Poziomkowa przygoda z kuzynem (cz. 9)

Poziomkowa przygoda z kuzynem (cz. 9)

Czyjeś urodziny zawsze stawiały mnie przed ogromnym dylematem. Nigdy nie miałem pojęcia kto co chciał by dostać. Tym razem też nie miałem pojęcia, co Filip by chciał dostać na swoje. Nigdy wcześniej nie musiałem przywiązywać tak dużej wagi do prezentu urodzinowego dla niego. Rok temu, gdy już czułem do niego większą „sympatię” było mi odrobinę łatwiej a teraz… nie wiedziałem kompletnie. Jeszcze przed świętami podpytywałem się ostrożnie co by chciał, ale on zawsze odpowiadał że jedyne czego chce jestem ja. I gadaj tu z takim. A mówiono że facet wie czego chce. Może wiedział a nie chciał powiedzieć? Chyba nie tylko ja mam takie dylematy, co nie? Czy tylko ja? Możliwe, jestem jakiś inny. Chciałem znaleźć taki prezent który sprawił by mu najwięcej radości. Mógłbym zapytać też wprost co by chciał ale… nie chciałem iść na łatwiznę a przy okazji zepsuć całą niespodziankę, ten element zaskoczenia. Nie chciałem też ponieść porażki wybierając nieodpowiedni prezent,  w końcu nie raz musiałem udawać zaskoczonego czy zadowolonego z prezentów które dostawałem na przykład od rodziców. Ostatnio czytałem o osobach które swoim facetom kupują wiertarki czy skarpetki. Nie wiedziałem czy mam się nad tym głębiej zastanowić czy to wyśmiać. Wiertarkę mamy a skarpetki były by chyba zbyt chamskie. Nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Skarpetki można kupić ojcu a nie partnerowi. Chociaż ja tam mojemu ojcowi zazwyczaj kupowałem jakieś żartobliwe prezenty a nie skarpetki.

Mój dylemat naprawdę trwał długo. Cholera, że też musiał się tak wcześnie urodzić,  zaraz po świętach? Przy świętach też miałem dylemat ale o wiele mniejszy. Nie wiem kto wymyślił mit że gdy jest się w udanym związku, to sprawy jak znalezienie idealnego prezentu dla partnera jest błahostką. Wiem tylko że był wielkim kłamcą. Przyjaciel Google zawsze pomoże, ale myślicie że coś mi pomógł? Wszyscy radzili kupować takie rzeczy jak zegarek, skórzany portfel, pióro czy cyfrowe ramki na zdjęcia. Filip nie lubił nosić zegarka a miał ich parę, do swojego portfela jest przywiązany jak do niczego innego, pióra nie używa a ramkę już mieliśmy. Perfumy były nudnym prezentem, a te które aktualnie używa cholernie mi się podobały. Alkohol typu jakaś stara whisky czy wino jest dla starszych panów, a zresztą kto by chciał pić jakąś przeterminowaną whisky? Jeszcze by się zatruł. Na golarkę był uczulony, bo miał zbyt wrażliwą skórę. Krawat/koszula były zbyt drętwe. Ale za to trafiłem na coś fajnego – toaletowy golf. Była to taka zielona mata która miała przypominać trawę, którą kładło się wzdłuż ubikacji. Do tego była piłeczka i kijek, i było trzeba trafiać do dołka. Czego to ludzie nie wymyślą. Rok temu naprawdę się postarałem. To był okres gdy moje uczucie do niego kwitło – jak już wspomniałem. Dlatego też zależało mi by prezent był udany, tym bardziej że była to jego osiemnastka. Wtedy poszedłem w stronę elektryki i jako że miałem odłożone trochę kasy i do tego rodzice się dołożyli to kupiliśmy tablet o którym Filip zresztą kiedyś wspominał. Moja dobra pamięć jednak na coś się czasem przydawała.
W tym roku chciałem postawić na coś oryginalnego, tym bardziej że teraz już tajemniczo do niego nie wzdychałem. Teraz byliśmy razem. Byliśmy zaręczeni, jeśli tak to można nazwać. Wszystko to jest takie pokręcone. My jesteśmy pokręceni. I moja dobra pamięć i w tym przypadku mnie uratowała. Przypomniało mi się jak kiedyś oglądaliśmy program o ludziach którzy skaczą ze spadochronem. Śmiałem się że chyba bym umarł bo zapomniałbym otworzyć swój spadochron, ale on dodał po chwili że nawet chciałby spróbować. Pomysł ten wydał mi się idealny ale i tak musiałem się kogoś poradzić. Zadzwoniłem do Agnieszki, kompletnie bez zastanowienia. Ta to miała długi jęzor, ale było za późno bo już po pierwszym sygnale odebrała swój telefon. Była zachwycona moim pomysłem a potem specjalnie zaczęła gadać o tym czego ja się obawiałem – zapomnieć otworzyć spadochron w locie. Kazałem jej się uciszyć, przecież do tego są szkolenia. Postanowiłem działać w tym kierunku, i wypełniłem wszystkie potrzebne formalności, a resztę już sam podpisze gdy się dowie. Miałem nadzieję że prezent wypali.

Czekało mnie jeszcze wyprawienie jego urodzin. Co prawda chciał je spędzić tylko ze mną ale sam nalegałem że to w końcu  jego dzień i powinien to świętować ze wszystkimi a nie tylko ze mną. Czasami naprawdę zaniedbywaliśmy swoich najbliższych będąc ciągle razem. „Papużki nierozłączki” ulubiony tekst mojej mamy którym często nas obdarowywała. Czasem nawet miałem z tego powodu wyrzuty sumienia czy może nie przesadzamy. No ale co można zrobić w takiej sytuacji?  Sprawy przyjęcia wziąłem na siebie, bo zawsze uwielbiałem planować takie rzeczy a Filip nie miał nic przeciwko. Cieszył się że go to ominie. Kalendarz nam sprzyjał i urodziny wypadały w piątek.
Zaprosiliśmy niektórych znajomych z roku, kilku starych przyjaciół z liceum, sąsiadów z naprzeciwka i niezbyt chętnie Marcina. W sumie to w życiu bym o nim nie pomyślał ale mama narzekała że powinniśmy trzymać się razem. A niby dlaczego to już nie była łaskawa wyjaśnić. Marcin był moim kuzynem. Biologicznym, czy jak to się zwie. Pochodził od strony mojego taty i kiedyś razem z Filipem się z nim trzymaliśmy. Dawno temu. Mieliśmy może z dwanaście a on trzynaście lat? A potem Marcin zrobił się chamski, do każdego się pluł i go zlaliśmy. Wypadł z kręgu znajomych i zresztą na to zasłużył. W gimnazjum uwziął się na chłopaka z naszej klasy, Michała, takiego śmiesznego okularnika. Marcin był rok starszy więc był w klasie wyżej, i chcąc błysnąć wziął się za dręczenie młodszych i uwziął się właśnie na niego. Michał nie był żadnym mięśniakiem ani nie był cwaniakiem mocnym w gębie. Był raczej cichym i spokojnym chłopakiem. Strasznie skromnym ale przy bliższym poznaniu okazał się naprawdę świetnym kumplem. Pewnego razu gdy Marcin szarpał Michałem na korytarzu, Filip nie wytrzymał i stanął w jego obronie. Zresztą on jedyny. Każdy inny razem ze mną był mocny tylko w gębie mówiąc Marcinowi by dał sobie spokój ale to tylko Filip odważył się użyć siły by obronić Michała. Tylko tak mógł jakoś wpłynąć na Marcina. Zaczęli się bić, nauczyciel zareagował i oboje potem mieli problemy. Filip miał mniejsze i  dla niego skończyło się to tylko rozmową z rodzicami ale dla Marcina skończyło się to zmianą szkoły. Po tym wszystkim trzymaliśmy się już z daleka od Marcina a spotykaliśmy się tylko na jakichś wielkich urodzinach czy w święta u rodziców taty z którymi jakoś nie jestem zbytnio zżyty. A za to Michał kumpluje się z nami do dziś.

No więc mama biadoliła że może tak byśmy się jakoś spiknęli, bo w końcu jesteśmy rodziną i nie ma sensu rozpamiętywać spraw z sprzed lat. Byle by mieć spokój obiecałem jej że kiedyś tam do niego zadzwonię po czym ona zaproponowała niewinnie czy by może zaprosić go na urodziny. Mama zawsze była gotowa podarować komuś swoją złotą radę. Ale to nie były moje urodziny więc jej rada początkowo na nic się nie przydała, dopiero potem Filip zaproponował że to może wcale nie głupi pomysł. To on decydował więc go zaprosiliśmy. I z początku strasznie tego pożałowałem. Miałem złe przeczucia. Trochę dlatego że kiedyś był idiotą i możliwe że chował urazę do Filipa, bo to Marcin wtedy bardziej ucierpiał niż Filip. Po drugie miał przyjść Michał, chociaż w sumie o Michała nie musiałem się aż tak martwić. Michał w liceum strasznie wyrósł i zaczął trenować karate a potem zaczął grać z nami w siatkówkę. Kawał chłopa teraz z niego. Po trzecie może miał coś do mnie, w końcu byliśmy kuzynami a ja tak go zlałem wybierając tego drugiego kuzyna. No ale, kurczę, zasłużył prawda? Matko, czemu zawsze musiałem być taki wyrozumiały. Nawet po tym co odwalił na urodzinach? Gdyby wszyscy byli tak dobrzy jak ja, to by wojen i konfliktów międzynarodowych nie było. Poważnie.
Dobrze że mieliśmy jak pomieścić tyle osób. Na początku miałem obawy co do tego ale potem okazało się że miejsca było aż za dużo. Przy stole było miejsce dla każdego, a do tego wszystkiego było pełno wolnego miejsca na wygibasy i tego typu sprawy. Jednak domówka ma to coś w sobie. Bez sensu było bulić kasę za kluby czy puby jak w domu i tak wychodziła o wiele lepsza impreza. Była zabawa, alkohol, nowe znajomości i bijatyka. Czego więcej trzeba by nazwać imprezę udaną?

Filip ubrał się nieziemsko. Wręcz zniewalająco. Albo po prostu okropnie mi się podobał w każdej wersji. Już jak tylko się ubrał, miałem ochotę zedrzeć z niego tą czarną koszulę. Chociaż tak fajnej koszuli byłoby mi szkoda. No dobra, miałem ogromną ochotę w pośpiechu odpiąć ostrożnie wszystkie guziki jego koszuli. Brzmi lepiej? Wszyscy przybyli punktualnie, nasi sąsiedzi nawet odrobinę wcześniej by ewentualnie pomóc. Brakowało tylko Marcina. Jak do niego dzwoniłem, a nie dzwoniłem od dwóch lat, mówił że przyjdzie. Myślałem że może zmienił zdanie. Michał żartował że pewno się przestraszył po czym napiął swoje mięśnie. Zaczęliśmy bez niego. Dzwoniłem ale w telefonie słyszałem tylko paplanie irytującej baby. Operator  zniechęcał do skorzystania z ich usług. Zabawa trwała w najlepsze aż zadzwonił dzwonek do drzwi. Przez chwilę myślałem że to jakaś wścibska sąsiadka ale okazało się że to Marcin. Zmienił się od czasu kiedy ostatnio go widziałem. A widziałem go jakoś we wrześniu na imieninach babci. Przeprosił za spóźnienie po czym złożył życzenia Filipowi. Wszystko to wyglądało normalnie. Potem przedstawił się innym i ścisnął dłoń Michałowi. No jakoś to było przez chwilę czy dwie.
Aśka miała już nieźle wlane i zaczęła świrować. Wszyscy się z niej naśmiewali a ja poszedłem pogadać z Marcinem. Nie chciałem by czuł się nieswojo. Stanęliśmy w przedpokoju.  Na pierwszy rzut oka wydawało się że się zmienił.  Nie był już taki porywczy, chamski. Po prostu dobrze grał. Przez moment nawet poczułem jakąś tęsknotę za czasami gdy byliśmy blisko.  Marcin, ja i Filip tworzyliśmy kiedyś naprawdę zgraną ekipę. Przez chwile tylko na siebie zerkaliśmy. – I co tam u ciebie?, zapytałem by przerwać niezręczną ciszę. – Do przodu. Studia, praca, podobnie jak wy, odpowiedział. – A jakieś szczegóły?, zapytałem ponownie już wyluzowany. – No… , zamyślił się. – Niedawno temu wyprowadziłem się od mamy, razem z kumplem wynajmujemy mieszkanie, zresztą dwie ulice dalej od was. Na studiach jakoś idzie, ale sam wiesz że nie jest łatwo. A tak po za tym to nic takiego, ciągle po staremu. A u ciebie jak? – Do przodu, zaśmiałem się. – Raz gorzej raz lepiej, są dni że nie mam na nic czasu,  jestem ciągle zabiegany. Sam zresztą wiesz. A ostatni rok to już w ogóle był pokręcony. – No wiem, byłeś tematem numer jeden u nas w domu przy obiadkach. – To dobrze czy źle?, zaśmiałem się czerwieniejąc. – No zależy czy odtrącenie swojego kuzyna by móc się pieprzyć z tym drugim jest dla ciebie dobre, odpowiedział z wyrzutem.

Poczułem wtedy złość. Nie miał prawa tak mówić, nie w ten sposób. Moje serce przyśpieszyło a poczucie złości wzrastało. Jednak nie chciałem wybuchnąć i próbowałem zachować spokój. Był porywczy i czasem mówił to co mu ślina na jęzor przyniosła. Przyzwyczaiłem się już do tego.- Nie mów tak, bo wcale tak nie było. Nie odtrąciłem cię, powiedziałem spokojnie mimo że miałem ochotę walnąć wiązanką przekleństw za to jak się odezwał. – Odtrąciłeś, a najgorsze jest to że odrzuciłem swojego, spokrewnionego dla jakiegoś przyszywanego. – A no tak bo byłeś bez winy, prawda? To ja plułem się do każdego na korytarzach i to ja prześladowałem innych? – Chuj z tym, to było miliony lat temu. Potem nie byłeś łaskaw się odezwać, mimo że tyle razy próbowałem, odparł ze złością.

W tamtej chwili czułem złość, zgadza się, ale przede wszystkim czułem żal. Zrobiło mi się głupio. Miał trochę racji, bo próbował. A ja te próby olałem. Byłem głupi. Jestem. Do teraz mam wyrzuty sumienia. – Przepraszam no, odparłem łamliwym głosem kładąc swoją rękę na jego ramieniu. – Możesz sobie wsadzić te przepraszam tam gdzie on ci wkłada, wysyczał ze złością patrząc na Filipa. – Przestań. –  Zabieraj tą łapę, powiedział po czym strzepnął ją ze swojego ramienia. – Marcin… , zacząłem lecz po chwili głos Filipa mi przerwał. – Jakiś problem?, zapytał Filip zerkając na rozzłoszczonego Marcina. – Aktualnie to ty nim jesteś, odpowiedział Marcin. Stałem tam i byłem kompletnie bezradny. Nogi mi się uginały a oni się kłócili. Dobrze że inni świetnie się bawili i nie zauważyli naszego zniknięcia. – Uspokój się, powiedział poddenerwowany Filip. – Bo co mi zrobisz? Pobijesz mnie jak wtedy? Już się boję.
I wtedy się zaczęło. Zaczęli się przepychać po przedpokoju aż Marcin zamachnął się z pięścią. Na reakcje Filipa nie było trzeba czekać długo i po chwili mu oddał. Panicznie próbowałem ich rozdzielić aż sam w końcu dostałem po twarzy, raczej przez przypadek. „Nie wtrącaj się miedzy wódkę  a zakąskę” powiadała mama. Ale w tej sytuacji musiałem. W końcu mi się udało ich rozdzielić. Marcin spojrzał tylko na mnie po czym wybiegł z naszego mieszkania. Wyszedłem na klatkę wołając za nim ale bez skutku. Zamknąłem drzwi  i podszedłem do Filipa. Zaczął mnie przepraszać no ale nie miał za co, to nie on zaczął. Przytulił mnie po czym dokładnie obejrzałem jego twarz czy nie został mu żaden ślad.

Poprosiłem by wrócił do pokoju a sam się udałem do łazienki, musiałem jakoś odreagować. W lustrze zauważyłem jak mój policzek jest czerwony od uderzenia. Póki tego nie zobaczyłem to nic nie czułem. Piekł okropnie a ja otworzyłem okno i wyciągnąłem papierosy z mojej kryjówki za klozetem. Paliłem tylko wtedy gdy się wkurwiłem. A Filip zawsze narzekał że karmię raka więc potajemnie podpalałem w kryzysowych sytuacjach. Gdyby wszyscy tak palili jak ja to by papierosów nie produkowali. Otworzyłem okno na rozcież i usiadłem na parapecie odpalając papierosa. Było okropnie zimno ale wcale mi to nie przeszkadzało. Razem z pierwszym zamachnięciem pociekły mi łzy po policzkach. Miałem słabe sumienie. Wyrzuty sumienia mnie zżerały.  Czułem się okropnie. Czułem się winny. Zastanawiałem się co z Marcinem. Zastanawiałem się co sobie myśli Filip. Tego wszystkiego było już za dużo. Szybko spaliłem pierwszego i wyciągnąłem drugiego. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy z tego że on to tak postrzegał. Że tak go uraziłem. Olałem go, ale nie myślałem że aż tak bardzo go to uraziło.

Nienawidziłem siebie gdy ktoś chował do mnie urazę. Ta część mojej psychiki była naprawdę słaba. Mieliśmy jakoś odnowić znajomość a znacznie ją pogorszyliśmy. Kolejna rodzinna afera. Już miałem tego serdecznie dosyć. Najpierw matka Filipa teraz on. Ciekawe kto jeszcze. Spaliłem jeszcze trzeciego po czym odłożyłem fajki w bezpieczne miejsce. Muszę uzupełnić zapasy i zmienić kryjówkę. Sprawdziłem czy mój policzek wciąż jest czerwony i wróciłem do gości. Filip zapytał czy wszystko dobrze po czym próbowałem się rozluźnić. Wypiłem drinka duszkiem i na chwilę zapomniałem. Wtedy to nie moje wyrzuty były najważniejsze tylko Filip. To był jego dzień a nie dzień moich zmartwień. Potem już alkohol mi nie wchodził i po prostu świrowałem z Aśką która ledwo już się trzymała.

Przynajmniej prezent mi się udał. Żałujcie że nie wdzieliście jego miny. Tego to się nie spodziewał. Dziękował chyba z dziesięć minut. Przynajmniej tego nie spieprzyłem. Ciekawe jaką minę by zrobił gdyby dostał skarpetki, he he. Śmiał się że podniosłem wysoko poprzeczkę, i nie będzie wiedział co mi sprawić na urodziny. Zacytowałem go i odparłem że jedyne co chce to jego obok siebie. Około drugiej większość już odpadała i wracali do domów. Ogarnęliśmy trochę i rozsiedliśmy się na sofie. Jego ramiona znów stały się lekarstwem. Zaskoczyło mnie pukanie do drzwi. Myślałem że pewno której z imprezowiczów czegoś zapomniało. Otworzyłem drzwi a tam ku mojemu zdziwieniu stał nie kto inny jak Marcin. Nie zdołałem wydusić z siebie żadnego słowa, za to on szeptem przeprosił i mnie przytulił. Mocno. Nazwałem to uściskiem tęsknoty. Staliśmy tak przez chwilę w przed pokoju. Powtórzył jeszcze „przepraszam” kilka razy. A potem jeszcze kilka razy gdy dołączył do nas Filip. Przestraszyłem się że znów się na siebie rzucą, a Filip po prostu przytulił nas oboje. Przypomniało mi się gdy podobnie zrobiliśmy tak w przeszłości. Ale nie pamiętam dokładnie dlaczego. Ulżyło mi wtedy. Zaprosiliśmy go do środka i po chwili zrobiliśmy to co kiedyś lubiliśmy najbardziej – zagraliśmy w makao. A graliśmy do piątej rano.

Filip rozścielił mu w naszym salonie, w sumie to w większym pokoju ale nazywaliśmy go salonem i sami poszliśmy się położyć. Byłem okropnie zmęczony i śpiący ale coś nie mogłem zasnąć z początku, Filip też. Leżałem na jego torsie a on jeździł palcami po moim nagim ramieniu. – Dziękuje, powiedział po chwili. – Za co znowu?, zapytałem żartobliwie. – Za prezent, za przyjęcie. – No to ja też ci dziękuje. Za możliwość zrealizowana go i za to że zamiast go wyrzucić to się z nim pogodziłeś. – Nawet mi to przez myśl nie przeszło, powiedział próbując być przekonujący. – Jasne, odparłem. – A obiecasz mi coś?, zapytał. – Cóż takiego? – Rzucisz w końcu?
Jednak mój kamuflaż był marny. Rzucę, tylko jeszcze nie wiem kiedy. Zresztą nie mam co rzucać, palę tylko gdy się zdenerwuję. A mam nadzieję że nie będę miał do tego zbyt dużo okazji. A zresztą rzucam za każdym razem, zapalam i rzucam. Więc o co takie wielkie halo?

Wstaliśmy po dwunastej. Coś tam jęczałem że znów się odzwyczaję od normalnych por wstawania. Marcin już nie spał. Chciał się już zwijać, ale go nie puściliśmy. Zjedliśmy razem śniadanie po czym razem wybraliśmy się na lodowisko. Oni to umieli jeździć a ja… Było to moje ulubione lodowisko i wszyscy mnie tam znali. Gdy tylko wjeżdżałem na lód, ludzie ustępowali mi miejsca bym nie mógł się z nimi zderzyć. Było to idealnie rozwiązanie bo miałem dużo miejsca, a gdy znajomi narzekali że jest tu strasznie tłoczno mogłem z dumą odeprzeć że dla mnie zawsze jest miejsce. Marcin i Filip się ze mnie naśmiewali gdy upadałem a potem poszliśmy na piwo.  Żałowałem że tyle lat nam przemknęło koło nosa, że tyle lat poszło na zmarnowanie. Ale nie ma co rozmyślać co by było gdyby. Myślę że przez ten dzień nadgoniliśmy z minimum dwa lata. Było jak po staremu, tak jak kiedyś. No to mama będzie zadowolona. Ale tak poważnie, to najbardziej zadowolony byłem ja że to wszystko tak się skończyło.
Koło wieczora byliśmy już w domu, w końcu. Wszędzie dobrze ale.. Byłem tak zmęczony nic nie robieniem że rozwaliłem się na sofie przed telewizorem.  Jak zwykle nic nie było. Nie wiem jaki sens jest mieć w domu telewizję jak i tak tam nigdy nic nie ma?  Długo spokojnie sobie nie poleżałem bo zaraz Filip musiał mi się wepchnąć w nogi. Pomarudziłem ale było całkiem przyjemnie moim nogom na jego kolanach. Długo nie wytrzymałem i po jakiejś chwili zacząłem jeździć stopą po jego kroczu. Szeroko się uśmiechał  ale udawał że nie zwraca uwagi na mnie i moje stopy. Może on nie zwracał na mnie uwagi ale jego „wódz” na pewno.  – Wygrałeś, powiedział gdy przywarł swoim ciałem do mojego. Ostatnio dla żartów założyliśmy się kto dłużej wytrzyma bez chęci na seks. Upierałem się że spokojnie dałbym radę no ale cóż, sami widzicie. Jego gorące dłonie powędrowały pod moją koszulkę, już czułem się rozpalony i niesamowicie podniecony. Chętny wrażeń i bliskości. Swoje dłonie zaś założyłem na jego karku gdy mnie całował. Uwielbiałem jego piękne czerwone usta. Kochałem je.

Nie musiałem długo czekać aż jego chętne wrażeń dłonie zdjęły moją koszulkę. Przywarł ustami które tak kochałem do mojego nagiego brzucha i starannie całował każdą jego część idąc wciąż w górę. Moje zniecierpliwione sterczące z wrażenia sutki były strasznie niecierpliwe, ale w końcu doczekały się nagrody za cierpliwość. Robił to tak delikatnie a zarazem tak cudownie. Wiedział jak mnie rozgrzać i podniecić. Gdy już nagrodził niecierpliwców, ruszył ustami w dół. Szybko przejechał po brzuchu który nie tak dawno obdarował niesamowitymi pocałunkami i na chwilę się zatrzymał rozpinając mi guzik od spodni. Kompletnie mu się oddałem przeczesując jego włosy które kochałem równie mocno jak jego usta. Nie było chyba żadnej rzeczy której w nim nie kochałem. Zamknąłem oczy i pozwoliłem by moje ciało wypełniło się rozkoszą którą mnie obdarowywał. Rozkosz wypełniła całe moje ciało, każdy najmniejszy zakamarek. Rozpływałem się. Jego usta nie tylko w całowaniu zasługiwały na jakąś wybitną nagrodę. Dokładnie i starannie rozpieszczał swoimi ustami mojego małego przyjaciela. Był w tym mistrzem… może nawet i olimpijskim? Jeśli miałbym patrzeć na te jego umiejętności względem olimpiady to uwierzcie mi… miał u mnie gablotę pełną złotych medali. A one wciąż przybywały. Jego dłonie puściły mojego przyjaciela by móc jeździć po mojej klatce piersiowej. Wcześniej zniecierpliwione sutki zostały dziś ponownie nagrodzone – tym razem jego dotykiem. Po całym ciele przeszły mnie przyjemne dreszcze. Dreszcz ekstazy, całkowitego podniecenia. Miałem ochotę na więcej i więcej. Było to jak narkotyk. Im więcej się brało tym więcej potem się chciało. Moje ciało domagało się więcej. Delikatnie się podniosłem i zdjąłem jego koszulkę, po czym odrzuciłem ją za siebie. Kontynuował swoje dzieło sztuki gdy ja jeździłem opuszkami palców wzdłuż jego rozpalonych pleców. Kolejna rzecz którą tak kochałem. Były takie idealne, niemal jak by były świeżo wyretuszowane w jakimś programie graficznym. Mogłem je całować dniami i godzinami ale wtedy musiałem zadowolić się tylko możliwością ich dotyku. Poczułem jak moje ciało się odpręża, uczucie orgazmu wchodziło w finałowy etap. Z niechęcią przeniosłem swoje dłonie z jego pleców na jego głowę po czym bardziej go do siebie dociskałem. Głośno westchnąłem i znalazłem się w moim własnym siódmym niebie. Nie chciałem nic słyszeć, czy widzieć, kompletnie straciłem kontakt z rzeczywistością na ten moment. Nikt inny nie umiał doprowadzić mnie do takiego uczucia.

Podniosłem się a nasze usta żądne namiętności się spotkały. Na samym początku całowaliśmy się strasznie łapczywie, jak byśmy nie umieli się sobą nacieszyć. Dopiero po chwili wkradła się namiętność i spokój… w końcu mieliśmy przed sobą całe życie na to. Cudownie jest być tego pewnym. Wstałem i pociągnąłem go ze sobą. Zsunąłem jego spodnie razem z bielizną i popchnąłem z powrotem na sofę. Ależ był podniecony. Było to czuć i… widać. Usiadłem w jego kroku i pozwoliłem naszym ustom znów się złączyć. Opatulił swoje dłonie na moich plecach, nie tak perfekcyjnych jak jego a ja pieściłem jego szyję. Czułem jak jego penis się wzdryga, próbując zwrócić na siebie uwagę. Nie wytrzymując już ani chwili dłużej zsunął swe dłonie z moich pleców by pobawić się w mojego autopilota, tak by mógł ostrożnie wejść. Nasz taniec dusz uważałem za rozpoczęty. Nasza przepustka do ogrodu miłości… Cóż za rozkosz, cóż za przyjemność. Czułem się jak byśmy nie robili tego wieki. Filip czuł chyba to samo i z rozkoszy pozwolił swojej głowie opaść na sofę. Przywarłem swoją głową do jego i zacząłem swój taniec. W przerwach między całunkami wydobywaliśmy z siebie prze najróżniejsze dźwięki. Było mi tak dobrze. Znów chciałem więcej, szybciej. Kompletnie oddałem się zachciankom mojego ciała, zachciankom mojej fantazji.  Próbowałem zadowolić swojego ukochanego i świetnie mi to wychodziło. Byliśmy idealnie dopasowani pod każdym względem. Jestem wielkim szczęściarzem.

Szybko obdarował mnie tym co tak bardzo uwielbiałem. Moje ciało wypełniło się jego cudownym i gorącym płynem. Wypełniło każdą pustkę i każdy zakamarek mojego ciała. Powiem wam ze nic nie robienie przez cały dzień naprawdę jest męczące, bo na nic więcej nie mieliśmy siły. Leżeliśmy na sofie przytuleni pod kocem rozmawiając o następnym tygodniu po czym odpłynęliśmy. Przebudziłem się po jakichś dwóch godzinach. Na ekranie telewizora jakiś facet straszył drugiego pistoletem. Z trudem wyswobodziłem się z jego uścisku i wyłączyłem telewizor. Był taki piękny gdy spał. Na chwilę przyklęknąłem przy sofie, podziwiając go.  – Mam co do pana bardzo poważne zamiary, panie Filipie, szepnąłem po czym musnąłem wargami jego nagie plecy i przykryłem go. Ubrałem się, i przypadkowo założyłem jego koszulkę. Zorientowałem się po chwili ale zdecydowałem się jej nie zmieniać, uwielbiałem jej zapach. Ogarnąłem się i wziąłem Borysa na wieczorny spacer. Cholera, od jednego dylematu do kolejnego. Zbliżała się nasza rocznica a ja nie miałem żadnego pomysłu jak ją uczcić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *