„Rok 2064” – Część Pierwsza: „Zona Numer Trzy” – Rozdział II – „Albin Kowalski i jego Edward Klucznik”

„Rok 2064” – Część Pierwsza: „Zona Numer Trzy” – Rozdział II – „Albin Kowalski i jego Edward Klucznik”

CZĘŚĆ PIERWSZA: „ZONA NUMER TRZY”

ROZDZIAŁ II – „ALBIN KOWALSKI I JEGO EDWARD KLUCZNIK”

Albin Stanisław Kowalski urodzony dwudziestego siódmego lipca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku w Szpitalu Wojewódzkim w Łomży. Zamieszkały w Piątnicy. Syn Reginy i Władysława, brat Elżbiety (po mężu – Prusak) oraz Andrzeja i Piotra.

Skończyłem szkołę podstawową i wybieram się do zawodówki, zostanę fryzjerem. Niestety, nie jestem tak pojętny jak moi bracia. Andrzej jest w czwartej klasie licealnej, a Piotr uczy się w technikum rolniczym w Marianowie i to on zostanie na gospodarce. Różnię się też od nich. Jestem bardzo szczupły, a urodę mam po matce. Ot, taki drobny blondyn, metr siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Dlatego nazywają mnie „Wypierdek” lub „Wiotki”. Oni to typowe byczki. Każdy blisko metr dziewięćdziesiąt wzrostu, o rozłożystych, umięśnionych ramionach, które od dziecka zaznały ciężkiej fizycznej pracy na gospodarce. Andrzej z Piotrem mogliby uchodzić za bliźnięta; widać po nich, że to krew ojca. Duże błękitne, wręcz chabrowe oczy, bujne, gęste włosy w kolorze miedzianego brązu. Każdego ranka im zazdroszczę. Śpimy w jednym pokoju. Ja na tapczaniku, oni dwaj na dużej, rozkładanej wersalce. Widzę ich duże stojące i nabrzmiałe pały, gdy wstają rano i przechadzają się po pokoju. Zawsze się zastanawiam, kiedy im te szwy w bokserkach puszczą i cała ich zawartość wypadnie. Niestety, to też nas też różni. Oni wciąż się ze mnie naśmiewają.

– Wypierdek, ty to w ogóle masz chuja? – rechot. Albo: – Wypierdek, ty za babę możesz robić, byle by ci cyce urosły.
– Pierdolcie się chamy – odpowiadam.
– My mamy czym, ale z bratem nie wypada się pierdolić – brecht.
– Wypierdek, tobie nawet jaj nie ma co golić, tam nic ci nie rośnie, ty nie do zawodówki tylko do przedszkola zapierdalaj.

I takie są nasze, codzienne poranki. Co ja mam zrobić? Mój sprzęcik jest mizerny, dwanaście centymetrów gdy stoi, a przy tym tak jak ja cały, chudzina. Niespecjalnie go lubię, znaczy w sensie oglądania. Kurdupel, z długim napletkiem, jeszcze bledszy niż reszta mojego ciałka. Jak mi stanie i obciągnę skórkę, to wygląda mało estetycznie. Łeb stanowi prawie połowę długości. To jest jakieś nieproporcjonalne. Ten czubek, jak sobie go walę, staje się mocno czerwony, prawie fioletowy i ślini się na potęgę. Dochodzę w pięćdziesiąt sekund. No, na chuj mi taki chuj. Ale to też moja przewaga nad braćmi, bo ja szybko i niezauważalnie mogę się zabawić. Tym dwóm bykom trzeba czasu i miejsca. Więc widzę, że chodzą czasem wkurwieni od samego rana. No, bo głupio walić przy bracie, z którym śpisz na wspólnym posłaniu.

Tak naprawę nie mam żadnych problemów z nimi, oni stoją za mną murem, a te „przygaduchy”, to takie droczenie, codzienny rytuał. Kiedyś miałem w szkole problemy z kretynami. Piotr tak im obił mordy, że wycieranie mną kątów szkolnych skończyło się raz na zawsze. Oni są silni, męscy, przystojni, zmieniają dziewczyny jak rękawiczki, a ja cóż? Oj, wiotki jestem. Taka ze mnie „lelija”. W szkole trzymałem się z dziewczynami, ale nigdy nie myślałem o nich, jako o obiektach westchnień. Oj boże, fajne są i tyle, i dbają o siebie. Zresztą z racji anatomii wcale seks mi się nie podoba. Ja jadę na królika, bo muszę sobie ulżyć ale to by było na tyle.

Mam tylko jedno marzenie, wyjechać z tej wiochy. Gdzieś, gdzie duży ruch, gdzie są dziesiątki sklepów i ludzie jakoś ładniejsi. Nawet Łomża to zadupie, jedna ulica handlowa to Długa, a dalej ściernisko. Piątnica, to polskie Gotham: ma „Batmana” w herbie i leży dwa kilometry od Łomży. Właściwie to taka łomżyńska wersja warszawskiej Pragi, powszechnie traktowana jako przedmieście Łomży, od której oddziela ją rzeka Narew. Choć nie każdy wie, gdzie leży Łomża, to każdy jadł serek wiejski z Piątnicy, bo tu on jest produkowany.

Była by to cicha i zapomniana przez Boga wieś ale niestety jest to ważny węzeł drogowy. Przecinają ją droga S63, prowadząca na Mazury oraz S64, którą dojedziesz do Białegostoku. Piątnicę okalają carskie forty, w których żyją nietoperze. Gacek i sama fortyfikacja znajdują się na tarczy herbowej Piątnicy. Jak na ironię forty, wybudowane z carskiego nakazu, stanowiły ważny element obrony Łomży przed nawałą Sowietów, podczas wojny polsko – bolszewickiej. W centrum jest kościół, szkoła, straż pożarna, Gminny Ośrodek Kultury , kilka sklepów, trochę małych zakładów i oczywiście knajpy. Wzdłuż drogi między Czarnocinem a Drozdowem większość zabudowań stanowią siedliska rolników.

Jutro mam piętnaste urodziny. Nic szczególnego nie planuję. Jakieś ciasto pewnie upiecze mama, rodzina złoży mi życzenia i dostanę trochę pieniędzy. Już od dwóch lat postawiłem na swoim. Wszyscy wiedzą, że nie chcę prezentów, wolę gotówkę, którą oszczędzam i sam sobie kupuję to co chcę. Moje rodzeństwo i rodzice nie mają wyczucia smaku. Kupują straszne rzeczy, a potem wyglądają jak typowe wieśniaki. Jedyne na co pozwalam mamie, to zakup bielizny i odzieży roboczej, czyli kreszowych dresów, które uwielbiają moi bracia. Matka w ramach oszczędności kupuje ten badziew na Manhattanie, czyli na łomżyńskim targowisku. Gdzie ruski towar miesza się z chińszczyzną i rodzimą wytwórczością. Wygląd ma dla mnie olbrzymie znaczenie. Muszę swoje braki w budowie ciała czymś rekompensować. Wypierdek taki jak ja z wąska klatką piersiową, praktycznie pozbawiony muskulatury, musi jakoś sobie radzić. Przyzwyczaiłem się do swojego wyglądu, a nawet lubię patrzeć w lustro. Mam gęste, jasne włosy, ciemną oprawę zielonych oczu, ładnie wykrojone usta, nie jakieś szparki, a namiętne takie dziewczęce. Jedynie co mogłoby być lepsze, to nos. Wolałbym nos po ojcu, a ten po matce jest prosty ale zakończony lekkim „kartofelkiem”.

Wpadłem do domu, siedzę w łazience i stroszę sobie pióra na różne sposoby, wyginam usta, próbuje różnych min. Muszę sobie sieknąć fryzurę jak Jason Priestley z Beverly Hills. Tylko jak zawsze jeden jest problem. Jak tym głąbom, łomżyńskim fryzjerom to wytłumaczyć? Dlatego ja zostanę fryzjerem.

– Aluś dzieciaku, a co ty tak długo robisz w łazience – krzyczała mama.
– Już zaraz wychodzę, chwileczkę.
– Aluś, chodź szybko, bo nie mam rumowego zapachu do ciasta i masło potrzebne. Skoczysz do sklepu, ale tak na jednej nodze.
– Co mam kupić? – powiedziałem, wychodząc z łazienki.
– No, ten zapach rumowy, weź też waniliowy, dwie kostki masła i kup kilogram cukierków, takich jakie lubisz. Tych zapachów to kup po 20 sztuk i ze dwie duże butelki coli. Bo ciepło dzisiaj, a jak chłopaki wrócą z ojcem z pola, to pić będą chcieli.

Dostałem pieniądze, wziąłem siatkę i wyszedłem z domu. Słońce wręcz paliło ale trudno trzeba było iść ten kilometr do sklepu. Idąc spotkałem siedzącego pod drzewem sąsiada, pewnie był na lekkiej bani, bo to w jego stylu.

– Dzień dobry panie Gawroński – krzyknąłem, on się nie odezwał, tylko lekko skinął głową.

Szedłem szybko, było gorąco, a ja w zielono-granatowych spodniach dresowych i czarnej podkoszulce. Nie noszę, krótkich spodenek, bo nie lubię prezentować swoich chudych nóg. W drodze powrotnej, doganiałem Gawrońskiego. To duże postawne chłopicho, jakieś czterdzieści pięć wiosen na karku, więc stary. Siwiejący brunet z mocno zarysowaną szczęką, zawsze niedogolony, śmierdzący alkoholem. Taki zwalisty chłop: silne łapy, szerokie bary ale i widoczny brzuch. Edward Gawroński od dwóch lat był wdowcem, żona miała guz i zmarła, a on pił chyba codziennie. Mój ojciec był na niego oburzony, bo pozbył się całego inwentarza, a na koniec sprzedał konia. Doganiałem go. Będąc za nim może dziesięć metrów, moją uwagę skupiły jego pośladki i mocne uda, opięte w roboczych spodniach. Wydały mi się jakieś takie pociągające, chciałem ich dotknąć, pomacać, dać im klapsa. To chyba przez ten upał mózg mi się lasuje i oglądam z podnieceniem dupę starego chłopa. Wszystko by było w porządku, tylko dlaczego mój mały stanął. Jak to dobrze, że mam dresy i długą koszulkę, pomyślałem. „Jak ten chłop się nie poci” myślałem, nosi grube spodnie, gumowce, flanelową koszulę i beret na głowie. Przyspieszyłem znowu kroku, mijając Edwarda, zobaczyłem w jego siatce butelki z piwem. Gdy się zrównaliśmy, on coś mruczał pod nosem, ja do niego się uśmiechnąłem i po chwili on mógł oglądać mój wątły zadek.

Po powrocie znowu zamknąłem się w toalecie z zamiarem przejrzenia gazet, pożyczonych od dziewczyn; „Twój styl”, „Uroda” i „Burda”. Moja matka, kochana kobieta, nie kupowała takich gazet i nie tylko takich. U mnie w domu, to rodzice jedyną rzecz, którą czytali, to była książeczka do nabożeństwa. Ja lubiłem te kolorowe magazyny z artykułami na temat pielęgnacji ciała i fotkami ludzi z innego świata. Wszyscy tacy ładni i zadbani. Dzisiaj jednak nie mogłem się skupić, czytając artykuł na temat trendów w balejażu. Wciąż miałem przed oczami tą dorodną dupę Edwarda w opiętych spodniach. Gdy tylko o niej myślałem, znowu doznawałem erekcji. Kurwa, pomyślałem coś jest nie halo. Odłożyłem wysoko na szafkę moje skarby, usiadłem na klozecie. Znowu te głupie myśli o tyłku sąsiada, a w ręku mój sterczący fiut, zresztą już cały mokry. Zamknąłem oczy i zacząłem oczami wyobraźni zdejmować spodnie Gawrońskiemu, zrobiło mi się błogo. Moja ręka nawykła do krótkich i szybkich ruchów zwolniła, zapragnąłem całować, gryźć i lizać ten tyłek. W głowie kotłowały mi się wizje jego kutasa, którego też liżę, a on mi go głęboko wsadza do ust. Ten obraz przelał czarę i trysnąłem obficie. Zawsze spermą zalewałem rękę i brzuch, a tym razem prawie cały ładunek wylądował na mej piersi, na moim czarnym T-shircie, a także na brodzie i nosie. Nieśmiało zlizałem kropelkę z nosa. Po raz pierwszy w życiu próbowałem swoje nasienie. Co jest dziwne, smakowało mi. Zaraz jednak przyszło otrzeźwienie, pojawił się niesmak do samego siebie, jak również lęk. Co to kurwa, było? Chore majaczenie o starym facecie. Muszę to sobie ułożyć w głowie. To pewno przez ten upał, jakoś tak mnie zakręciło, kombinowałem. Przecież ja nigdy bawiąc się małym, o nikim nie myślałem. Robiłem to szybko i mechanicznie, by się spuścić, żeby jajka nie bolały. Doprowadziłem się do porządku, nie zakładałem podkoszulki. Matka zagoniła mnie do obierania ziemniaków i obcinania końcówek fasolki szparagowej. Usiadłem w cieniu na ganku przed domem i zabrałem się do pracy.

Walcząc nożem z ziemniakami, miałem dobry widok na obejście Gawrońskiego. Na jego podwórku było pusto i cicho, ani psa, ani żywej duszy. Po kilku minutach z chałupy wytoczył się on, miał ze sobą tą siatkę z piwskiem. Usiadł w cieniu na ławeczce przed domem. Rozsiadł się, szeroko rozstawił nogi, oparł się o ścianę. Odpiął guziki w koszuli i drapał się dużym łapskiem po włochatej piersi. Znowu moje myśli szybowały do tego faceta, znowu miałem ochotę być blisko niego, wtulić się w ten gąszcz włosów, dotykać go. I zamiast obierać ziemniaki, gapiłem się na tego mocnego mężczyznę, marząc o bliskości z nim. On otworzył piwo i wypił duszkiem pół butelki. Siedział, gapiąc się w drzwi swojej stodoły, był nieobecny. Nie zwracał uwagi na swojego obserwatora. Ja trzymałem kartofel w ręku, patrzyłem na Edwarda z otwartą japą, w moich slipkach znowu było mokro i sztywno. Nie mogłem i nie chciałem wracać do swojej pracy. Co się ze mną dzieje? Gawroński, którego znałem od zawsze, mnie hipnotyzował. Ten stary, brzydki, moczymorda skupiał całą moją uwagę. Był jak Sfinks nieprzenikniony i nieobecny. Musiałem coś zrobić, resztką świadomości zmieniłem pozycję, by się uwolnić od jego widoku. Ciągle jednak miałem w głowie kołowrotek niezdrowych myśli. Z wysiłkiem dokończyłem zadaną mi przez matkę prace. Wiedziałem, że coś niedobrego dzieje się w mojej głowie. Czy ja nie zwariowałem?

W nocy miałem mokry sen z nim w roli głównej i to od rana popsuło mi humor. Dziś przecież moje urodziny, a ja zakręcony jak bąk w tulipanie na punkcie dużego męskiego zadu. Po śniadaniu wybyłem do Łomży, by przejść się po ulicy Długiej i odwiedzić kilka sklepów z ciuchami. Upatrzyłem sobie fajne spodnie w Mustangu i ciekawą kurtkę w Levis’ie. Teraz tylko czekać wieczora i zobaczyć jak duży będzie mój urodzinowy haracz. Wróciłem do domu późnym popołudniem, w lepszym nastroju. Zawsze oglądanie ciuchów, a bardziej zakupy poprawiało mi samopoczucie. Wieczorem na stół wjechało ciasto z piętnastoma świeczkami, zebrałem od najbliższych całkiem niezłą sumkę. Więc jutro kupię kilka fajnych rzeczy. W nocy śnił mi się duży, kutas z owłosionymi jajami. Przez te sny i ten fatalny dzień, w którym jarałem się widokiem sąsiada, czułem się nieswojo. Jedynym ratunkiem były zakupy. Ubrałem moje wysłużone 501 i błękitny T-shirt z grafiką nocnej panoramy Nowego Jorku. Matka darła się na mnie, że zwariowałem, gdy zobaczyła, że nakładam na nogi Martensy, moje ulubione czarne półbuty na grubej podeszwie z komorami powietrznymi, żółtą stebnówką i wzmacnianym czubem.

– Dzieciaku, nogi sobie zaparzysz, załóż sandały albo trampki – zrzędziła.
– Mamo to jest prawdziwa skóra, i one tylko tak ciężko wyglądają, są super wygodne – odpowiadałem. Ona z niedowierzaniem kręciła głową i tokowała.
– Oj, dzieciaku, dzieciaku one na zimę może i dobre ale nie na takie lato.
– A widziała mama kiedyś harcerza? Oni chodzą w grubych skarpetach i na nogach, mają takie ciężkie buciory. Widzi mama, oni kilometry latem robią w takim obuwiu.
– No to maszeruj na przystanek harcerzu, bo na czerwoniak się spóźnisz.

Stałem na przystanku, czekając na autobus. Słońce znowu prażyło bez litości. Znowu go widzę jak zataczając się, idzie ze sklepu z torbą pełną piwa. Gdy mnie minął, obejrzałem się, a ta jego dupa kołysała się. Przygryzłem dolną wargę i gapiłem się na nią jak na ósmy cud świata. Zrobiło mi się duszno i czułem jak w moim kroczu rodzi się erekcja. Kurwa, co się tu ze mną dzieje. I tylko jedna myśl. Odwrócić się i nie patrzeć ale nie ruszyłem się, a Edward oddalał się kołyszącym krokiem. Całe szczęście nadjeżdżał autobus i wyrwał mnie z tego zapatrzenia. Odetchnąłem i wsiadłem do pojazdu.

Kupiłem spodnie, dwie odlotowe podkoszulki, gruby, skórzany pasek, koszulę w bardzo drobną błękitną kratkę i czapkę. Odprężony i szczęśliwy wróciłem do domu. Matka się krzywiła i nie mogła zrozumieć dlaczego kupuję tak drogie ciuchy i czym one są lepsze od tych z Manhattanu, sprzedawanych przez chińczyków, czy wietnamczyków. Ja ze swoimi łupami zamknąłem się w toalecie. Przebierałem się, wyginałem, byłem zadowolony z tego co widzę w lustrze. Sam się sobie podobałem. W końcu usiadłem na „tronie” i zagłębiłem się w lekturze pożyczonych, kolorowych magazynów. Jak zwykle matka zepsuła mi to miłe popołudnie, goniąc mnie do roboty i już w spodniach od dresu i granatowej, wypłowiałej koszulce siedziałem na ganku, obierając tonę jabłek, które mama ma zamiar wekować. Mój dobry humor zważył się, gdy na podwórko wytoczył się On z piwem. Znowu pragnąłem jakiegoś zbliżenia się do tego faceta, oddania mu się. Jego zwalista, ciężka postać atakowała mnie w snach i na jawie. Budziła niezdrowe pożądanie, nie panowałem nad swoimi myślami i ciałem, Edward pobudzał moją męskość, fantazjując o nim, doznawałem kolejnych erotycznych spełnień.

Sierpień, kończyły się żniwa. Zwożono z pól słomę do stodół. Matka mnie wysłała po marchewkę, pietruszkę do swojego warzywnika za naszą stodołą. Było popołudnie, słońce leniwie snuło się po nieboskłonie bez towarzystwa chmur, to był kolejny upalny dzień. Wyrwawszy potrzebne warzywa, zauważyłem, że drzwi we wrotach do stodoły Gawrońskiego są otwarte. Szybko pobiegłem do domu z wyrwanymi korzeniami, by po pięciu minutach być za stodołą. Miałem ochotę obejrzeć obejście sąsiada od strony jego stodoły. Skradając się, wszedłem do środka. Przywitał mnie ten specyficzny, przyjemny zapach suszonej trawy i słomy. W powietrzu unosiły się drobiny kurzu, widoczne w słonecznym świetle, przeciskającym się przez szpary między deskami wrót. Panował półmrok, widziałem zwiezione bele słomy po prawej stronie, lewa zaś część ,była prawie pusta, leżały tam resztki siana. „To smutne” pomyślałem ale po co mu siano, czy słoma jeżeli pozbył się inwentarza. Słyszałem pobliski odgłos siekiery rąbiącej drzewo. Starałem się bezszelestnie dotrzeć do frontowych wrót budynku. Po chwili moje oko przywarło do szpary między deskami. W ostrym świetle ujrzałem Edwarda, rozebranego do połowy, który zmagał się z drewnianymi klocami. Gdy wzrok akomodował się do zmiany oświetlenia, widziałem dokładnie te duże ciało. Mocno owłosione na rękach, kępy włosów porastających jego ramiona i bujny zarost klatki piersiowej schodzący w kierunku paska od spodni. Przyglądałem się grze jego mięśni, gdy w mocnym zamachu unosił narzędzie, by rozłupać kolejną szczapę. Czasem ocierał pot z czoła, jego ciało świeciło od wilgoci.

Ten widok wywołał u mnie wzwód, znowu wzbierały we mnie te wszystkie chore rojenia na jego temat. Nie wytrzymałem, odwróciłem się i opuściłem dresowe spodnie wraz z bielizną do połowy ud, opierając się plecami o drewniane wrota. Z przymkniętymi powiekami, dotykałem swojego stojącego i mokrego kutaska. Kłębiło się we mnie pożądanie, pragnąłem dotykać tego potężnego ciała, chciałem być mocno trzymany, przez te mocarne dłonie, by czuć ich szorstkość na swoim gładkim ciele.

Otumaniony tymi myślami, nawet nie usłyszałem, że zapanowała cisza. Gdy byłem bliski wystrzału, zalała mnie fala światła, a mocna dłoń pchnęła na ziemię. Upadłem, a ciało domówiło chwilowo posłuszeństwa. Zamarłem w bezruchu. Wiedziałem, że świecę teraz swoją bladą drobną dupą. Słyszałem ciężki oddech, zamiast się zerwać, próbować naciągnąć spodnie i zwiać. Leżałem, zaciskając powieki, kręciło mi się w głowie. Te silne, szorstkie dłonie, przerzuciły mnie na plecy. Otworzyłem oczy i widziałem jak się pochyla, potem przyklęknął w rozkroku nad moją piersią. Pochylił się, patrzyłem w ogorzałą twarz, jego orzechowe, lekko przekrwione oczy nie wyrażały żadnych emocji. Teraz nasze spojrzenia przepychały się, nie wiem co mnie podkusiło ale podniosłem się na łokciach i przesunąłem nieco dalej, czułem jak o moje pośladki, zahaczają o źdźbła słomy. Edward tylko patrzył, a ja wiedziony niezdrowym pragnieniem, przywarłem głową do jego dużego, owłosionego i spoconego brzucha. Moje nozdrza atakowała paleta zapachów, od woni stodoły, przez zapach nieprzetrawionego alkoholu, po mocny męski zapach potu i czegoś jeszcze. To wzmagało moje podniecenie, mój prężący się bez przerwy fiut pęczniał, jakby chciał eksplodować boleśnie. I znowu zamknąłem oczy i teraz całym policzkiem, przesuwałem się po krągłym brzuchu, usta same z siebie zaczęły, całować to gęste futro. Już nic nie było ważne, nie patrzyłem na niego, a on skamieniały przyjmował moje pieszczoty.

Znienacka Gawroński, mocno schwycił mnie za włosy i odsunął od siebie, drugą ręką wymierzył mi policzek, ból który mnie przeszył, sprawił mi przyjemność. Wydyszałem półgłosem „Au” i otrzymałem kolejny raz, w drugą stronę twarzy. Cicho kwiliłem, lejąc łzy z oczu ale byłem rozgrzany jak piec, nadstawiałem się, irracjonalnie odczuwałem podniecającą przyjemność. Pożądałem więcej i więcej, czułem, jak pieką mnie policzki.

Wtem policzkująca mnie dłoń, zaczęła rozpinać pasek od spodni. Ciężko przełykałem ślinę, łzawiąc i patrząc w jego nieprzeniknioną twarz. Nie wiedziałem czego się spodziewać, nie wiedziałem do czego to zmierza, nie wiedziałem czy to kara, czy nagroda. „Sprał mi pysk, a teraz może mi złoić tyłek” przeleciało mi przez głowę w tym dziwacznym uniesieniu ale on rozpinał rozporek. Zapach, który mnie uderzył był ostry, nieprzyjemny z nutą moczu ale wyzywający i silnie działał na moje pobudzone receptory. Jeszcze jeden ruch i zobaczyłem przed nosem grubego, żylastego, nie zbyt długiego kutasa. Miał on bardzo długą, pomarszczoną skórkę napletka. Edward sprawnie ją ściągnął i tym fiutem z mocno czerwonym łbem, obijał moje policzki.

Teraz trzymał mnie za ucho i szczękę, odruchowo otworzyłem usta, a on zaczął pchać do środka swoją pałę. Jej głowica uderzyła w moje migdałki. Wszystko z żołądka chciało wracać na zewnątrz. On teraz mocno, oburącz trzymał moją głowę. Jego kutas chwilowo nieruchomy, napierał na wejście do mego gardła, nie mogłem przełknąć śliny, która wypływała mi na brodę. Mój nos drażniły długie i gęste włosy łonowe. Krztusząc się, walczyłem o oddech. Świat mi wirował przed oczami, obraz rozkładał się na plamy.

Mimo, że omdlewałem, moje ręce złapały wielki, okrągły tyłek Edwarda. Starałem się nimi, przyciągać mocnej jego biodra do mojej głowy. On zaś wycofał się i mocniej uderzył, doprowadzając do kolejnego spazmu przełyku. Wycofywał się i atakował mocniej i szybciej, ślina zalewała mi szyję, spływała niżej, brakowało mi powietrza, gdy moje odruchy ze strony gardła i przełyku, dławiły mnie, na chwilę przestawał, wycofując się nieznacznie. Moje dłonie masowały, głaskały jego wielką dupę, czasem odrywały się, by badać krągłości wielkiego brzucha. Oczy łzawiły, obraz był niewyraźny, straciłem kontrolę nad swoim ciałem i odruchami. Mimo, że moja świadomość gdzieś odpływała, było mi dobrze. Podniecenie moje osiągnęło szczyt, biodra i brzuch spinały się, a fiut mimowolnie zalewał mi ciało. Mocne i rytmiczne ruchy bioder sąsiada, zmieniły się w chaotyczny taniec, aż cały się zatrzymał na chwilę. Jego pała wyrzuciła pierwszą salwę , zaklejając moje gardło. Nie mogłem tego przełknąć. Część ładunku dostała się do krtani, powodując odruch kaszlu. Puścił moją głowę, runąłem na glebę, walcząc z odruchami zwrotnymi. Docierał do mnie obraz końca jego orgazmu. Teraz pomagał sobie ręką, strugi nasienia lądowały na mojej twarzy i ściółce. Skończył, wstał z klęczek, robiąc porządek ze spodniami. Ja leżałem z gołym tyłkiem, zachlapany jego i swoim sokiem.

– Dziękuję, panie Gawroński – wychrypiałem gardłowo. On patrzył na mnie.
– Czekaj, przyniosę wiadro z wodą i jakąś ścierkę, to się oporządzisz.

Wyszedł, a ja dalej leżałem taki sponiewierany, ale czułem się odprężony. Mimo, że piekły mnie policzki, miałem załzawione oczy i niesmak w ustach, piekące gardło. Podkoszulka od dołu zalana moją spermą, zaś twarz i włosy jego. Wstałem zdjąłem swój stary, szary T-shirt, wytarłem nim ślady nasienia, wciągnąłem bieliznę i spodnie. Usiałem pod drzwiami w kucki i czekałem. On wrócił z wiadrem wody i jakąś szmatą, powiedział:

– Masz, obmyj się.
– Dziękuję, panie Gawroński. Jutro niech pan nie zamyka tych drzwi z tyłu, ja znowu przyjdę. Uchylę przednie wrota, to będzie pan wiedział, że jestem – patrzył na mnie, nic nie powiedział, pokiwał głową i wyszedł.

Obmyłem się, przepłukałem koszulkę, położyłem ją na słomie. Siadłem obok, czułem się zmęczony, mimo, że odczuwałem lekkie bóle fizyczne, byłem szczęśliwy. „Jutro znowu to zrobimy” myślałem i ta myśl mnie uspakajała.

Przesiedziałem tam do zmroku. W domu zadawano pytania, kto mi dał w pysk. Szczególnie Piotr był dociekliwy. Nie udało się tego ukryć, miałem spuchniętą twarz i rozciętą wargę. Kluczyłem w swej opowieści po łące kłamstwa. Pojawiła się więc koleżanka z Jednaczewa i to ona była sprawczynią tego nieszczęścia. Piotr z niedowierzaniem krzyczał do Andrzeja:

– Wiotki ma dziewczynę. Ostra, chyba boks trenuje – rżał jak koń.
– Wypierdek, czy ty chciałeś ten swój mikroskopijny instrumencik, dopasować do dziurki? – dopytywał się Andrzej.
– Nie, on za cyc chciał ją schwycić – obydwoje się brechtali
– Małe, niepozorne, a kogut.
– Młody, jak chcesz to kondony ci kupimy.
– Piotrek, jemu wystarczy obcięty, mały palec z gumowej rękawiczki matki.

I tak cały wieczór, głupie pytania i jeszcze głupsze odpowiedzi. Całe szczęście, że był jakiś idiotyczny film o samurajach, więc poszli go oglądać. Ja w tym czasie wziąłem prysznic i poszedłem spać.

Rano było jeszcze gorzej. Twarz jak po walce o zawodowe mistrzostwo świata w boksie. Moi dwaj debilni bracia uratowali mi tyłek. Matka pomstowała, podejrzewała najgorsze. Bo jeżeli dziewczyna tak się broniła, to chyba ją gwałcić chciałem i w niedzielę obowiązkowo muszę iść do spowiedzi. No, w tym momencie mało nie udławiłem się kanapką. Już to widzę jak opowiadam księdzu, że moja „dziewczyna” Edward Gawroński najpierw prała mnie po pysku, a potem mało nie udusiła swoją fujarą. Ciekawe, ile bym dostał zdrowasiek w akcie pokuty? Kretyńskie żarty moich braci złagodziły atmosferę. Ojciec wziął mnie na słowo i tłumaczył, że nie powinienem dawać sobie wchodzić na głowę, że on rozumie, że dziewczyna ale to wygląda tak jakby ona chciała mi zęby wybić. Dopytywał się o co poszło, czy nie o seks, tłumaczył mi, że na to jestem za młody. Dzięki wyobraźni jakoś z tego wybrnąłem i skończyło się pieleniem warzywnika w ramach pokuty.

Z Edwardem spotykałem się popołudniami, w jego stodole. Uprzedziłem go, że więcej nie może mnie prać po ryju, bo choć mi to bardzo odpowiada, to nie odpowiada moim najbliższym. Przez kilka dni było ekscytująco, spuszczałem się bez dotykania. Nauczyłem się przyjmować do gardła jego kutasa. Oczywiście dalej się śliniłem, zatykałem ale dziarsko mu obciągałem z połykiem. Nauczony doświadczeniem rozbierałem się i miałem w jego stodole mały ręcznik, by po wszystkim doprowadzić się do normalnego stanu.

Niestety nic co piękne nie może trwać wiecznie. W drugim tygodniu naszej bliskiej znajomości, musiałem sam sobie walić, by dojść, bo sam chuj w ustach już mi nie wystarczał. Bez bólu i adrenaliny wiele rzeczy zaczęło mi przeszkadzać. „Dlaczego on tego kutasa nie myje i dlaczego zawsze śmierdzi i dlaczego gaci nie zmienia?” te pytania kołatały mi się w głowie albo „Dlaczego nie zdejmie tych zaszczanych gaci, bym mógł sobie macać jego dupę?” Gdzieś w dal odpływała moja fascynacja Edwardem.

Pamiętam, dwudziestego siódmego sierpnia spotkaliśmy się jak zwykle. Jednak on już na mnie czekał, był zalany bardziej niż zwykle, już miałem się rozbierać, on dopadł do mnie i zaczął całować po włosach i twarzy. No, chuj mnie strzelił! Momentalnie, zamiast podniecenia czułem jego smród, a z sekundy na sekundę podniecenie i fascynacja, zmieniały się w niechęć. Zebrałem w sobie siły i odskoczyłem od niego, on się zachwiał, ja już byłem przy drzwiach.

– Do widzenia, panie Gawroński – krzyknąłem, trzaskając drzwiami, uciekłem.

Chciało mi się rzygać, ale czułem się jakoś lekko. To było wyzwolenie, byłem wolny. Wpadłem do domu i ukradłem bratu kilka papierosów. Wyszedłem i włóczyłem się po okolicy, w końcu dotarłem do fortów. Wdrapałem się na szczyt fortyfikacji, usiadłem na trawie. Byłem sam, w oddali tylko jakieś odgłosy życia wsi, szczekające psy, ryk bydła. Słońce zachodziło, niebo nad Łomżą było w różnych odcieniach czerwieni. Na rozleglej dolinie iskrzyła się rzeka Narew, wijąc się swoimi zakolami. Zapaliłem pierwszego papierosa w życiu, nie smakował mi, ale go paliłem. Edward też mi nie smakował ale go obciągałem. Ściemniało się, nad doliną unosiła się delikatna mgiełka, znad rzeki nadciągał chłód. Skarpę łomżyńską rozświetlały lampy domostw. Panorama tego miasta jest bajeczna. Już wiedziałem kim jestem i było mi z tym dobrze. Nie buntowałem się, nie miałem pretensji do losu. Edward-klucznik otworzył moje ciało i moją świadomość. On był tylko kluczem, otworzył drzwi i nie był już potrzebny. Kolejny papieros mi smakował znacznie lepiej. Czy następny kochanek też będzie lepszy od pierwszego?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *