymacał na różne sposoby. Zapalił papierosa jako, że byliśmy sami i powiedział:

– Od dziś jesteś chory na rwę kulszową. Czy rozumiesz co chcę ci powiedzieć? – patrzył na mnie uważnie i kontynuował: – Za tydzień lub dwa wylądujesz w szpitalu garnizonowym na neurologii u doktora Zachary. On jest tam ordynatorem i moim znajomym. Po miesiącu lub dwóch… No, co się stanie? Pomyśl.
– To wygląda na spisek – roześmiałem się. – Toż Politruk dostanie kurwicy.
– Od dziś zmieniam ci leczenie. W iniekcjach będziesz dostawał witaminę B12 z pyralginą i cocarboxylazę. Dupa będzie ci odpadać z bólu. Tego nie unikniemy. W szpitalu też to będziesz dostawał ale wszystkie piguły, które tam ci będą podawać wrzucaj do kibelka. Może już w lutym będziesz wolny. Powiedziałem ci, że myślenie ma przyszłość.
– Panie doktorze ale jak ja się odwdzięczę?
– Spadaj szkoda tu ciebie, a sam wiesz co sądzę o LWP-ie, mam go dupie. Teraz ci wszystko wyjaśnię – dostałem wykład pod tytułem waląc w chuja, choruję na korzonki. – Pamiętaj lewą nogą będziesz zamiatał podłogę przez trzy miesiące.

Tak oto kapitan Tomasz dał mi przepustkę do cywila. Teraz musiałem ogarnąć swój bałagan. Poprosiłem Jacka by sprowadził Rafała do mojego łoża. Rafi przyszedł następnego dnia popołudniu.

– Kurwa, jak ty tu masz ciepło na tej izbie.
– A co w koszarach zimno?
– No, kurwa, od kilku dni śpimy w morówkach. Ten stary chuj, kazał przykręcić ogrzewanie. Na wartowni i w sztabie jest normalnie, a na kompanii chujnia, Syberia.
– To posrany kutas – powiedziałem – Słuchaj Rafi, daję ci zadanie bojowe. Masz tu klucz od mojej kanciapy. Musisz tam wejść cicho i wyciągnąć chusty, centymetry, kawę, papierosy, mój szkicownik i ołówki.
– Co ty tu będziesz im to robił?
– Rafał ja za tydzień lub dwa ląduje w szpitalu. Muszę im to oddać, bo tego nie skończę – w oczach Rafała pojawiło się zdziwienie i chyba żal.
– Na długo do tego szpitala ty idzie? – zapytał.
– Nie wiem – musiałem kłamać, że to w chuja granie, wiedziałem tylko ja i doktor Tomek z ordynatorem.
¬– Ale to co, te plecy…
– No tak, właściwe bardziej dupa i noga. To korzonki.
¬– Jak u starego dziada – śmiał się Rafał.

Wytłumaczyłem mu gdzie jest skrytka. On zaś poszedł i wrócił ze wszystkim po kwadransie. Posiedział chwilę, gadaliśmy o wszystkim i o niczym, bo nie można było swobodnie rozmawiać. Kręcili się Jacek ze Zbyszkiem. Poprosiłem Rafiego, by zawołał Rycha, bo chłopakom muszę oddać ich gadżety. Sugerowałem, by do mnie wpadał, bo mi się nudzi. On stwierdził, że chętnie, bo tu ciepło.

Do dwóch dniach izba zaczęła się wypełniać ofiarami zimnego wychowu. Trzeciego dnia do sali zakwaterowano trzech kotów i Władka Sienkiewicza z mojej drużyny. Po dwudziestu minutach pojawił się Rafał. Też wyglądał jak śmierć. Kasłał, leciało mu z nosa i miał bardzo wysoką gorączkę. Jedyne wolne łóżko, było koło mnie. Śmiałem się jak głupi, gdy już w piżamie kładł się obok mnie. Patrzył na mnie szklistym wzrokiem i zapytał:

– Co się tak brechta?
– Nic
– No, co?
– Nic, nic – i pochyliłem się do jego ucha, szepcąc: – Nie boisz się moich wędrujących rąk. On się spojrzał, uśmiechnął i powiedział półgłosem.
– Tylko nie dzisiaj, źle się czuję.
– Ja tylko żartuję, bez obaw.
– Oj, tam niech one robią co chcą ale nie dziś – puścił mi oczko – Teraz ja poszedł spać – powiedział i przewrócił się na bok.

Leżałem i analizowałem te głupią gadkę. Czyżby pozwolił mi się macać? Nie, to taki żarcik tylko. Nie będę psuł naszych relacji i tak cudem uratowanych.

Po południu szalał Armagedon. W izbie pełno ludzi kaszlących, wycierających nosy, śpiących. Jacek latał z tabletkami, zastrzykami i miednicą, bo kilka osób, w tym Władek, rzygało. Dziś nie było mowy o grze w karty. Zbyszek w czytelni na dole organizował drugą izbę chorych. Jak się okazało, niedomagało czterdzieści pięć osób. Ściągnęli posiłki z garnizonu, bo nie miał kto tłuc wart. W koszarach lodówka, bo rury popękały i teraz brygada to naprawiała. Ludzie spali w czapkach, płaszczach, butach pod kocami. „No to sobie zaoszczędził chłopak na ogrzewaniu” myślałem śmiejąc się w duchu. Chciałem Tomaszowi, podpowiedzieć aby dla kadry zorganizował izbę chorych bez klamek, bo przecież to wariatkowo.

Całe popołudnie i wieczór obserwowałem Rafała, mocno się pocił, śpiąc majaczył przez sen, przerywany suchym męczącym kaszlem i trząsł się z zimna. Jako, że miałem dwa koce wierzchnie, jeden przerzuciłem na jego łóżko. Mnie było bardzo gorąco bo tu ogrzewanie działało pełną parą. Przykrywałem go, gdy się rozkopał. Nie jadł ani obiadu, ani kolacji. Miał niezdrową rumianą twarz i rozpalone, załzawione oczy. Czasem, dotykałem jego rozpalonego czoła, by upewnić się, że gorączka spada. Wieczorem pojawił się oficer dyżurny zlustrował izbę, rozmawiał z sanitariuszami. Nie paliłem już w sali. Aby sobie zapalić, kuśtykałem do łazienki. Trochę się nudziłem przy szybko zapadającym zmierzchu, nawet nie włączaliśmy światła. Cała ekipa była senna, chłopcy zmorzeni gorączką i zmęczeniem, odsypiali. Tylko Jacek podczas swojego obchodu zapalał na chwilę światło, by podać medykamenty. Właściwie to całą swoją uwagę skoncentrowałem na Rafale, bacznie mu się przyglądając. Chciałem go przytulić, pocałować ale jak opiekun, jak to robi matka z chorym dzieckiem.

Następnego dnia rano obchód, Tomasz wszystkich osłuchiwał, badał, żartował. Ordynował zmiany w lekach. Stwierdził, że wszystkim zrobi dobrze tygodniowy pobyt w izbie chorych, co zostało przyjęte entuzjastycznie przez pacjentów, trochę mniej przez sanitariuszy.

Po obiedzie widać, że chłopcy czuli się lepiej. Wszyscy gadali o dupie Marynie, o „Starym”, który jest jebnięty. Ktoś pokazywał zdjęcie swojej dupy i domagał się ogólnej aprobaty. Potem opowieści o seksie, którego nigdy nie mieli ale słowa nic nie znaczą i można snuć opowieści. Rafał opowiadał jak mu się Kryśka w lesie oddawała, była to inna wersja historii, którą znałem. Ja słuchałem zdziwiony , a on mi puszczał oczka. Potem zeszło na dowcipy. Oczywiście te pikantne i sala rżała śmiechem. Nudziłem się i zacząłem szkicować odkrytą stopę Rafiego. Potem robiłem studium jego dłoni. On podglądał i mówił:

– Ty jest zupełnie pojebany.
– To tylko dla wprawy, wiesz tak jak na studiach plastycznych maluje się, rysuje ludzkie ciało.
– To rysuj Sienkiewicza – powiedział
– On leży za daleko, ty tu z boku więc ciebie rysuję.
– To narysuj moją twarz, zobaczę jaki z ciebie artysta – pochylił się do mnie i szepnął do ucha: – Ja wiem co ty by chciał rysować – śmiał się jak głupek.
– Tamto nie jest do rysowania- odparłem – Tylko do zabawy – nachyliłem się i mu powiedziałem cichutko.
– Głupek – odpowiedział.
Kończyłem jego portrecik, wyrwał mi go z rąk i krzyknął.
– Oj, jebany, on jest wykurwisty artist!!!!
– Pokaż – rozległo się na sali.
– O kuwra, jutro mnie rysujesz – krzyknął Władek, a po chwili reszta.

Słyszałem same ochy i achy, że nie ze zdjęcia , a tak na żywo rysowane, że każdy taki portret chce mieć już albo potem, żeby w mundurze go narysować, żeby dziewczynie wysłać. No i chuj, sława. Jednak w dupie miałem te inne mordy, więc się wiłem w tłumaczeniach jak piskorz. Obiecałem, że jak wyjdziemy z izby to im portrety narysuje, bo tu mam chujowy papier i złe ołówki. Tłumaczyłem, że potrzebne mi różne twardości ołówka, że mam tylko twardy ołówek i źle się kładzie nim cienie, że jak wyjdziemy to im zrobię pizdeczkę ale muszę mieć odpowiedni sprzęt.

Wieczorem znowu wszyscy gadali o niczym. Część drzemała, ja sobie szkicowałem dłonie Rafała. On mimo tego, że podważał moją sprawność umysłową, chętnie mi pozował. Wszyscy układali się do snu, ja dokuśtykałem do łazienki, zapaliłem papierosa i umyłem się. Gdy wróciłem światło było zgaszone, chłopcy próbowali zasypiać. Leżałem w pościeli i nie mogłem spać. Gapiłem się na plecy Rafała i znowu nakręcałem się jego obecnością. Jego bliskością. Sam nie wiem kiedy moja ręka zaczęła, głaskać plecy Rafiego. Przywołałem się do porządku, schowałem dłoń pod koce. Pragnąłem go dotykać, być bliżej tego ciała, ale wiedziałem, że to nie możliwe, że straciłbym tę sympatię, która się między nami nawiązała.

Po kilku minutach Rafał odwrócił się w moją stronę. Zbliżył się do krawędzi łóżka. Miał otwarte oczy, nie spał. Patrzył na moją twarz. Myślałem, że mnie zaraz opierdoli za to dotykanie. On zaś się uśmiechał wyciągnął dłoń i palcem wskazującym pokiwał, dając mi znak bym się zbliżył. Zrobiłem to, a on szepnął:

– Chcesz? – odpowiedziałem, skinieniem głowy – Ja dziś też chcę – dodał cichutko.
– Mogę? – on tylko potaknął. Moja ręka wpełzła w jego pościel. Po chwili trzymałem w dłoni jego olbrzymi jeszcze nie w pełni sztywny klejnot. On uśmiechał się i dodał:
– Śmiało, ty nie bój się.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po chwili czułem ciepłą dłoń na swoim, sterczącym maszcie. To była inna dłoń niż dłonie sanitariuszy, którzy ostatnio mnie często tam dotykały. Jego ruchy na moim pieńku były różne niż te, które znałem od lat. Obejmował mi go jakoś delikatnie i tak też nim poruszał i nagle pogłębiał ten ruch, gwałtownym szarpnięciem, naciągając skórkę do granicy bólu. Nie wytrzymałem, z moich ust wyrwał się zduszony jęk. On się uśmiechał i powtarzał ten cykl. Nie wiedziałem na czym mam się koncentrować. Czy na własnej przyjemności, czy na tym co trzymałem w dłoni, niecierpliwie szarpiąc, gładząc. Jego drgający, wielki, przepełniony krwią, sztywny drzewiec, nie poddawał się prosto moim zabiegom. Nie miałem ani wprawy, ani koncepcji jak się nim zająć. Zaś sam czułem się bliski spełnienia. Wyszeptałem:

– Ja już – i wyrzucałem przed siebie i na jego dłoń swoje soki, starając się powstrzymać przed głośną reakcją, mocno zaciskając palce na jego pniu, zapominając o posuwistych ruchach. On się szeroko uśmiechał i szeptał:
– Oj, szybko króliczku. Mój dopiero stoi. Mnie się ten twój się podoba, taki do ręki.
– Mnie się twój się podoba, taki na dwie ręce.
– Poczekaj – dodał. Wysunął dłoń z mojego posłania i rozejrzał się po sali. Wszyscy spali, Władek pod oknem odwrócony do nas plecami, słychać tylko było oddechy. Ktoś delikatnie chrapał. Rafał powoli ściągał dół od piżamy, ja robiłem to samo. Gdy skończył, powiedział – No dawaj dalej.

Znowu trzymałem w dłoni ten żywy miecz, teraz bawiłem się nim, masowałem, ugniatałem na całej długości, dotykałem jego głowy, czując śluz, który rozprowadzałem po jej powierzchni. On zaś swoją dłonią wyczyniał cuda z moim ciągle sterczącym wałkiem. Ja badałem długość i objętość jego drzewa życia. Byłem w stanie przedłużającej się euforii. Czułem jak moje jądra chcą się wcisnąć w moje ciało, jak spinają się mięśnie, zamykające mój otwór. Nie mogło to trwać wiecznie i znowu już bez słowa drżałem, wyrzucając z siebie kolejne porcje nasienia. Jeszcze nigdy to nie było tak błogo. Ciało, które na zmianę spinało się, to rozluźniało, było przyjemnie zmęczone, w głowie huczała burza endorfin. Cichutko wyszeptałem:

– Zostaw go, ja chcę tobie obciągać.
– Nie dasz rady.
– Chcę spróbować, jak nie to będę cię tam pieścił językiem – Patrzył na mnie i się uśmiechał. – Ja bardzo chcę ci dać przyjemność, chcę spróbować twój nektar.
– To chowaj się pod koc.

Powoli, cichutko zsunąłem się niżej na posłaniu, Rafał uniósł nogę, złamał ją w kolanie i zaprosił mnie do środka namiotu. Ledwo moja głowa zanurkowała pod jego koce, uderzył mnie w nozdrza silny zapach męskiego podniecenia, moje ciało zareagowało wzmożoną erekcją. Nie dostrzegałem go jeszcze ale moje ręce po omacku, wyszukały ten kształt, przysunąłem do niego usta i zacząłem go całować i gładzić . Teraz lizałem spodnią wydatną żyłę, która mocno pulsowała, by u nasady zejść niżej i obsypać pocałunkami kształtne jądra, które przy tym kolosie wydawały się mizernym dodatkiem. Jednak czułem, jaką to mu sprawia przyjemność . Wyczuwałem jak spina biodra i uda. Moja wędrówka od korzenia do jego głowy trwała w nieskończoność, przerywana setką pocałunków. Rysowałem językiem szlak miłosnych wzorów.

Dotarłem w końcu do głowy bestii, starałem się ją zatopić we własnym wnętrzu, nie było na to szans. To było zbyt wielkie. Chował się tylko czubek łba, ja językiem zlizując krople sączącego śluzu, kreśliłem okręgi wokół ujścia. Ten sączący się płyn uderzał we mnie kolejną fazą rozkoszy. Trudno ocenić kto miał większą przyjemność. Po kilku minutach lizania, całowania i gładzenia Rafałowego pnia, poczułem jak jego ręka dotyka mej głowy, układa ją na swojej piersi, druga zaś jego dłoń ujmuje ten gigantyczny walec i zaczyna na nim jeździć, tym samym rytmem, który chwilę temu dał mi tyle przyjemności.

Moja dłoń gładziła jego jądra, palce wędrowały poniżej, lekko uciskając krocze. Język lizał wielki, czerwony łeb bestii, wysysając każdą kroplę, którą wypuściła ze swojego wnętrza. Zapach który mnie otaczał, stawał się intensywniejszy. Moje palce wśliznęły się głęboko, rozsuwając pośladki, docierając do powieki magicznego oka. Wyczuwałem jego sprężystość i pofalowanie. Uciskałem to miejsce delikatnie, wodziłem wkoło, dostarczając mu pieszczot, które sam tak lubiłem. Szarpnięcia ręki Rafała były, krótsze, mocniejsze, poczułem jak jego dłoń naciera na moją potylicę. Zrozumiałem. Otworzyłem usta i pochłonąłem czubek głowy potwora w swoich ustach. Oczekiwałem chwilę w napięciu na ten symbol spełnienia. Ciało Rafała stężało, jego pośladki ścisnęły mocno mój wędrujący palec, utrzymując go w bezruchu. Spazm jego ciała i strzał, który trafił głęboko w moje gardło, zaskoczył mnie. Nie miałem szans przełknąć tak dużej porcji płynu, odrzuciłem trochę głowę i poczułem gorącą wilgoć, zalewającą mój policzek, skroń, oko. Zlizałem resztkę tego co nie zalało mi twarzy.

Ciało Rafała, opuszczał tonus przyjemności. Wielki słup leżał bezwładnie wsparty brzuchem, kończąc się tuż przed mostkiem, lśnił. Widziałem go teraz, bo Rafał odsłonił moją twarz. Leżałem na jego piersiach przyglądając się tej wielkiej, powalonej wieży. Po mojej twarzy spływało jego perłowe nasienie. Dotknąłem go palcem, powąchałem i oblizałem palec, delektując się tym smakiem. Palec wskazujący Rafała zbierał z mojego policzka, to co pozostało na nim po jego erupcji i wkładał mi to do ust. Chciwie ssałem palec, domagając się następnej porcji.

Świat zaczął powracać do moich zmysłów. Mrok, cisza przerywana miarowymi oddechami, a przy moim uchu dudniło serce człowieka, który przeniósł mnie do krainy błogości i szczęścia. Pocałowałem to ciało, uniosłem głowę i chciałem pocałować jego usta ale mi nie pozwolił tylko uśmiechał się. Gdy położyłem głowę na swojej poduszce, uniósł się i złożył pocałunek na moim czole szepnął:

– Dobranoc, ty masz czegoś chciał.
– Dziękuję – odpowiedziałem cichutko.

Sala spowita w ciemności. Rafał spał albo miał tylko zamknięte oczy. Sen nie chciał do mnie przyjść. W mojej głowie szalała burza wspomnień i rozterek. Pojawiał się też żal, że niedługo stąd wyjadę i nie będę go widział kilka miesięcy, a co potem? Z drugiej strony wspomnienie samej ekstazy, którą się podzieliliśmy tej nocy. Potem przyszło zażenowanie. Nie umiem robić loda, że żałośnie dławiłem się jego spermą. Czy aby dałem mu zadowolenie, które sam przeżyłem? Dlaczego nie pozwolił mi całować warg? Nie śpiąc, dotrwałem do poranka.

Potem poranna toaleta, śniadanie. Rafał był małomówny, czasem uśmiechał się do mnie. Czasem unikał mego wzroku. Ja też mimo uniesienia, które cały czas było we mnie obecne, miałem dziwne odczucia łącznie z niedorzecznym wstydem. Koło południa w końca udało mi się zasnąć. Przespałem obiad, obudziłem się późnym popołudniem. Rafał gadał cicho z Władkiem, rozmawiali o tym co zostawili w cywilu. Wstałem, wziąłem fajki i zapytałem:

– Kto idzie zajarać? – Rafał odwrócił się i zapytał:
– Dasz zapalić?
– Pewnie – zanim doczłapałem się do kibelka, Rafi siedział na rancie wanny. Zamknąłem drzwi i usiadłem obok niego.
– Co ty taki spiżdżony?
– Nie spałem całą noc i trochę mi wstyd.
– Czego wstyd?
– Ach – sapnąłem. – Nie masz żalu do mnie?
– Głupi, czy jaki? Ja sam chciał.
– Wstyd mi ,że nie umiałem ci dobrze zrobić.
– Oj, pedałek, fajnie było. A smakowało ci? – śmiał się szeroko. – Lubisz to, co?
– Kurwa, Rafi, no może i lubię ale bardziej mnie jara, że to było twoje. A w ogóle zajebiście pachniesz jak jesteś podniecony.
– Daj w końcu fajkę – podałem mu papierosa zapaliliśmy. – Mnie rano było wstyd, bo ci dał palcami macać dupę. Tam mnie tylko ty i papier toaletowy dotykali. Papier to chuj, nic, ale ty mi tam zrobił dobrze i głupio mi było.
– Oj, Rafi, ja gdybym mógł to bym ci to miejsce lizał, całował i język włożył.
– Ty zdrowo pojebany jesteś! I co, byś całował mi dupę?
– Tak, sam mówiłeś, że było ci przyjemnie jak tam dotykałem.
– To pocałuj mnie ty w dupę – wstał i obnażył pośladek. Spojrzałem mu w oczy myśląc, że to żart ale widziałem w nich napięcie i oczekiwanie. Zbliżyłem usta do bieluteńkiego skrawka skóry i długo i namiętnie całowałem w kilku miejscach. Chciałem pocałować też w sam środek ale odsunął moją głowę i wyszeptał. – Tam nie, dziś się tam nie myłem – i podciągnął spodnie, siadając przy mnie. Jego twarz była poważna. – Ty by mnie tak całego całował i wszędzie?
– No tak, odbiera mi rozum przy tobie. Całował bym ci nogi, wszystko, gdzie tylko chcesz i jak tylko chcesz – dopalaliśmy papierosy do końca. – Ja bym chciał, żebyś czuł, że ja jestem dla ciebie. Chciałbym cię poczuć w sobie i w ustach i wiesz gdzie. Choć szczerze, to chuja wiem o takim seksie. Wczoraj mi nie wyszło robienie laski, no wiesz brak miejsca i trzeba było być cicho. Na koniec było głupio, bo nie dałeś się pocałować w usta.
– Oj, pedałek, bo chłopy w usta się nie całują, a i tak cię pocałował. Mnie było dobrze jak ty mi go lizał, tylko ty mojego nie umie bić, kiedyś cię musi nauczyć. – i śmiał się, mierzwiąc moje włosy. – W dupę to ja się boję tobie wkładać. Ja mówił ci, jak ta Kryśka się tak darła, jak żem jej w pizdę wkładał, a pizda do tego jest, nie? No i Kryśki dziura jest jak wiadro, a się darła i spierdoliła. Ty nie masz dupy jak wiadro, my by cały blok obudzili, jak ja by na ciebie naparł. No, dobra idziem polegiwać – wstaliśmy i wróciliśmy do łóżek.

Popołudnie i wieczór upływały spokojnie, leniwie na gadaniu o niczym. Chodziliśmy do toalety palić fajki ale już z Władkiem, który też się lepiej czuł, więc nie rozmawialiśmy o naszej ostatniej nocy, czy o swoich pragnieniach.

Gdy zgasło światło, Rafał włożył dłoń pod moje koce, odnalazł moją dłoń i ścisnął ją i trzymał, bawiąc się moimi palcami. Patrzyliśmy sobie w oczy, uśmiechając się. Było tak nieziemsko, spokojnie, a zarazem czułem rosnące napięcie. To były pierwsze chwile w moim świadomym, homoseksualnym życiu, gdy wszystko wydawało się poukładane, akceptowane, gdy czułem się szczęśliwy. Odmierzaliśmy czas by mieć pewność, że wszyscy śpią głęboko. Taniec naszych palców, uściski dłoni i uśmiechy oraz świecące oczy. Leżeliśmy zwróceni do siebie twarzami. „Czy to jest miłość” zadawałem sobie pytanie. Rafał uniósł głowę, rozejrzał się po sali. Spojrzał mi w oczy, nachylił się i pocałował mnie w usta. Trwało to może dwie, trzy sekundy ale czas stanął w miejscu. Moje zmysły chłonęły ten delikatny dotyk ciepłych warg, notowały w pamięci każdy szczegół.

Rafi upadł na swoją poduszkę i uśmiechał się odsłaniając białe zęby, ja chciałem coś wyszeptać, ale palec jego dłoni zamknął mi usta w geście nakazującym milczenie. Całowałem go i pieściłem językiem, on zaś kierowany wolą Rafała zniknął w moich ustach. Teraz go ssałem, już miałem w ustach dwa palce, które przepychały się walcząc o względy mojego języka. Uwolnione z moich ust palce, wylądowały w jego ustach, widziałem jak je ssał. Było to jak przypieczętowanie naszego wzajemnego oddania. I znowu ta sama dłoń spoczęła na moim policzku i badała jego kształt, gładząc go. W tych gestach było tyle czułości, że już byłem pewien. Tu nie chodzi o sam seks. Wiedziałem całym sobą, że za tymi gestami skrywa się uczucie, które trudno mi zdefiniować. Przez pół dnia zmieniło się tak wiele. Choćby to, że „chłopy też całują się w usta”. Moja dłoń symultanicznie dotykała twarzy Rafała. Zamykał oczy, gdy dotykałem jego brwi i powiek. Całował moje palce gdy dotykały jego warg. Wiedziałem, że ten strach i rozterki sprzed kilku miesięcy, gdy siedziałem okrakiem na drabinie, a Rafał wykrzykiwał mi całą swoją złość, były warte tego co teraz przeżywałem. O sobie mogłem powiedzieć, że jestem homoseksualistą, pedałem, a kim jest Rafał, wielką zagadką. „chłop z chłopem, baba z babą nie mają dobrego seksu”, „chłopy się nie całują” tak mówił, a potem prośba by całować go po pośladkach. I to przyznanie się, że dotykanie jego magicznego oka, sprawia mu przyjemność. Teraz ten pocałunek, ssanie moich palców, gładzenie po twarzy. Rafale, kim ty jesteś? Czy ja jestem tylko obiektem badawczym, doświadczeniem, eksperymentem? Czy służę tylko do wyładowania chuci? Brak odpowiedzi. Tylko uśmiech i balet naszych dłoni, próbujących opisywać nasze ciała. Określić ich cechy, by każdy element zapisać na trwałe w mózgowiu.

Znowu opadły nasze spodnie od pidżamy. Znowu były wysztywnione ciała, sztywne miecze, tańczące w naszych rękach. Znowu powodzią spełnienia zalewałem jego dłonie, znowu nurkując w pościeli, łykałem jego perłową macicę jąder. Rozsmarowując po podniebieniu, delektowałem się jej smakiem. I znowu wytchnienie, znowu dłuższy kontakt naszych warg. Znowu te uspakajające dłonie na twarzach. Myślałem, że to będzie koniec pełnej namiętności nocy. On jednak szepnął mi do ucha:

– Ja chcę, ten obiecany pocałunek, tam gdzie dziś ja tobie nie pozwolił – spojrzał głęboko w moje oczy, oczekując odpowiedzi.
– Odwróć się – oderwał się ode mnie i odwrócił plecami. Teraz drżałem z emocji. Położyłem dłoń na jego biodrach dając sygnał, by bliżej się przesunął, szepnąłem
– Jesteś tego pewien? – zauważ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *