Poziomkowa przygoda z kuzynem (cz. 10 – ostatnia)

Poziomkowa przygoda z kuzynem (cz. 10 – ostatnia)

Muszę przyznać że jeśli chodzi o rocznice i te sprawy to w związkach heteroseksualnych ta sprawa jest chyba ciut łatwiejsza, bo to zazwyczaj facet musiał rozmyślać jak tu zrobić przyjemność swojej partnerce.. ale co zrobić jak jest dwóch facetów? No właśnie, też bym chciał się dowiedzieć. Nie miałem pojęcia jak tak ważny dzień uczcić. Pewnie, najchętniej udałbym się do Zakopanego ale to niestety nie było możliwe w trakcie wykładów, pracy i innych obowiązków. Trochę zrobiło mi się tęskno za czasami liceum, gdy nie było trzeba martwić się o tego typu sprawy. Podobnie jak przy urodzinach Filipa tak i teraz długo się nad tym głowiłem. Chciałem wymyślić coś oryginalnego i godnego tak ważnej dla nas rocznicy.

– Marcin no, ty zawsze lubiłeś fantazjować więc mi pomóż, poprosiłem swojego kuzyna korzystając z okazji że Filipa nie było w domu.

– No nie wiem. Nigdy nie fantazjowałem gdzie bym zabrał faceta na rocznicę, powiedział rozbawiony.

– Śmieszne, odrzekłem sarkastycznie.

– Wiem, odpowiedział jeszcze bardziej rozbawiony.

A jednak prawda że z rodziną to tylko na zdjęciu. Agnieszka też na nic się nie przydała, mimo że zawsze paliła się doradzać tacie gdzie zabrać mamę. Pewno knuła z Filipem i dlatego nie chciała mi pomóc. Byłem już u kresu załamania nerwowego, gdyż termin się zbliżał a ja wciąż nic. Pewnie, mogłem zarezerwować miejsce w jakiejś restauracji Francji i elegancji ale nie wiem kto by chciał w swoją rocznicę jeść. Przynajmniej w naszym wieku. Ok, jeść można było przy okazji czegoś. Ale tak samo żarcie wydawało mi się bezsensowne. Jakiś kotlet czy ratatuj nijak miał się do naszej rocznicy. Wyjście do kina też było jakieś drętwe, tym bardziej że teraz dobrego filmu to można było ze święcą szukać. A może mu kupić sześciopak i bokserki? Nie nie, na to sam nie wpadłem, wiecie.. Internet. Najchętniej wybrałbym się z nim na bezludną wyspę, gdzie nikt by nam nie przeszkadzał. Chociaż na ten jeden dzień. Zbudowalibyśmy swój domek z liści i patyków, zbudowalibyśmy naszą własną tratwę by móc pływać na ryby. Miałem idealny plan na długo przed świętami jaką niespodziankę mógł bym mu sprawić ale mnie uprzedził tymi oświadczynami.

– Ożeń się z nim. Czy wyjdź za mąż, czy jakkolwiek to nazwać, powiedział Marcin po chwili.

– Widzę że humor ci dopisuje, odpowiedziałem.

– Mówię całkiem poważnie.

– Ciekawe jak miał bym to zrobić, powiedziałem nadał myśląc że żartuje.

– No normalnie. Kupiłbyś obrączki, zrobił coś do jedzenia, wyłączył wszystkie telefony, a jak to zrobisz to już musisz sam sobie wymyśleć.

– Głupi jesteś, a co jak nie będzie chciał? , zapytałem biorąc ten pomysł coraz poważniej.

– Gdyby nie chciał to by ci się nie oświadczał. Jesteście tak pokręceni że to pomysł wręcz idealny dla was, więc nie ma za co.

– Dzięki, powiedziałem po dłuższej chwili którą zużyłem na obmyślenie tego planu.

– Do usług, odpowiedział znów rozbawiony.

– Uściskał bym cię z wdzięczności, ale nie chce dawać ci szans na gorący trójkąt kuzynowski.

– Ba, wiedziałem że też o tym kiedyś myślałeś, odpowiedział rechocząc.

– Głupi jesteś.

Coraz poważniej zacząłem rozmyślać nad tym planem ale kompletnie nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Dni nadal leciały, nie mogłem zrozumieć jak to tak szybko zlatuje. Nie miałem pojęcia jak by to przed nim zakryć a nawet nie wiedziałem czy chce, bo w końcu sam musiałbym wybrać obrączki. Ta, pewnie, ufał mojemu gustowi ale wiadomo. Na tydzień przed rocznicą w końcu się go zapytałem czy może coś planuje, powinienem zapytać już dawno temu czy on mnie. W końcu nie miał to być dzień niespodzianka tylko nasza rocznica, więc może źle się do tego zabrałem. Powiedziałem żeby tym razem się nie głowił bo planuje coś większego, i było to błędem bo wiercił mi strasznie dziurę w brzuchu. Z chęcią zdecydowaliśmy że w dzień rocznicy zrobimy sobie wagary.

Dzień przed rocznicą był okropny, nie dość że w pracy mnie wszyscy wkurzali swoją obecnością to jeszcze się posprzeczałem z Filipem. Wiem wiem, moja wina, niepotrzebnie wyżywałem się na każdym dookoła. Był taki uroczy gdy się na mnie gniewał, mówię wam. Kręcił się i zakręcał, lekko mnie szturchał i próbował się nie uśmiechać. Nie potrafił się zbyt długo gniewać. Tym razem chyba pobił rekord bo nie odezwał się słowem aż się nie położyliśmy. Chciałem się podrażnić i zostawiłem go samego przed telewizorem i poszedłem się położyć. Po pięciu minutach już leżał po swojej stronie próbując zwrócić na siebie uwagę. Wiedziałem że już dłużej nie wytrzyma i specjalnie ściągałem mu kołdrę. Miałem rację, po chwili odwrócił się do mnie i ucałował w policzek.

– Wybaczam ci, powiedział.

– Wiedziałem że nie wytrzymasz.

– Za bardzo cię kocham żeby się gniewać, odrzekł po czym znów musnął wargami mój policzek.

– A kochasz mnie na tyle by wziąć ze mną wariacki ślub?

– Mówisz poważnie czy to jeden z tych twoich żarcików?

– Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie, powiedziałem rozbawiony. – Tak poważnie pytam.

– I co rozumiesz przez określenie wariacki?, zapytał zaciekawiony.

– Nie chcę już czekać, nie chcę humanistycznego, cywilnego raczej nie dożyjemy. Nie chcę tłumu ludzi, obietnic i rzucania ryżu. Chcę po prostu włożyć Ci obrączkę na palec, nazywać swoim mężem i być w stu procentach pewny że zostaniesz ze mną na zawsze. Pasuje takie określenie?

– Pewnie, odpowiedział po czym mnie pocałował.

– To jak?

– Może. Muszę się zastanowić czy chcę spędzisz resztę życia z twoimi zimnymi nogami, powiedział rozbawiony.

– Wcale nie są zimne, powiedziałem oburzony po czym przyłożyłem je do jego nóg.

– Kostnica, odrzekł krótko.

– No to mnie przytul bałwanie.

– Sam jesteś bałwan, powiedział wtulając się we mnie.

Ten rok był naprawdę przepiękny. Minął tak szybko i niezauważalnie. Tyle się zdarzyło, tyle się zmieniło. Nie żałowałem niczego, niczego bym nie zmienił. Niezależnie od tego że było pełno dobrych chwil i trochę tych złych to wcale bym się ich nie pozbył. Wzmocniły nas. Zmądrzeliśmy. Dorośleliśmy. To wszystko nauczyło nas wiele rzeczy. Okropnie kochałem tego faceta. Nie wyobrażałem sobie życia bez niego. Gdyby odszedł, odszedł bym i ja. Nie ma mnie bez niego. Chcę żeby zawsze było między nami tak dobrze jak było w trakcie tego roku. Znaliśmy się na wylot, wszystkie wady, zalety. 8 lat przebywania ze sobą przed związkiem jednak ma dużo do powiedzenia. Na początku miałem pewne opory bo w końcu byliśmy tymi kuzynami, może nie biologicznymi ale jednak. Chociaż może zamiast słowa kuzyn powinienem nazywać go przyjacielem? Nie wiem, najważniejsze jest to że jestem szczęśliwy. Że my jesteśmy szczęśliwi. Że się kochamy. Połączyło nas coś cudownego i za żadne skarby nie umiałbym z tego zrezygnować. W biedzie czy chorobie. Przewrócił moje życie do góry nogami, pokazał mi piękno, miłość i nauczył wiary w ludzi. Dzięki niemu stałem się lepszym człowiekiem. Nauczył mnie doceniać to co mam, nie żałować czegoś co straciłem. Wstawałem i kładłem się u boku najwspanialszego człowieka jakiegokolwiek było mi kiedykolwiek dane poznać.

Pani jubilerka za ladą wybrała nam piękne obrączki z białego złota. Bałem się że nasze oszczędności nie wystarczą ale niepotrzebnie. Pojechaliśmy nad morze razem z Borysem. Zamiast przed jakimś ołtarzem czy sztywnymi urzędnikami ubrani jak na własny pogrzeb, zrobiliśmy to w zimnie, wietrze, przetartych dżinsach i psem skaczącym na nas spragniony zabawy. Nie było żadnych wielkich obietnic, większość rzeczy już dawno sobie obiecaliśmy. „Na zawsze razem” to była nasza jedyna obietnica tamtego dnia. Jestem pewny że się spełni. Pięknie wyglądał z tą obrączką na sobie. Pani jubilerka miała rację – doskonały wybór. Pobawiliśmy się z Borysem i pojechaliśmy do sklepu po zakupy. Nie byliśmy wybitnymi kucharzami, a najlepiej wychodziły nam dania z makaronem więc zdecydowaliśmy się na.. spaghetti. Śmiałem się z naszego wyboru ale to zupełnie wystarczyło. Borys zajął pozycję do spania na swoim fotelu a ja zacząłem tworzyć. Nie radziłem sobie więc mi pomógł. W ogóle masakra, nie poradzić sobie ze spaghetti. Cofam to co powiedziałem, to ja nie jestem wybitnym kucharzem. Ba, wcale nim nie jestem. Za to mój mąż.. Stał przy kuchence i tak doskonale radził sobie z tym z czym ja nie potrafiłem. Położyłem swoje dłonie na jego brzuchu i go objąłem. Był taki cudowny. Uwielbiałem mu przeszkadzać. Wyłączył kuchenkę i zabrał mnie do sypialni.

Całowaliśmy się namiętnie, wręcz zachłannie. Chciałem jak najwięcej. Zaczął mnie rozbierać. Ciuchy wirowały po całym pokoju. Nasze ciała ocierały się o siebie, żądne połączenia. Oparł mnie o ścianę i nadal całował. Całował w ten sposób jaki najbardziej uwielbiałem. Był w tym mistrzem. Zresztą w czym on nim nie był? Odwróciłem się tyłem do niego. Chciałem już go mieć w sobie, chciałem znów być z nim połączony. Długo nie musiałem czekać. Zaczął masować moje ciało swoimi dłońmi. Muskał wargami mój kark i plecy. Zjechał swoimi dłońmi niżej. Jego palce rozszerzyły moje pośladki. Delikatnie wbił się we mnie. Dreszcz zawitał. Oparł swoją głowę o moje ramię i zaczął swoje przedstawienie. Jak zwykle grał w nim główną rolę, a ja chyba lubiłem gdy to on grał tą główną rolę. Uwielbiałem jego koleżkę a do tego w sobie. Miał przepiękny napletek. Ogólnie uroda jego koleżki zawsze mi imponowała, był przepięknym zjawiskiem. Był taki delikatny a zarazem tak silny i twardy. Moje kochane osiemnaście centymetrów rozkoszy pokazywało na co je stać. Całował mnie po szyi i ramieniu, przyśpieszając.  Jedną rękę oderwałem od ściany by móc głaskać nią mojego męża. Chyba nigdy mi się to nie znudzi.. nazywanie go mężem. Spowolniłem go by móc cofnąć się z nim do tyłu. Położył się na łóżko a ja przejąłem od niego pałeczkę. Czułem jego dłonie masujące moje plecy gdy go ujeżdżałem. Rozkosz doszła do strun głosowych. Dłońmi przyciągał mnie do siebie. Delikatnie przechyliłem się do tyłu, kładąc się na nim. Jego dłonie krążyły po moim torsie a on znowu rozdawał karty. Złapałem własne dziewiętnaście centymetrów rozkoszy i lekko pieściłem. Czasami przejeżdżał swoimi dłońmi w dół by właśnie o niego zahaczyć. Po chwili eksplodował. Był taki uroczy gdy kończył. Śmiesznie dyszał a jego przyjaciel podrygiwał. Ciepły płyn mnie wypełnił. Tak jeszcze chwile poleżałem na nim gdyż strzepnął moje dłonie i sam zajął się moim przyjacielem. Dokładnie wiedział jak mi najlepiej.

Położyłem się na wprost. Od razu do mnie dołączył, chwytając mojego penisa. Lekko go poślinił nadal obciągając. Głaskałem go. Całował wszystko dookoła. Podniósł się, rozkraczając nad moim brzuchem by potem wsiąść na mnie. I tak właśnie zrobił. Poczułem jeszcze większą przyjemność niż przed chwilą. Jego jękniecie mnie strasznie podnieciło. Ujeżdżał mnie tak cudownie. Moje dłonie nie mogły nacieszyć się jego ciałem. Jego sapanie i jęki coraz bardziej mnie podniecały. Kompletnie odleciałem z przyjemności. Nie umiałem opanować swoich strun głosowych, wcale nie chciałem. Widziałem jaki był zadowolony. Jego dłoń powędrowała za jego plecy by potem móc pieścić moje jądra. Czułem jak moja armia plemników wsiada do armaty by zaraz wystrzelić. Filip chyba też to wyczuł bo bardzo przyśpieszył. Znów odleciałem. Gdy trysnąłem, Filip z rozkoszy opuścił swoją głowę po czym padł na mnie. Całował moje policzki strasznie zdyszany.

Dałem mu trochę odpocząć, delikatnie pieszcząc jego wpół wzwodzie penisa. Upewniałem się by nie ominąć żadnego miejsca. Lekko drażniłem jego napletek końcówką języka.  Robił się większy i większy w moich ustach. Mój mąż już wypoczął. Podniósł się i objął moją szyję. Nasze wargi się połączyły. Tym razem całowaliśmy się już na spokojnie, namiętnie. „Jakościowo a nie ilościowo”  jak powiadał mój mąż. Usiadłem w jego kroku nadal go całując. Bez żadnego pośpiechu majstrowałem by jego koleżka we mnie wszedł. Po chwili mi się to udało. Nadal się całując, powoli dostarczałem nam rozkoszy. Od czasu do czasu odlepiał się od moich warg by móc całować mój tors czy się do mnie bardziej przytulić. Oboje się zmęczyliśmy.

Położyliśmy się i nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Obudziło mnie gilgotanie po twarzy. To Filip głaskał mój policzek.

– Cześć mężu, powiedział gdy otworzyłem oczy.

– No cześć mężu, odpowiedziałem.

– Jak tam?, zapytał.

– A nic takiego. Od dziś mam męża, mówiłem ci?

– Od wczoraj, uśmiechnął się.

– A tam jak?

– Głodny jestem, powiedział po czym usłyszałem burczenie jego brzucha.

Ubrał się i zabrał Borysa na dwór. Sam też wstałem i odgrzałem spaghetti. Znów siedzieliśmy do rana i postanowiliśmy przedłużyć nasze wagary o jeszcze jeden dzień. Szkoda że musieliśmy iść do pracy na popołudnie. Byłem okropnie szczęśliwy, a nikt nawet polityk, ksiądz czy homofob nie mógł mi tego zabronić czy odebrać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *