Przekwitający mak

Przekwitający mak

13.10.1985
Nerwy mam napięte jak struny. Kicham i zaraz lecą mi nosa smarki, niewypłakane łzy. Przez cały ranek walczyłem z sobą, ze swoim położeniem, i kichałem. Manuel miał ciężką noc, był niespokojny. Całe godziny wlokło się śniadanie, a i tak nie wziął wszystkich lekarstw, które łyka rano. Już 14.30. Całą wieczność to trwa, obaj mamy już dosyć.

Wczoraj chciałem wziąć prysznic, ale zabrakło mi czasu. Nie znoszę być niewykąpany, szczególnie przy zdenerwowaniu, swędzi mnie wtedy głowa, pocę się, świerzbi mnie całe ciało. Muszę pomóc Manuelowi połknąć pigułki, muszę pomóc mu usiąść, to znów położyć się, każdą pigułkę bierze z osobna i nieuchronnie między jedną a drugą powstaje przerwa. Zniecierpliwienie niemal mnie rozsadza.

Kicham, swędzi mnie nos, a to jeszcze bardziej mnie rozdrażnia. Wydaję się sobie totalnym neurotykiem, to już dla mnie, a i dla Manuela za wiele. Reaguje spięciami, wymiotami, bólem, ja reaguję innymi objawami, dzisiaj katarem; mam wszystkiego po dziurki w nosie.

Lina i Eulogio obrali nową drogę. Surowiej obchodzą się z Manuelem. Więcej od niego wymagają, żądają, by łykał tabletki, więcej jadł, wstawał w celu uniknięcia zapalenia płuc. Dziś kłócili się z nim. Siedziałem obok, prawie nic nie rozumiejąc i nie wtrącałem się. Moje nerwy napięły się jeszcze bardziej, myślałem, że zaraz wybuchnę. Tak mi było żal Manuela, nie uważam tej metody wychowawczej za zbyt dobrą, nie pozbawi ona Manuela jego obaw, a tylko przysporzy stresów. Często myślę sobie: zostawmy go w spokoju, tak jak jest, powinien spokojnie umrzeć, a nie będąc zmuszanym cierpliwie znosić katusze naszych pretensji. Tylko że on nie chce umierać i żąda, abyśmy go nie opuszczali. Dzisiaj rano próbowałem pogadać z nim o tym.
– Nie chcę umierać – rozpłakał się.

Walczy o swoje życie, wszyscy walczymy; ta walka wydaje mi się jednak nie do wygrania. Chyba wszyscy to czujemy. Gdyby Manuel nie bał się tak śmierci, być może znalazłby pewien spokój w oczekiwaniu tego, co i tak może nadejść. Jego szyja spuchła i jest twarda jak kamień. Wszędzie rak. Boli mnie, że będzie musiał umrzeć, boli mnie, gdy widzę jego i nas walczących o to przeklęte życie, jego życie. Zaczynam przeklinać chemoterapię, która budzi fałszywe nadzieje. Nawet w chwili, gdy zapisuję słowa „fałszywe nadzieje” ogarniają mnie wątpliwości: czy Manuel nie ma już najmniejszej szansy na przeżycie? Jeśli nie, to nie powinien ginąć tak marnie, lecz umierać pogodzony z sobą, ze mną, ze swoją rodziną, przyjaciółmi, i całym światem.

Fałszywa jest nadzieja na wyzdrowienie, jest piekłem oznaczającym jedynie stres i mącącym wewnętrzny spokój. Tak chętnie oszczędziłbym Manuelowi całej tej męki, w którą wpędza go leczenie. Powinien przecież umrzeć z głodu, na raka czy wskutek zakażenia albo też na cokolwiek innego. A tu pojawia się obawa, że nie wyczerpało się wszystkich środków. W gruncie rzeczy pragnę, aby żył, a nie aby cierpiał.

Boże, kimkolwiek i czymkolwiek jesteś, pomóżże wreszcie doprowadzić do jakiegoś rozstrzygnięcia. Wszyscy jesteśmy wyczerpani. Gdyby Manuel choć mógł się zdobyć na spokój wobec śmierci, nie rezygnując z chęci życia! Ale on odpędza każdą myśl o śmierci. Dlaczego tak się boi?

Mój biedny, chory Manuelu, głęboko wszystko z tobą współodczuwam, ale to niczego nie ułatwia. Każe mi tylko zdusić w sobie wściekłość na ciebie, każe osuszyć łzy, choć i tak chce mi się płakać. Czuję w sobie całe morze łez, które nie znajduje ujścia. Dzisiaj znalazło ujście neurotyczne: łzy leją mi się przez nos, szloch wydobywa się ze mnie kichaniem. Przepełnia mnie rozpacz, boję się teraźniejszości, a jeszcze bardziej przyszłości.

Dlaczego? Pragnę wreszcie jakiegoś rozstrzygnięcia pomiędzy życiem a śmiercią. Tę zaciętą walkę, którą w tej chwili toczymy, już chyba przegraliśmy. To daremna, desperacka walka, która tyle sił kosztuje. Czasem nawet wydaje mi się, że kosztuje o wiele więcej sił niż mamy.

Najwięcej obawiam się, że Manuel jeszcze długo może chorować, że nadejdzie styczeń, będę chciał, będę musiał wracać do domu i znajdę się w rozpaczliwej sytuacji. Albo też, że Manuel będzie mógł wrócić do Niemiec, będzie tam dalej chorował jeszcze pół roku, rok, a ja stanę się jego jedynym towarzyszem, ze swymi zmartwieniami dotyczącymi przyszłości i kłopotami finansowymi. Zastanawiam się też, co się stanie, jeśli i ja zachoruję na AIDS. Kto mnie będzie pielęgnował, kto zdobędzie się na nieskończoną cierpliwość przebywając ze mną i pomagając mi tak, jak ja Manuelowi. Jak zareagowałbym na chorobę? Zabiłbym się, czy umarłbym w szpitalu?

15.10.1985
Siedzę przy łóżku Manuela. Jest w szpitalu na ambulatoryjnej transfuzji krwi. Jego stan pogorszył się w ciągu ostatnich dni, postąpiła infekcja i znów napuchła mu cała twarz. Dzisiaj rano pojechaliśmy do szpitala na badania i chemoterapię. Tym razem nawet Lina wybrała się z nami, aby porozmawiać z lekarzem. Doktor Maceo przyjrzał się Manuelowi i stwierdził, że chemoterapię można prowadzić w domu, po czym przysłał nas tutaj na transfuzję krwi.

Lina porozmawiała na osobności z doktorem Maceo. Potem powiedziała mi, że raczej nie daje on Manuelowi żadnych szans. Jego zdaniem infekcja tak daleko postąpiła, że obawiają się, czy będą mogli jeszcze opanować. Zagraża ona życiu, bo może rozprzestrzenić się w całym organizmie. Inne niebezpieczeństwo dla życia Manuela stwarza biegnąca przez ranę aorta, która może pęknąć i wówczas Manuel wykrwawi się w ciągu paru minut. Wprawdzie rak prawidłowo zareagował na chemoterapię i zmniejszył się do 80%, jednak problem stanowią inne niebezpieczeństwa i stan Manuela jest więcej niż poważny.

A on wciąż jeszcze ma nadzieję, że przeżyje, wyrok śmierci byłby dla niego szokiem. Walczę ze łzami, a jednocześnie odczuwam ulgę i jakiś osobliwy rodzaj radości, że być może niebawem skończy się stres i cierpienie. To wrażenie we mnie dominuje. Kiedy wsłuchuję się w siebie trochę, choćby odrobinę głębiej, czuję tylko smutek, lęk i rozpacz. Widzę siebie wracającego samotnie do Niemiec, podczas długiego dalekiego lotu, widzę siebie w samolocie, samotnego i smutnego. Widzę siebie po przylocie płaczącego na lotnisku. Widzę siebie samotnego bez Manuela. Widzę, jak zatapiam się w swym smutku i rozpaczy. Widzę siebie wracającego myślą do wspólnie spędzonych chwil. A każda z nich okaże się wypełniona miłością. Wciąż jeszcze będę go kochał.

Ale teraz mogę pozwolić mu umrzeć. To bezsensowne: trzymać go przy życiu, zresztą nie potrafię tego. Jeśli ma odejść, niech odchodzi. Zachowam go w najczulszej pamięci, choć będzie to bolesne. Mam nadzieję, że nie utracę radości życia i zdolności kochania. Chciałbym okryć się żałobą, a jednocześnie obawiam się depresji. Chciałbym mieć czas, aby płakać, krzyczeć, skarżyć się przed światem i Bogiem na swój i Manuela los. Chciałbym okryć się żałobą i być sam na sam z sobą, w sobie być, dać upust energii i łzom. Chcę wreszcie popłakać sobie, w tej chwili nie potrafię. Muszę się trzymać, pielęgnować Manuela, być do jego dyspozycji. Zabiera mi to czas i zdolność wyładowania swych emocji. Na szczęście mam ten dziennik, mogę pisać, mogę przemieniać łzy w litery. Emocje spływają na rękę, na długopis, wreszcie na papier.

Nie mogę przestać myśleć o tym, że Manuel w ciągu paru minut może się wykrwawić. Straszliwa wizja: kiedyś zaskoczy mnie krwotok! Krew tryska, dosłownie kipi, cała jego zakażona krew, której się lękam, wylewa się wysokim łukiem. Boję się, że mogłaby mnie poplamić, zarazić i zabić. Miejmy nadzieję, że Manuel nie umrze w ten sposób. Nie chcę tej brutalności. Jeśli już znosi takie cierpienia, powinien mieć chociaż mniej widowiskową śmierć.

Lęk Manuela przed śmiercią podważa pewność mojego przekonania, że trzeba mu zawsze mówić prawdę. Nie jestem pewny, czy nadal chce, jak to kiedyś w Niemczech powiedział, znać prawdę. Czy nie wystarcza pozostawienie natury samej sobie? Czy rzeczywiście medyczne zapewnienie, wyrok lekarzy są tak dobroczynne? Czy nie naturalniej byłoby umrzeć po prostu, nie znając różnych diagnoz? Myślę, że tak, jednak białe fartuchy nie dają Manuelowi umrzeć w spokoju, rozbudzają nadzieje, wtrącając się gwałtownie i niwecząc wszelkie naturalne odczucia. Ale medycyna obiecuje nadzieję na wyzdrowienie tam, gdzie sama natura przyniosłaby śmierć; jej osiągnięcia odbierają pewność nieuniknioności. Wyrzucałbym sobie, gdybym nastawiony przeciwko medycynie zignorował ją, a Manuel umarłby nie skorzystawszy z jej możliwości. Ciążyłaby mi myśl, że coś zaniedbałem. Teraz, kiedy Manuel umiera, nie opuszczają mnie wyrzuty sumienia, że nazbyt zaufałem medycynie i przez to ostatnie dni jego życia stały się jeszcze większą udręką. Zawsze zostaje przykre uczucie. Ale cieszę się, że Manuel sam się zdecydował.

16.10.1985
Wczoraj Lina objęła mnie, a ja nareszcie mogłem się wypłakać. W obecności Manuela zachowywałem się tak, jak gdyby nic się nie stało. Za każdym razem, gdy wychodziłem z jego pokoju, narastał we mnie smutek. Czułem, że będę płakał, długo płakał, kiedy znajdę na to czas. Umrę z bólu, będę samym bólem i niczym więcej. Ale teraz muszę być silny, silny w oczach Manuela. Przecież on jeszcze żyje.

Wczoraj wieczorem odbyła się narada rodzinna. Rodzeństwo Manuela usiadło ze mną, aby ustalić, czy Manuel powinien zostać tutaj czy też raczej powinno się go odwieźć do Gomez. Za Gomez przemawiało to, że Manuel powiedział kiedyś do Liny i Eulogio, że nie chce umierać w Mexico City. Także ja wolałbym, aby umarł w Gomez, a nie tutaj. Tam jest teraz jego miejsce. Przeciwko Gomez przemawiało to, że wyjazd oznaczałby przerwanie chemoterapii. Musielibyśmy powiedzieć Manuelowi prawdę.
– Moglibyśmy powiedzieć mu – stwierdziła Lina – że jego system immunologiczny jest osłabiony i lekarze radzą, aby na 4 czy 6 tygodni przerwał chemoterapię i wypoczął. Moglibyśmy zaproponować mu na ten czas wyjazd do Gomez.

Takie kręcenie wydało mi się grubymi nićmi szyte, sądzę, że wzbudziłoby nieufność Manuela. Narasta we mnie również przekonanie, że lepiej nie mówić Manuelowi całej prawdy. Prawdopodobnie powiększyłaby tylko jego strach i obawiam się, że nie znalazłby harmonii i spokoju, których tak mu życzę. Zatopiłby się jeszcze głębiej w swym lęku, gdyby rozwiano jego nadzieje. Najważniejsze wydaje mi się teraz, aby zapewnić mu w najbliższym czasie jaki taki spokój. Gomez oznacza również problemy związane z transportem; leży 1000 km stąd, żadne towarzystwo lotnicze nie przetransportowałoby Manuela w tym stanie, podróż samochodem zaś byłaby z pewnością zbyt uciążliwa.

Potem siedzieliśmy przy Manuelu. Udało mi się otrząsnąć ze swego smutku, zaśmiać się, parę razy zażartować, poczułem nawet w sobie siłę i spokój, by wspierać Manuela. Potrzebuje mnie, a ja chcę być dla niego. Ale skoro tylko opuszczę pokój, pogłębia się mój smutek i często płaczę. Wspominam wspólnie spędzone szczęśliwe dni, widzę śmiejącego się Manuela. To tak, jak gdyby łzy wzbierały w mym wnętrzu wraz z żalem i wypływały; dobre, drogie łzy, lubię je, bo unoszą z sobą mój smutek.

17.10.1985
Zapalenie cofnęło się. Zmniejszyła się opuchlizna, Manuel znów może poruszać powiekami i mówi wyraźniej. Jednak widzi podwójnie i wszystko zwraca. Jego stan ogólny jest bardzo zły. Nie wiem, czy cieszyć się z tego, że z zapaleniem lepiej, czy też traktować to tylko jako przedłużenie jego cierpień. Przede wszystkim cieszy mnie ten postęp, ale równocześnie martwi: wszystko może znowu przybrać zły obrót, a każdy następny etap może oznaczać pogorszenie. Mam wyrzuty sumienia, bo pragnę szybkiej śmierci Manuela i nie cieszy mnie, że poczuł się lepiej. Czasem zdarzają się cuda, może zdarzy się jeszcze jeden.

20.10.1985
Znowu minęło kilka dni, w czasie których z Manuelem nic się nie działo. Czuje się lepiej, jest spokojniejszy, ma mniej napuchniętą głowę, rana również lepiej wygląda. Znów mamy nadzieję. Jestem zmęczony. Ponieważ boję się, że może to być tylko przedłużenie cierpień, nie umiem się cieszyć jak przystało. Mam wrażenie, że jestem uwięziony w naszym małym pokoiku.

Nie mam spokojnych nocy. Zanim pójdę spać, jest już pierwsza, a wstaję o szóstej, aby podać Manuelowi antybiotyki. Wstrzykuję mu teraz lekarstwa do żył przez dren od kroplówki. W nocy Manuel często mnie budzi, bo chce mu się sikać. To wielka ofiara z mojej strony, że darowuję mu swój sen. Sen znaczy dla mnie bardzo wiele. Nawet gdy źle się czuję, najczęściej mogę dobrze spać, we śnie niemal wszystkie moje zmartwienia zdają się umykać w zapomnienie. Potrzebuję tego spokoju, który niesie sen, gdy się jest tylko sam na sam ze sobą. Mój sen, jak i wszystkie moje noce należy do mnie. A teraz odbiera mi się ten sen i przerywa go. Wstawanie nie przychodzi mi z trudem, ale jestem niezadowolony. Nie robię tego dobrowolnie, ale dlatego, że Manuel potrzebuje antybiotyków. Drażni mnie, że nie wystarcza mu moje całodzienne czuwanie, że potrzebuje jeszcze mojego snu. Uznaję tę konieczność, inaczej nie można, ale to i tak mnie drażni. Nawet mój sen już do mnie nie należy!

Wczoraj dzwonili moi rodzice. Nie wywierali moralnego nacisku, którym już kilka razy wywołali moje wyrzuty sumienia. Cieszyłem się, że z nimi rozmawiam. Poza tym zadzwonił z Nowego Jorku dawny kochanek Manuela, w styczniu go poznałem. W ogóle nie wiedział, co się stało. Manuel powiedział mu, że ma raka i wyskrzeczał mu swym głosem chorego człowieka, jak cierpi. Później i ja mówiłem z Dominikiem, opowiedziałem mu całą historię, nie wspominając jednak o AIDS. Był zaszokowany, rozpłakał się. Już w Nowym Jorku wyczułem, że Dominik kocha jeszcze Manuela, ale nie byłem zazdrosny w najmniejszym stopniu. Od razu zorientowałem się wtedy, że jestem bliższy Manuelowi i Dominik nie mógł stanowić dla mnie konkurencji. Zbyt wiele łączyło mnie z Manuelem, choć wyrośliśmy na różnych kontynentach. Wyczułem również dystans, jaki Manuel zachował wobec Dominika; mogłem więc pozwolić Dominikowi kochać się w moim Manuelu. Nie zagrażał bowiem naszemu związkowi.

Manuela bardzo poruszyła ta rozmowa telefoniczna, obudziła w nim wspomnienie dawnych czasów, z pewnością także ich miłości i szczęścia, pięknych wspólnie spędzonych chwil, tęsknoty i ciepła. Tęsknota odgrywała chyba istotną rolę w ich związku, bo Dominik mieszkał wtedy w Chicago, Manuel zaś w Meksyku. Spotykali się od czasu do czasu i pisywali do siebie. Kiedy wreszcie po wielu latach mieli możliwość wypróbowania w Nowym Jorku swej miłości w życiu codziennym, ich związek rozpadł się.

Wzruszyło mnie, że dawny kochanek Manuela za nim płacze, piękny wydał mi się także widok melancholijnie zadumanego nad dawnymi czasami Manuela. Podoba mi się, gdy coś, co kiedyś było, jeszcze istnieje, że stara miłość nie idzie w zapomnienie i mimo wszystkich innych uczuć, jak ból, złość i smutek, pozostaje jeszcze jakaś resztka być może odmienionej miłości, że nie wypiera się tej znaczącej czystki życia, jak gdyby jej nigdy nie było. Podoba mi się, gdy dawna miłość zamienia się w przyjaźń, gdy nie wyrzuca się na śmietnik zażyłości, namiętności, głębokich uczuć, które się wobec siebie żywiło.

21.10.1985
Znacznie lepiej z Manuelem. Od tej katastroficznej diagnozy zaczęło się poprawiać. Guz zmniejszył się, zapalenie się wycofuje, prawie zeszła opuchlizna głowy, rana wysycha, a nawet w jednym miejscu trochę się goi. Znów mam nadzieję. Poprawiają się nastroje. Manuel często siada w fotelu, nawet na zewnątrz na tarasie dachowym. Jest wprawdzie bardzo słaby, jednak silniejszy niż tydzień temu. W tej chwili znów realniejsza stała się nadzieja na wyzdrowienie. Od dzisiaj mogę się znów cieszyć z jego postępów. Nie tracę sceptycyzmu, ale nadzieja we mnie rośnie. Widzę już, jak zdrowi jedziemy do Niemiec, gdzie czeka nas wspólna przyszłość. Chciałbym, aby tak było.

25.10.1985
Od wczoraj Manuel czuje się znów gorzej. Rana wygląda stosunkowo dobrze, lecz Manuel stale gorączkuje i zwraca, mimo lekarstw, które na to bierze. Już prawie 17.00, a jeszcze nic nie zjadł. Obawiam się, że wszystko znów będzie się pogarszać; tylko nie to! Rozmawiałem dzisiaj z Manuelem o śmierci i zapytałem go:
– Jak sądzisz, co cię tak odmieniło w Meksyku, że unikasz tego tematu? W Niemczech spokojniej wyglądałeś śmierci niż teraz.
– Tutaj jest inaczej – powiedział – tutaj mam rodzinę, chcę żyć, a nie umierać. Nie chcę myśleć o śmierci, ale o życiu. To trudne, poczuć blisko śmierć, a ja próbuję z całych sił nawet w swych myślach unikać tego tematu.
– Ten temat i przygotowanie się na śmierć nie muszą przecież wcale oznaczać, że faktycznie umrzesz – zaoponowałem. – Mogłoby to jednak znaczyć, że spokojniej i bardziej świadomie przeżyjesz swoje być może ostatnie chwile, że zastanowisz się nad filozofią, życiem, Bogiem, nad życiem po śmierci, nad reinkarnacją, a nie, że stracisz nadzieję.
– Nie chcę marnować energii na myślenie o śmierci – odparł – ale zużyć ją na dalsze życie. Jeśli będę zastanawiał się nad śmiercią, umrę.

Był pewny swego i nie chciał dłużej o tym rozmawiać. Muszę się na to zgodzić, że Manuel nie chce tego przemyśleć. Rozmowa z nim dała mi też koniec końców odpowiedź na pytanie, czy Manuel powinien zawsze znać całą prawdę.

26.10.1985
Popołudnie. Od dwóch godzin próbuję zasnąć. Jestem rozdrażniony, każdy szmerek mi przeszkadza; nie wiem dlaczego. Do tego jestem zmęczony jak zbity pies, czuję, że ostatniej nocy prawie wcale nie spałem. Zasnęliśmy o wpół do pierwszej, godzinę później Manuelowi zachciało się sikać. O trzeciej zbudziła mnie myśl, że trzeba skontrolować kroplówkę; stwierdziłem, że nie kapie. Minionego popołudnia cewnik już raz się zatkał i Cello, siostra Liny, uczyła mnie, jak się go przetyka. Trzeba do tego dwóch płynów, które miesza się w strzykawce i zaraz po wyciągnięciu gumowych rurek wstrzykuje do cewnika. Kiedy płyn znajdzie się już w organizmie Manuela, należy wciągnąć do strzykawki krew, żeby usunąć z ciała to, co zatkało cewnik. Chciałem teraz w nocy sam spróbować, choć bardzo się bałem, żeby czegoś nie zrobić źle. Jednak nie miałem jednego z tych płynów. Zdecydowałem się zejść na dół, obudzić Cello i poprosić ją o ten płyn. Było mi bardzo nieprzyjemnie, bo obawiałem się, że wszystkich pobudzę. Tak się też stało, udało mi się wprawdzie odryglować drzwi do kuchni, ale kolejne drzwi prowadzące do mieszkania były zamknięte. Ustawili przed nimi krzesło, którego z kuchni nie dało się ruszyć.

Nie mogłem iść dalej, więc wyszedłem na podwórko i pukałem w okno jadalni, aż nadszedł Don Angel. Zawołałem, żeby przyszła Cello, na co w pośpiechu przybiegła Dona Panchita i otworzyła mi drzwi. Natychmiast wybuchła panika, której tak się obawiałem. Wreszcie wyszła Cello i dała mi ten drugi płyn. Poszedłem na górę i zrobiłem, czego mnie nauczyła. Płyn przeniknął do środka, ale gdy chciałem wciągnąć krew, nic nie poleciało, powstała próżnia. Próbowałem kilka razy, Manuel powiedział, że kręci mu się w głowie. Spanikowałem, wcisnąłem gumowy wężyk z powrotem do cewnika i zawołałem Cello. Stwierdziła, że kroplówka działa, zdaje się, że jednak ją przetkałem.

Przez te wszystkie emocje zbuntował się żołądek Manuela, Manuel zwymiotował. Zanim się uspokoił, była czwarta, zanim zasnąłem, zrobiło się jeszcze później. O wpół do szóstej znów skontrolowałem kroplówkę, o szóstej przygotowałem strzykawkę z antybiotykami; okazało się, że jedynie bardzo powoli można się wstrzyknąć przez cewnik. Musiałem mocno naciskać i nagle rurka od kroplówki pękła, przestraszyłem się, że do żył Manuela dostanie się powietrze. Prędko wsadziłem jeden koniec w drugi, sprawdziłem, czy w rurce jest powietrze i wstrzykiwałem dalej. Manuel znów zaczął wymiotować. Kiedy rurka po raz drugi wyskoczyła, zbiegłem na dół zawołać Cello. Na szczęście już wstała, weszła na górę, ale śpieszyła się do pracy.

Kroplówka działała wystarczająco sprawnie, aby przepuścić potrzebną Manuelowi ilość płynu, ale za wolno jak na zupełnie odkręcony zawór. Cello wymieniła rurkę i sprawdziła cewnik. Na zewnątrz wszystko zdawało się być w porządku. Krople kapały, ale niezbyt szybko. Manuel znowu zwymiotował, zrobiło się wpół do ósmej, zanim się uspokoił.

Znów kłopotów dostarczają mi moje potrzeby seksualne. Jestem pobudzony, mam ochotę na seks, ale jak, gdzie, no i z kim? To dylemat, onanizowanie się w toalecie przynosi ulgę, ale nie zadowala mnie. Boję się kontaktów seksualnych, boję się zarażenia wirusem, przenoszenia wirusa, o ile go mam. Dlatego musiałby to być ostrożny i bezpieczny seks. Nie wiem, czy zaspokoiłby mnie. Na krótko pewnie tak, ale bez wątpienia wyzwoliłby głód na jeszcze więcej, na dotykanie, całowanie, na to, aby pójść na całość, zatem na niebezpieczny seks, którego przeżywać mi nie wolno, którego nie chcę. O swoich wyrzutach sumienia po zadaniu się z kimś obcym, gdy nieuleczalnie chory Manuel leży na łożu śmierci, trudno mi się nawet myśli.

A jednak mężczyźni mnie kuszą, oglądam się za nimi na ulicy, wyobrażam sobie, jak ich dotykam, jak na nich patrzę, jak pozwalam im się dotykać. Do naszych sąsiadów przejechał w odwiedziny młody mężczyzna, który wydał mi się bardzo zmysłowy. Patrzyłem za nim jak wyposzczony. Wczoraj spotkaliśmy się przy wejściu, nosząc wodę. Rozmawialiśmy, czekając aż napełnią się wiadra, stał przede mną taki zmysłowy, męski, pociągający. Nie miał na sobie koszuli i jego brązowy umięśniony tors, jego gładka skóra były tuż. Najchętniej złapałbym go, ściągnął mu spodnie, obejrzał go, potrzymał przy sobie i czując jego męskość otarłbym o niego swoją. Chciałbym, żeby mnie objął, chciałbym poczuć jego muskularny tors, całować go i przepadać gdzieś jednocząc żądze, chciałbym przeżyć tę grę przyciągania, to łechtanie, które wydaje się już dłużej nie do wytrzymania. Chciałbym zbliżać się z nim do szczytu, korzystać z jego ciała, użyczając mu swego, zapadać się i wzlatywać w rozkosznym uniesieniu.

A jak wygląda rzeczywistość? Onanizuję się w ubikacji, przywołując go w wyobraźni. Wyobrażam sobie, jak trzyma mnie w ramionach, jaki jest dziki, namiętny i delikatny, jak unosimy się razem niczym pióra na wietrze. Jest to coś takiego jak tornado, które szaleje i znów się uspokaja, porywa nas razem wysoko w górę, w chmury, daleko od ziemi, w obłoki rozkoszy, aż zapominam o wszelkim istnieniu, aby nareszcie wylądować, uspokojony, wyczerpany, szybko i miękko. Wszystko to wyobrażam sobie siedząc w ubikacji, aż poczuję się sam sobą zmęczony. Trzeźwieję, czuję ulgę przez moment i wracam do codzienności, aby pielęgnować Manuela.

Lubię się onanizować, bez tego byłoby o wiele trudniej; nie ociągam się z dostarczeniem pokarmu moim żądzom. Tkwię w dylemacie, który znałem już wcześniej i nienawidziłem: po jednej stronie rozkosz, jaką niesie seks, niekoniecznie związany z miłością, po drugiej zaś miłość do człowieka, któremu chcę być wierny. Nie uda mi się mieć jednocześnie jednego i drugiego. Muszę się na coś zdecydować. Jednocześnie zawsze kiedy skłaniam się ku jednej ze stron, druga tym bardziej daje o sobie znać. Chcę jednak być po stronie Manuela, nie jest tylko dla mnie całkiem jasne, jak mam sobie radzić z tą sprzecznością.

27.10.1985
Przeczuwam, że koniec Manuela blisko. Być może to tylko wyobrażenia i strach, ale od wczoraj jest z nim znów o wiele gorzej. Ciągle wymiotuje, nawet jak nic nie zje. Gorączkuje, boli go głowa, przy pewnych ruchach jego ręce i nogi czasem drętwieją. Nie wiem, czy to kryzys, po którym Manuel znów do siebie dojdzie, ale czuję, że śmierć już nadchodzi.

Dzisiaj miał ochotę usiąść w fotelu; kiedy próbował się podnieść, dostał silnego bólu głowy i cały zdrętwiał, tak że musiał się natychmiast z powrotem położyć. Zwymiotował, dostał szalonego przyspieszenia rytmu serca, aż musieliśmy otworzyć drzwi i przywachlować mu trochę powietrza. Po raz pierwszy mówił, że wydaje mu się, że umrze, a dzień jego śmierci może być już bliski.
– To niesamowite i przedziwne, co dzieje się z moim ciałem – powiedział.

Łzy napłynęły mi do oczu, byłem jednak spokojny, zapytałem:
– Boisz się?
– Nie – odparł – ale nie chcę już o tym rozmawiać.

Biorąc prysznic, cicho popłakiwałem. Nareszcie byłem sam, miałem spokój i mogłem sobie pofolgować. Jednak ta chwila odprężenia trwała krótko. Ile razy spojrzę na Manuela, narasta we mnie przeczucie, że to już nie potrwa długo. Lękam się tego, a jednak chciałbym, żeby to się wkrótce stało. Im mniej wierzę w jego możliwość wyzdrowienia, tym bardziej pragnę jego szybkiej śmierci.

Puchnie mu policzek, znów rozwija się zapalenie. Miejmy nadzieję, że się nie wykrwawi. Wciąż jeszcze tego rodzaju śmierci obawiam się najbardziej. Rano mają Manuelowi znów pobierać krew w szpitalu. Nie wiem, czy to będzie możliwe. Niewykluczone, że spróbujemy przeprowadzić testy w laboratorium naprzeciwko. Oczywiście koszty będą ogromne, ale trudno. Pojutrze Manuel i tak musi być w szpitalu u lekarza.

3.11.1985
Jestem w Gomez. Siedzę tu w domu matki Manuela przed ołtarzem przybranym kwiatami. Stoi na nim urna z prochami Manuela. Szara, metalowa urna; wygląda ładnie.

Manuel nie żyje, został spalony, jest w przestrzeni, w kosmosie, w urnie, być może jeszcze gdzie indziej. Zmarł 29 października, w dniu, kiedy mijały dokładnie dwa lata naszej znajomości, o trzeciej nad ranem. Zmarł tak, jak nie chciałem: wykrwawił się. Cała jego krew wypłynęła na materac, który ją wchłonął, a wraz z nią życie.

Czytam teraz fascynującą książkę Shirley McLaine, w której opisuje ona swą drogę do spirytualizmu. Wyjaśnia mi to i przybliża możliwość istnienia życia po śmierci i odrodzenia się. Wywarła na mnie silne wrażenie.

Chciałem uzgodnić z Manuelem jakiś znak, abym mógł go rozpoznać, gdyby kiedyś po śmierci miał ze mną nawiązać łączność. Rozmawiałem z nim o tym w południe, w ostatnie południe, które przeżył. Pomysł spodobał mu się, ale powiedział:
– Jeszcze na to czas i nie chciałbym się teraz nad tym zastanawiać.

Ale ja nie chciałem tracić ani chwili i szukałem słów, które tylko my dwaj mielibyśmy znać. Nareszcie wpadło mi do głowy zdanie i wypowiedziałem je głośno, żeby Manuel również je sobie zapamiętał.

Gdzieś w środku nocy Manuel obudził mnie, jak zwykle, gdy chciało mu się sikać:
– Josef, Josef – wołał, ale w jego głosie było coś innego iż zazwyczaj. – Josef, co się dzieje ? – zapytał.
– Masz bóle? – odpowiedziałem pytaniem.

Zaprzeczył, a kiedy wstałem, aby zapalić światło, powiedział:
– Josef, tu jest tak mokro, tak mokro, czy to krew?

Zapaliłem światło i ujrzałem całą tę krew wokół jego głowy, zobaczyłem, jak z niego wypływa. Wydostawała się spod opatrunku, wszystko było czerwone, materac wchłaniał ją. Widząc krew, powiedziałem:
– Tak, to krew.

Na jego twarzy odbiło się przerażenie.
– Anno – zawołałem – daj mi torbę z materiałem opatrunkowym.

Wciągnąłem rękawice i wyjąłem kompresy, aby powstrzymać krwotok. Ale wiedziałem, że tego krwotoku nie da się już hamować. Manuel niepowstrzymanie się wykrwawiał. Przemawiałem do niego w swej nerwowości:
– Tylko spokojnie, spokojnie, nic się nie dzieje, nie jest źle, wszystko będzie dobrze, możesz być spokojny.

Nacisnąłem na opatrunek, odkleiłem górny plaster, wszystko było pełne krwi, nie widziałem niczego poza krwią. Manuel z minuty na minutę zmieniał swój kolor, stawał się blady, jak tylko ciemnoskóry może być blady, była to bezkrwista bladość, przechodząca w szarość. Wywracał oczy. Anna zbiegła na dół i zapukała w okno, aby zbudzić rodzinę. Pomyślałem: teraz umarł, to było to. Ale to nie było to, najstraszniejsze dopiero miało się zacząć.

Siedziałem przy Manuelu, trzymałem jego rękę, w której nie było już siły, trzymałem jego piękną dłoń w swoich rękach tkwiących w gumowych rękawicach, trzymałem go, a on patrzył w górę, w sufit. Może co 30 sekund robił wdech, głęboki i głośny, jakby to maszyna zasysała powietrza; natychmiast następował wydech. Potem była cisza. Po pewnym czasie, długim jak cała wieczność, znowu zaczerpnął powietrza, wciągnął je jak automat i natychmiast wypuścił. Potem było spokojnie, jednak oddech znów się powtórzył. Cello wbiegła na górę i chciała przyłożyć na ranę kompres.
– Za późno – powiedziałem – takiego krwotoku już się nie powstrzyma.

Przyszli Lina i Eulogio, ale zaraz znowu wyszli. Siedziałem w kalesonach przy Manuelu, trzymałem jego rękę, nadal oddychał jak automat, nie przestawał. Wcale nie chciał przestać. Po prostu nie umierał; trwało to straszliwie długo. Leżał, moja miłość i mój mąż, leżał w swojej krwi, w tej niebezpiecznej, czerwonej krwi, oznaczającej życie i śmierć, i bardzo powoli umierał.

Powtórzyłem nasze zdanie, aby go nie zapomniał, abym mógł znów go rozpoznać. Wydaje mi się, że jego uszy już nie słyszały, jego mózg się wykrwawił, ale jego dusza musiała tu jeszcze być. Jeśli dusza istnieje, to musiała mnie usłyszeć. Chcę wiedzieć. tak bardzo chcę wiedzieć, że Manuel żyje w wieczności.

Nareszcie umarł, może po piętnastu minutach tego straszliwego oddychania. Miałem nadzieję, że to nieprawda. Trzymałem jego rękę, jego piękny rękę, która jeszcze dwie i pół godziny temu tak żywo i ciepło otaczała moje męskość, trzymałem jego martwą rękę i rozpłakałem się. Jakże inaczej wyglądał, był taki spokojny, zupełnie spokojny, cały we krwi.

Teraz nie żyjesz, jesteś całkiem martwy. A ja sam, zupełnie sam na świecie. Mój maż, moja miłość nie żyje. Minęło, skończyło się. Leżysz tu martwy w swej krwi, jak przekwitający mak. Kwitłeś intensywnie i cudownie. Teraz leżysz, zmarły młodo, we krwi, jak mak, który umiera zaraz po osiągnięciu szczytu swojej urody. Teraz, kiedy w Niemczech opadły liście, leżysz martwy jak one tam w kraju, który zaczynał już być twoim domem.

Martwy! I cała ta krew! Przejęło mnie to strachem, płakałem.
– Przestań płakać – powiedziała Lina – chcesz, żeby Manuel się przestraszył, przecież on cię słyszy!

Przestałem, aby ci nie przeszkadzać, a po trzech minutach Lina zaczęła strasznie płakać. Nieżywy, nieżywy, nieodwracalnie z chwili na chwilę.

Wszyscy wyciągnęliśmy rękawice, umyliśmy cię, ubraliśmy w nowe rzeczy, wyrzuciliśmy do śmieci wszystko, co zetknęło się z krwią. Cello zabandażowała ci szyję i kiedy przyszedł Abelardo, byłeś już prawie gotowy; leżałeś ubrany w swe białe spodnie i białą koszulę.

Zdjąłem ci z palca naszą ślubną obrączkę. Potrzebowałem jej, aby być wolny, aby poczuć się wolny. Potrzebowałem tego symbolu, musiałem go odebrać. Dopóki śmierć was nie rozłączy: to była rozłąka, więc odebrałem obrączkę dla swego spokoju.

Leżałeś na gąbce, na której zwykle spaliśmy z Anną. Kwiaty, które ci podarowałem, stały z twojej lewej strony, Cello przyniosła ten bukiet, który jej sprezentowałem, i ustawiła z prawej. Wyjąłem jeden kwiat i położyliśmy go razem z krzyżem na twojej piersi pod rękami.

Manuelu, leżałeś, a ja siedziałem obok ciebie, dotykając cię; wciąż jeszcze byłeś ciepły, ale już nie tak jak przedtem, nadchodził chłód, chłód śmierci. Siedziałem obok ciebie płacząc. Patrzyłem na twoją twarz; musiałem teraz, miałem teraz zacząć żyć sani. Byłeś martwy, zupełnie martwy. Twoja dusza być może nie, ale ja cię już utraciłem, zostałem sam. Nasze wspólne życie skończyło się tutaj. Płakałem z bólu, to było straszne.

Lina odmawiała różaniec. Przyglądałem ci się. Nie odezwałeś się. Leżałeś niezmieniony, bez względu na to, co robiliśmy.

Znaliśmy się dokładnie dwa lata, dokładnie dwa lata kochaliśmy się, dokładnie dwa lata należałeś do mnie, zaznałem radości dotykania cię, pogłębiania naszej intymności, kochania ciebie, życia w symbiozie, sprzeczania się z tobą, życia w jedności. Ciągle jeszcze cię kochałem, ale ty byłeś martwy.

Zrobiło się jasno, nadchodził ranek, a ty leżałeś ubrany na biało bez krwi. O wpół do dziewiątej nastąpiło trzęsienie ziemi, niezbyt mocne, ale zauważalne, przestraszyliśmy się, chwyciliśmy najważniejsze rzeczy, pieniądze, biżuterię, bilety lotnicze i zbiegliśmy na dół. Znów się uspokoiło. Na ulicy było pełno ludzi, którzy ze strachu wybiegli na zewnątrz.

Wszystko naraz: Manuel umarł, trzęsienie ziemi! Przeklinam świat. Cóż jeszcze ma mnie spotkać? Czy to wciąż jeszcze za mało, co trzeba mi jeszcze będzie przetrzymać? Bałem się o swoje życie i doszedłem do wniosku, do którego zawsze dochodzę: chcę żyć, przeżyć, nie chcę umrzeć, chcę być szczęśliwy, smutny, płakać łzami i do łez śmiać się.

Dziwne uczucie: jeszcze parę godzin wcześniej był tutaj, chory, cierpiący, ale istniał na tym świecie. Był mój. Potem zniknął z chwili na chwilę. Wprawdzie jego ciało tu leży, ale on odszedł, nie żyje. Tak trudno to pojąć. Nagle moje życie się zmieniło, Manuel już nigdy nie wróci. Teraz ponoszę odpowiedzialność tylko za siebie. Zerwanie, które nie pozostawia możliwości walki: śmierć to koniec, niepojęty koniec naszego związku.

Myśl, że jego dusza nadal żyje, trochę mi pomaga, pozwala mi mieć nadzieję na spotkanie z nim w wieczności czy też w innym ziemskim życiu. Nadzieją napawa mnie możliwość dalszego życia duszy, to że rzeczy są niezmierzone, że życie nie kończy się tak nagle, że jego granice rozciągają się od naszego doświadczenia na ziemi aż po nieskończoność. Pociesza mnie to, a jednak teraz jestem tutaj, na ziemi, sam, a ciało Manuela już nie żyje, Manuel jest martwy.

Przynieśli trumnę. Masz być spalony. Była ohydna: drewniana skrzynia obita szarobłękitnym pluszem. W jej wieko wmontowano klapkę z przezroczystym plastikiem pod spodem, przez który można cię było oglądać. Nie podobała mi się, pomyślałem, że też byś takiej nie chciał. Ale już była, poza tym to przecież wszystko jedno.

Znosiliśmy cię z naszego pokoju wąskimi schodami w dół. Twoje ciało ledwie mieściło się na zakrętach, tak byłeś stężały. Ułożyliśmy ciebie, twoje ciało, w trumnie i ustawiliśmy w jadalni na marach. Ta trumna była właściwie tylko pojemnikiem, w którym miałeś być odwieziony do krematorium. Trumny wykorzystuje się tu wielokrotnie.

Nareszcie przyszła pora. W gorączkowym ruchu ulicznym, rozdzieleni na dwa samochody pędziliśmy przez miasto i straciliśmy z oczu karawan. Tak więc sami szukaliśmy drogi. Trzymałem w ręce kwiaty i w końcu wypytując ludzi, dotarliśmy do olbrzymiego cmentarza, pośrodku którego znajdowało się krematorium.

Manuel czekał na nas wejścia. Karawan akurat tutaj zepsuł się. Dopiero później przyszło mi do głowy, że być może nie był to wcale przypadek: Manuel zawsze bał się zostawać sam, i dopiero gdy zobaczyłem, jak bez ceregieli przebiega palenie zwłok, pojąłem sens tego defektu. Z pewnością karawan przyjechałby przed nami i ciało Manuela byłoby już odstawione, zanim zdążylibyśmy jeszcze raz go zobaczyć. Karawan do połowy zdążył wjechać na cmentarz, a w połowie stał na chodniku w samej bramie.

Zaraz po naszym przyjeździe samochód zaczął działać. Kiedy byliśmy na miejscu, zapadał zmierzch. Trumnę wniesiono do budynku. Na parę sekund zostałem sam z Manuelem, potem trumnę ustawiono w windzie wyłożonej drewnem, co wyglądało tak, jakby jakaś wielka trumna połknęła trumnę właściwą.

Winda ruszyła w dół, do piwnicy budynku. Patrzyłem za nią, położyłem się niemal na podłodze, aby przez szczelinę jeszcze raz zobaczyć Manuela. Przyglądałem się, jak trumna zjeżdża na dół, jak ją otwierają i wyjmują z niej Manuela razem z prześcieradłem. Zobaczyłem, jak otworzyło się jedno oko Manuela. Spojrzał na mnie po raz ostatni swym cudownym, wielkim, brązowym martwym okiem.

I tyle. Natychmiast musieliśmy uiścić wszystkie opłaty, kasa była w tym samym pomieszczeniu. Wyszliśmy na zewnątrz. Rozpłakałem się ze złości na ten bezceremonialny pragmatyzm całej sprawy. Oto stałem z kwiatami w ręku, żal i wściekłość mieszały się z sobą. Myśląc o Manuelu, wyrzuciłem kwiaty do kosza na śmieci.

Na zewnątrz usiedliśmy obok siebie na krawężniku, komin dymił nad nami. Zapaliłem pierwszego od lat papierosa. Prawie wszyscy palili, tak jak ten komin. Płakaliśmy, każdy z osobna, i wszyscy razem. Wyczuwałem zapach Manuela, patrzyłem w gęsty dym i głęboko zaciągałem się papierosem. Manuel ulatniał się przez komin, zapadał zmrok. Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy i księżyc w pełni. Wkradał się w nas chłód, bolała mnie głowa, byłem u kresu sił, spięty i wycieńczony. Przez komin ulatywało jego cudowne ciało, unosił się ku pierwszym gwiazdom i księżycowi. Po raz ostatni księżyc w pełni zaświecił naszej miłości, tylko dla nas, po raz ostatni należał do nas, jak do wielu innych kochanków.

Teraz, dokładnie dwa lata temu, po raz pierwszy poczuliśmy siebie, zaczęło się to, co dzisiaj się skończyło. Byłem niezmiernie smutny, a jednocześnie wolałem myśleć, że jego ciało odchodzi do gwiazd, niż że miałyby je zeżreć robaki i glisty. Cieszył mnie ten ogień , ten straszliwy ogień trawiący jego piękne ciało.

Potem przestało pachnieć, Manuel był spalony. Musieliśmy zaczekać, aż nam przekażą prochy. Było zimno, poszedłem z Anną pospacerować po ciemnym cmentarzu. Moskity cięły, dowodząc nam, że żyjemy.

Przywieziono nam urnę z szarego metalu. Podobała mi się. Popiół jeszcze się żarzył, tak że musieliśmy wziąć ją przez gazetę, żeby sobie nie poparzyć palców. Zaniosłem ją do samochodu. Było straszliwie zimno, ogrzewałem się nią, twoją urną, twoim ostatnim ciepłem, które będziesz mógł mi dać. To było twoje ciało, twoja energia.

Zawieźliśmy urnę do domu i ustawiliśmy ją w pokoju, w którym umarłeś. Teraz zabraliśmy się za sprzątanie, wyrzuciliśmy do śmieci wszystkie twoje lekarstwa, wszystkie ubrania, które nosiłeś podczas choroby i wszystkie rzeczy związane twoją chorobą.

Myślałem, że głowa mi pęknie. Ulgę sprawiła mi aspiryna. Co był dzień pełen wysiłku i cierpienia. Nie mam już łez, cały składam się z bólu, który skupił się w mojej głowie.

Pościeliliśmy sobie z Anną łóżko przy urnie, która ciągle jeszcze była gorąca. Spaliśmy bardzo blisko prochów i dziwiłem się, że to mi nie przeszkadza. Wyobrażałem sobie zawsze, że urny wzbudzają grozę, ale nie odczułem jej. Nie było cię tu. Urna z prochami to już nie ty, nawet już nie twoje ciało. To więcej niż nic, to pomnik. Dotknąłem urny, poczułem ciepło i zapadłem w sen; spałem długo, głęboko i mocno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *