Siedziałem okrakiem na drabinie – Część I – „Mój Kosmos”

Siedziałem okrakiem na drabinie – Część I – „Mój Kosmos”

Siedziałem okrakiem na drabinie, trzymając w ręku mały pędzelek. W tym momencie patrzyłem w stronę lasu, nie było to ciekawskie spojrzenie, raczej zapatrzenie się w jakiś punkt. Moje myśli szybowały daleko stąd. Od miejsca, które było moją klęską, pokutą i karą. Od kilku miesięcy moje życie było zamknięte w małej przestrzeni, obwarowane dziesiątkami regulaminów, odziane w określone uniformy. Co ja tu robię ubrany w sprane moro, siedząc na drabinie z pędzlem w dłoni po środku jakiegoś kosmosu, otoczony gęstymi lasami, które skrywają olbrzymie zbiorniki z paliwem lotniczym? Tak to jestem ja, dwudziestojednolatek, siedzący na drabinie z pędzlem w dłoni w niedorzecznej czaso-przestrzeni, w 1983 roku, w niedorzecznym kraju, zapatrzony gdzieś hen,a może dalej, odizolowany od rzeczywistości.

Ta historia zaczyna się na drugim roku studiów, egzamin z biochemii u francowatego, czerwonego, garkotłuka profesor Śliwińskiej czyli Śliwy. Przedmiot-kobyła, z milionami tasiemcowych wzorów, które w czasie przemian metabolicznych zmieniają się jak w kalejdoskopie, tłumacząc ci skąd bierzesz energię by zgiąć rękę i… ale nie to chciałem objaśniać, nie ma co wnikać w poziom mitochondrialny, by wyłuszczyć pewne działy naszego behawioryzmu. Generalnie na fali narodowego szaleństwa zachciało mi się politykować i było całkiem miło, prawie się udało pogonić Śliwę z wydziału i kilka jej podobnych kreatur, aż facet w ciemnych okularach pewnej grudniowej nocy zrobił mi, i milionom ludzi spod biało-czerwonej flagi, niespodziankę. A teraz siedzę na drabinie z pędzlem w ręku.

To moje gdzieś to kilka budynków: jedne ogrodzone, inne odgrodzone a jeszcze inne wolnostojące. Między tym wszystkim jest coś, co można by nazwać łąką z wydeptaną szeroką polną ścieżką. Na lewo do niej kilka asfaltowych boisk, które akurat nie służą do zabawiania się grami zespołowymi, choć mają kosze czy bramki ale utworzono je z myślą o ciężkich kamaszach, które w nieskończoność wybijają marszowe rytmy, przy zdartych gardłach ich oprawców z dwoma belkami na pagonach. To w tym miejscu stopy zaczynają rozumieć czym jest źle zawinięta onuca, to tu kamasze żywią się krwią i potem, wydając z siebie stukot im głośniejszy tym lepszy. Czasem gdy kapral ma dobry humor, w ten łomot buciorów wdziera się kakofonia wyryczanej pieśni:

„Kalina, malina w lesie rozkwitała…”

Na wysokości boisk po prawej stronie ścieżki stoi parterowy budynek kantyny, z ochlapanym sraczkowatym barakiem. Tu wszystko jest sraczkowate we wszystkich odcieniach sraczkowatości. Drugim dominującym kolorem jest zieleń, ale i ona ma tu cechy sraczkowatości, bylejakości i niechlujności.
Gdy będziesz szedł prosto ścieżką wpadniesz w dół. W tym dole biegnie asfaltowa droga z lasu do lasu, a za nią wzniesienie na którym stoi brama z budką, płotem, wartownikiem. Tu prócz wszechobecnej sraczkowatości pojawia się kilka elementów w kolorze białym i czerwonym. To brama do piekła wartowniczej jednostki. Za bramą budynek sztabu, wartownia. Dalej tylko las, podziemne zbiorniki, zakaz fotografowania, przechadzania i umizgiwania czyli śmierdzące wojskowe getto. To tu w wiecznej nudzie, rutynie, obowiązku i zmęczeniu miał hartować się mój charakter. To tu ma dokonać się wendeta Śliwy.

Drogę wybieram powrotną, czyli spod jednej bramy do drugiej koło kantyny. Tam kolejne ogrodzenie za którym pyszni się piętrowy sraczkowaty kloc koszar. Przed nim rabata kwiatowo-hasłowa o budowaniu, wzmacnianiu, obronie. A wszystkie te idiotyzmy to praca moich rąk. To powód, że plan Śliwy nie jest tak perfekcyjnie realizowany. Za kwietniko-śmietnikiem kolejne miejsce kaźni, czyli stołówka z kuchnią. Zaś obok: piętrowy magazyn z żołdackim badziewiem od onucy po kałacha.

To prawie cały mój wszechświat w którym się obracam. Bo za ogrodzeniem są jeszcze trzy wolnostojące bloki we wszechobecnym kolorze, w których pomieszkują „zlewy” z rodzinami. Jest tam też izba chorych z gabinetem, a w trzecim, nad mieszkaniem politruka, moja pracownia. To miejsce centralne w tym kosmosie. To tu wychwalam to czego szczerze nienawidzę, to tu mam święty spokój, to tu moje ręce pozyskując energię z Cyklu Krebsa, wprawiając się w cykliczny, wahadłowy ruch, wyzwalają szereg impulsów neuronalnych, które finalnie kończą koło cyklu spermatogenezy i zalewają mój mózg falą endorfin. Ach jakie to przyjemne, gdy wędrując po łąkach wyobraźni w tej syficznej rzeczywistości, przenosisz się w inny wymiar wspomnień i marzeń. Wszędzie tam gdzie nie ma regulaminów, kaprala, sierżanta, ogrodzeń, smrodu niedomytych ciał, onucy, broni, marszu, warty, budowania socjalizmu.

Tak to jest miejsce, które jest okiem cyklonu. Tylko ja i absolutna cisza.
Jaki jest kosmos? Podobno chłodny i ekstremalny. Może to prawda, jednak mój prywatny kosmos jest zupełnie inny. On kipi mną i moją fizjologią, która często sprowadza się do hormonów. Kim więc jestem mając dwadzieścia jeden lat, będąc w środku czegoś co jest próżnią. Tak ja, a może JA lub Ja oraz jA. Kretyński tekst z filmów lub cienkich kryminałów: „moje imię nic ci nie powie”. Hmmm, pewno tak. Jestem jakąś jednostką, niezawisłą i niezależną (choć to zbyt mocno powiedziane): Ja, Janusz, dwadzieścia jeden lat, były student, obecnie po niezdanym egzaminie komisyjnym odbywający zasadniczą służbę wojskową. Taki los to moje dziedzictwo. Bo dziadek i jego dwie zawzięte córki, bo jego brat, który nie wrócił. On też miał dwadzieścia jeden lat, gdy słał ostatni list z Ostaszkowa.

Nie o tym jest to opowieść, a raczej o drabinie, okraku i pędzlu. Bo ja tu jestem w środku czegoś, co stało się moim światem. Moje miejsce to mały pokoik. Długi korytarz i łazienka. Pokój na poddaszu, z milionem farb, pędzli, plansz i szmat. Łazienka, która swoim zapachem przypomina miejski szalet. Oczywiście starannie czyszczona, jednak upływ czasu, brak środków czystości odcisnęły swoje piętno. Mimo tego jest to miejsce magiczne, bardzo prywatne. Luksus jakim jest wanna z prysznicem i zdewastowany ustęp. Jest to jedyna samotnia na planecie zamieszkałej przez samcze plemię, które raz w tygodniu zmuszone jest do publicznej ablucji. Setka nagich, męskich dup, podmywających się szybko, niestarannie by zdążyć w pięć minut? Tak to wygląda: pięć minut pod okiem kaprala i kilkanaście osób kłębiących się pod sitkiem prysznica.

Mój kosmos był inny. Spokojny i tylko mój. Centrum tego uniwersum jest wanna. Stare, żeliwne naczynie, którego resztki emalii dawno straciły swoją biel. Nawet nie będę się silił na opis tej gamy barw. Każdy kto był w takim miejscu wie, że biel zmienia się w rdzawy brąz wymieszany z szarością. Czy to ma jakiekolwiek znaczenie w tej sytuacji, przestrzeni i czasie? Codzienne misterium mycia, w ręku nieśmiertelne mydło „For you” i szampon miętowy zakupione w kantynie. Rozkoszny zbytek, gdy nie starcza żołdu na fajki. Jednak kąpiel warta jest wyrzeczeń. Wysoko zawieszony kaloryfer z ukręconym kurkiem do regulacji przepływu, to doskonały haczyk by zawiesić kurtkę moro i spodnie. Buty stawiam blisko drzwi. Już tyko podkoszulek i sprane „nachy”. Te szorty pamiętają dziesiątki pokoleń sałdatów o podobnej budowie. Kiedyś granatowe, dziś sprane po tysiąckroć, straciły barwę. Ileż one nawąchały się przepoconych ciał w tym intymnym miejscu, ile pochłonęły potu, ile litrów młodzieńczego nasienia wypiły. Co tydzień je zmieniasz, niby są inne. Niby, bo masz świadomość ich historii. Może nie personalnie, bo w tym miejscu nie ma nic personalnego. Przypisanego, twojego. Wszystko jest wspólne, ogólne. Nawet sekretne soki mieszają się w splotach tkanin. Uświadamiasz sobie, że znoszone gacie są klamrą intymnego cyklu. One dotykały, oblekały, opinały setki: pałek, pał, siurków, kutasów, chujów, członków, ptaszków we wszystkich rozmiarach i kształtach. To one skrywają tajemnice ich zapachów i oznak ich życia, chorób. To w nich skryte są opowieści o wszystkich syfach, tryprach, mendach ,które zostały przywiezione z przepustki, urlopu, czy złapane tuż za płotem, w lesie, od młodej kurewki z sąsiedniej wsi. Dla nich jesteś kolejnym kutasem, jajami i dupą , które są chronione w tygodniowym kole: od prania do prania.

Teraz już stoję nago w mojej wannie. Ustawiam strumień wody, może być chłodna lub ciepła zależnie od mojej potrzeby, humoru, pogody. Woda otula mnie, daje ukojenie, relaks. Dotykam swojego ciała, twardawy brzuch, twarde ramiona, przedramiona i uda, łydki. Przyjemnie jest głaskać piersi, delikatnym kołowym ruchem usztywnić sutki, czy ugniatać je opuszkami. Ciało mam prawie gładkie, włosy pojawiają się w okolicach pępka by zgęstnieć na podbrzuszu zmieniając się w brązową kępkę nad moją męskością. Nigdy nie byłem chudzielcem, taki raczej atletyczny typ budowy. Mocne ramiona, mocne nogi, mięsisty tyłek. Z namaszczeniem przywdziewam kożuch mydlin, starając się pokryć nim każdy zakamarek mego ciała. Woda spływa po mnie kojąco, a węch dostarcza odczucia świeżości. To jest ten mój prywatny moment, kiedy tu w tym kosmosie, czuję , że jestem żywym stworzeniem, jednostką.

Jest pewien sekret, który sprawia mi dyskomfort, zaprzątając mój umysł. Ja wiem o sobie coś, czego nikt inny nie jest świadomy albo tak mi się wydaje.

Najpierw były sny. Sny cudaczne, ciągle się powtarzające. Pamiętam je dokładnie. Kiedy je śniłem, nie mogłem ich w żaden sposób rozwikłać. Co one oznaczają, czy coś zwiastują? Śniły mi się ręce Andrzeja. Andrzej był moim kumplem w szkole podstawowej, przesiedzieliśmy razem osiem lat podczas lekcji. Jego ręce były inne niż moje, bardzo kościste, z siecią mocno zarysowanych żył. Niby nic takiego, ot ręce kumpla. W tych snach nie widziałem jego twarzy i sylwetki. Widziałem te kościste, chude ręce. Miałem wtedy dwanaście lat i w jakiś dziwny sposób fascynowały mnie te jego ręce. Interesowały, na pewno nie podniecały, jeszcze wtedy nie odczuwałem podniecenia. Te sny z kończynami Andrzeja skończyły się po kilku miesiącach.

Gdy rok później spędzałem wakacje u dziadków coś dziwnego działo się ze mną. Miewałem humory, niespodziewanie objawiły się pierwsze włosy w okolicach łona. To był rodzaj szoku. Dopiero teraz zauważyłem, że w przeciwieństwie do kobiet, faceci mają owłosione nogi. Na plaży widziałem owłosione torsy. Byłem przerażony, nie chciałem być taki. Nie podobały mi się te kłaczaste wyspy na ciałach mężczyzn. Ja nie chciałem wyglądać jak oni. Dlatego z wielką uwagą przyglądałem się temu co dzieje się w okolicach mojego pysiorka. Siedząc w dziadkowej łazience, ciągle zajmowałem się tym moim szkrabem. Nagle coś się stało. To, co zawsze było miękkie, aksamitne, służyło do siusiania, a zaczęło pulsować, robić się inne, jakieś twardsze. Poczułem, że to co było tak nieważne w moim życiu, wysłała dziwną komendę do moich mięśni i mózgu. Nie umiałem tego zdefiniować. To było bardziej przerażające niż te włosy. Wystraszony tym doznaniem pospiesznie wyszedłem z toalety. Jakiś strach pomieszany z fascynacją zaprzątał moje myśli całe popołudnie.

Wieczorem doszedłem do wniosku, że to chyba nie jest choroba, to było nierealnie przyjemne, domyślałem się, że kryje się za tym jakaś niewiadoma. Postanowiłem, że zbadam bliżej to zjawisko. Odrzuciłem chorobę pysiorka, pamiętając jak kiedyś mnie bolał i nie mogłem zrobić siusiu. Połykałem wtedy małe żółte tabletki i po trzech dniach był spokój. W łóżku wróciła myśl o chorobie. Jednak coś w moim móżdżku mówiło mi, że jeżeli to faktycznie choroba, to będę tak chorował dłużej i będzie to moja tajemnica. Nie chciałem na razie gorzkich, małych tabletek. Postanowiłem, że sam to ogarnę. Następne upalne popołudnie rodzina spędzała siedząc pod rozłożystą śliwą, popijając kawę. To był najlepszy czas by udać się do „gabinetu” i zdiagnozować to szalenie zagadkowe schorzenie. Siedząc na tronie, po dokładnej lustracji owłosienia zrobiło mi się cieplej i moje mięsko przez samo jego oglądanie przepoczwarzało się. Im dłużej patrzyłem, tym stawało się większe. Jakoś było mi zaskakująco anielsko. Moje palce zaczęły oceniać zaobserwowane zmiany. Im mocniej to twardniejące zwierzę uciskałem, tym bardziej ono się zmieniało, tym bardziej było to rozkoszne. Coraz więcej energii wkładałem w obdukcje, sam przedmiot oceny był dużo większy niż kilka minut temu. Zdecydowałem, że pochwycę go w dłoń. Było mi jakoś inaczej, zwierzaczek jakby nie był moim zwierzakiem, żył swoim życiem. Zrobiło mi się duszno, na czole poczułem krople potu i lekki strach czy to nie jest jednak choroba bo z tego uciskania, które było tak przyjemne, chyba dostałem gorączki. Jednak ręka sama głaskała to przedziwne zwierzę, które już na pewno nie było pysiorkiem. Im dłużej to trwało, tym silniejsze były doznania, które wyzwalał zwierzak, przeszywając moje ciało. Ciężko mi się oddychało, spinałem w skurczu ciało, dreszcz gonił dreszcz, zakochałem się w tym przemienionym pysiorku. Niespodziewanie silny impuls poszedł z mego wnętrza i ściągnął mi moje jąderka. To było coś na granicy ekstazy, rozlała się we mnie struga magicznych odczuć, część z nich bolesnych, część nie do opisania w kategoriach przyjemności, którą do tej pory znałem. Jeżeli to jest choroba to nikomu się do niej nie przyznam. Zbierając swoje doświadczenia, obserwacje i przemyślenia doszedłem do wniosku, że chyba musi być ciąg dalszy. Intuicyjnie przeczuwałem, że stoję przed zamkniętą bramą, której nie potrafię jeszcze otworzyć.

Dopieszczanie zwierzaka stało się moim hobby. Po kilku dniach dziadek mnie zrugał bo stwierdził, że muszę jeść niedojrzałe owoce, bo mam wieczne rozwolnienie i pół dnia spędzam w łazience. Wakacje się kończyły, a ja byłem przewlekle chory, uzależniony od na mojego stworka. Nawet włosy przestały budzić moje obawy, stwierdziłem, że zwierzak powinien mieć futerko. Po kilku miesiącach tresury, rozwinąłem cały zestaw ćwiczeń dla tego zwierza. Gdzieś z rozmów z kumplami, dotarło do mnie, że to się nazywa „waleniem konia”. Stwierdziłem, że nazwa ta jest wyjątkowo kretyńska. Jak coś walisz to boli. Ja ten trening nazwałem „pieszczeniem smoka”. Smok powoli zmieniał swoje gabaryty, stawał się grubszy i dłuższy, potrafił pokazać swój łeb z paszczą. Któregoś dnia kiedy smok w mojej dłoni rósł, jego pysk zaczął się ślinić, tresura smoka stawała się jeszcze większym przeżyciem. Ciekawość moja zmusiła mnie, by spróbować tej jego śliny. Niby nic nadzwyczajnego, lekko słonawa nitka wylądowała na moim języku. To było smaczne. Teraz przy moich występach ze smokiem namiętnie podjadałem jego ślinę.

Kiedyś wieczorem będąc sam w domu rozkoszowałem się jego widokiem, jego smakiem, jego twardością, a że on mimo, że straszny pieszczoch, był tego dnia bardzo hardy i niegrzeczny, zmusił mnie do ostrzejszej, stanowczej i szybszej tresury. Bardzo energicznie odsłaniałem jego łeb i tu gdzie już było wszystko to co tak lubiłem; spięcie, duchota, cały wachlarz dreszczy. I kiedy już czułem swoje wędrujące jądra, stało się coś, że wydałem głośny jęk, a smok z przydatkami dostał niezwykłych spazmów. Coś przez niego wędrowało i eksplodowało z jego paszczy. Było to białawe i trochę przezroczyste. Niezmordowana ręka dalej znęcała się nad nim, a to przychodziło konwulsyjnie, ulewając się z niego na mój brzuch i rękę. Zrozumiałem, że to dopiero teraz otworzyłem tę bramę. W swoim życiu nigdy nie było mi tak dobrze i ten dziwnie przyjemny zapach. Nie myśląc specjalnie zlizywałem to coś ze swojej dłoni. To było coś innego. Mieszanka dziwnego smaku. Słonawo-gorzkawe jakby trochę migdałowe. Ten smak był jakiś wytrawny, nie wiedziałem czy to mi do końca smakuje.

Każdy od siódmej klasy miał dziewczynę. Umawiałem się z ładną brunetką Gosią. Miała olbrzymie niebieskie oczy, które mnie fascynowały. Nie była to miłość z mojej strony. Właściwie to nic emocjonalnie mnie z nią nie łączyło. Emocjonalnie to byłem zaangażowany w swój związek ze smokiem. I nawet gdy w ósmej klasie całowaliśmy się, to nic się ze mą nie działo. Trochę to było dziwne, gdy wkoło słyszałem te ochy i achy z ust chłopaków komplementujących różne dziewczyny. W tym czasie zdobyłem wiedzę na temat mojego związku ze smokiem z książki dla chłopców, która była wręczana przez rodziców by rozwiązać problem krępującej rozmowy. Żałowałem, że nie czytałem jej wcześniej, bo nie miałbym rojeń odnośnie włosów czy domniemanej choroby, jeszcze wtedy, pysiorka. Gdy ojciec jest artystą plastykiem masz w domu sporo albumów z dziełami sztuki. Jakoś dziwnie nie działała na mnie nagość kobiet, zauważyłem, że smok przebudza się przy ilustracjach z nagimi męskimi ciałami, czasem korzystając z samotności pieściłem smoka do aktów męskich. Pamiętam doskonale „Akt chłopca” Wojciecha Weissa czy „Chłopak prowadzący konia” Picassa, później czasopismo „Projekt” z masą męskiej nagości w sztuce współczesnej.

Kończyłem ósmą klasę i nagle jak grom z jasnego, majowego nieba, zakochałem się. Harcerska orkiestra z sąsiedniej szkoły, a w niej on. Pojawił się pierwszy realny obiekt mojej erotycznej fantazji. Wtedy już wiedziałem, że otwieram kolejne drzwi do dorosłości. To była miłość niespełniona, nieszczęśliwa. Traf chciał, że nigdy do niego się nie zbliżyłem, choć spędziłem z nim cztery lata w jednej klasie liceum. Jednak to on otworzył mi oczy na to kim jestem. Wtedy nie byłem jeszcze gejem, bo to słowo nie funkcjonowało, byłem homoseksualistą, popularnie zwanym pedałem, pedziem, lachociągiem, pedrylem, czy parówą. Tych określeń było i jest więcej. To wtedy zrozumiałem, że muszę budować mury, uczestniczyć w grze pozorów. Pełen kamuflaż rozwinąłem na uczelni. Bo wypadało być samcem. Bolesne doświadczenie intymnych kontaktów z dziewczynami, które mają więcej wspólnego z anatomią czy fizjologią. W głowie i duszy pustka. Nie budujesz nic trwałego, bo to cię nie pobudza, wyobraźnia i fantazja, namiętność to w tym układzie puste słowa. 

Teraz stoję w wannie, gdzie mam ten mój prywatny moment. Zabawiam się swoim bananem, bo już nie pysiorkiem, zwierzakiem czy smokiem. Oczywiście jest to przyjemne, bo jeżeli masz hobby to je masz i lubisz.
No i wtedy zacząłem płakać. Płakać z powodu swojej inności. Chyba po raz pierwszy w życiu rezygnuje z tego relaksacyjnego spektaklu. Jak to się brzydko mówi: „chuj mi opadł”. Wściekły ze łzami w oczach wycieram się i ubieram. Emocjonalnie czuje się jak pusty karton po telewizorze. Mam dwadzieścia jeden lat i jestem ekstremalnie samotny. Zmęczony grą pozorów. Łzy same mi wypływają, zalewając policzki. Ta sytuacja, to miejsce i poczucie uciekającego czasu, a muszę tu spędzić jeszcze kilkanaście miesięcy. Miałem ochotę wyć.

Siedzę okrakiem na drabinie, przy bramie wejściowej do koszar. Patrząc się w odległy punkt, przewijam film wspomnień. Nawet nie chciało mi się w to sierpniowe jeszcze ciepłe popołudnie rozmawiać z Małpiszonem, który właśnie tu miał służbę wartowniczą, bo i o czym. Dla niego „wojo” to największa przygoda życia, przy każdej męskiej rozmowie z flaszką w tle, będzie wspominał to miejsce i czas z rozrzewnieniem. Siedziałem okrakiem na tej drabinie, zamknięty w sobie i pełen obaw. Małpiszon się nudził, gdyż nie podejmowałem żadnego tematu do konwersacji, więc łaził od bramy do magazynów. No, on nie był obiektem moich marzeń. Syn chłopa z podlaskiej wsi, długie nieproporcjonalne łapska, bardzo mocnej budowy, brak jakiejkolwiek lekkości ruchu, duża płaska twarz z kartoflowatym nosem i małe świńskie, chytre oczka. No i ten specyficzny sposób mówienia jak czkawka koczkodana.

Z zamyślenia wyrywają mnie zbliżające się kroki. Wiem kto to idzie, bo widziałem jak szedł do kantyny, a przy mnie wtedy warował Małpiszon, teraz wraca, zaczynam się pocić i zabieram się za mazanie białą farbą litery „L” w napisie „Ludowe Wojsko Polskie”. Wiem, że już stoi przy drabinie. Słyszę głęboki oddech i świst wypuszczanego powietrza.

– Kurwa, ty jebany chuju – dochodzi do mnie zduszony szept, odwracam się i widzę jego przystojną twarz, ale jego granatowe oczy zwęziły się, poczerniały, były złe. Widziałem jak spina ciało, by wyrzucić całą nienawiść.
– Chuju, pedale jak zrobisz to raz jeszcze, to cię tu zniszczę, i pamiętaj, kutasie, nie dotykaj mnie, bo ci przyjebie – syczał wściekły, splunął na drabinę, wszedł gwałtownie w bramę przyspieszając kroku.

Znowu siedziałem na drabinie okrakiem, patrząc w punkt, przewijając film ostatniej nocy. Tylko mam nadzieję, że małpiszon nie słyszał tego monologu. No to ładnie Kur……

Koniec części I

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *