Parafialny outsider

Parafialny outsider

Do Kościoła Józek wszedł jak zwykle. To znaczy najciszej, jak tylko potrafił. Mimo to kilkaset par oczu skierowało się w jego stronę. Ot, chamy – pomyślał zajmując jednocześnie miejsce w ostatniej ławce – zawsze wiedzieli, że przychodzę się modlić, a tylko ten raz zechcieli zerknąć. Posłał im najszczerszy z możliwych uśmiech i przystąpił do zwyczajowej modlitwy.

Zamierzał udać się do spowiedzi, to i stosownej przed tym ceremoniałem modlitwy zaczął poszukiwać w książeczce do nabożeństwa. Znalazł. Zaczął się modlić. Nie wiedział czemu, ale zawsze w takiej chwili zamykał oczy, jakby wierząc, że w ten sposób szybciej uchwyci kontakt z Najwyższym. Kiedy je otworzył, tuż koło łokcia znalazł karteczkę zapisaną nieporadnie jednym słowem: pedzio. Zamierzał natychmiast wrzasnąć: NIE JESTEM ŻADEN PEDZIO! Tylko Józek.

Nie zdążył. Koło ołtarza rozległ się dzwonek spowodowany przez jednego z małych ministrantów, a zaraz za tą czeredą przed ołtarz wyszedł proboszcz. Józek uwielbiał, może nie do przesady, patrzeć na księdza, bo był ładny. Wysoki i przystojny, choć już nie całkiem młody. Trochę, jak czasem w zadumie oceniał Józek, inny od ideału pożądanego w ogłoszeniach wyczytywanych w różnych rubrykach towarzyskich, szczególnie w gazetach sprzedawanych w ich wiosce spod lady.

W kościele Józek zawsze siada w ostatniej ławce albo też staje przy drzwiach, bo nie cierpi, kiedy inni patrzą na niego z tyłu. Woli na innych patrzeć z tyłu. Choć teraz, ocenia, ludziom się całkiem we łbach popierdzieliło, nie patrzą na proboszcza, tylko raz po raz łby przez ramię okręcają i patrzą na niego, jedną z trzech tysięcy owiec w stadzie miejscowego duszpasterza. W końcu nie wytrzymał i z przeciągłym „yyyyyyyyyyyyyyyy” pokazał im język.

Poskutkowało. Przestali patrzeć jak na komendę, a przy okazji kilka starych bab przywdziało obrażone miny i Józek był przekonany, że tuż po mszy zaczną na niego warczeć już na drodze kościelnej. Potrafiły o kurę, która nieopatrznie weszła w szkodę, okładać się jedna z drugą torebkami i od starych klemp i kurew zajebanych sobie ubliżać – to i jemu przyłożą. Nawet się cieszył na myśl o takim obrocie sprawy, bo będzie mógł, jak przypuszczał, na niejednej ulżyć sobie w słowach.

Podczas kazania proboszcz robił aluzje i szukał wzrokiem Józka. Ludzie znów się gapili i dlatego pojął, że to na pewno o nim mowa. A miałem go za wartościowego człowieka – pomyślał Józek z rozgoryczeniem o proboszczu.

Po mszy proboszcz podszedł do Józka. Z daleka kręcił z niedowierzaniem głową, choć jednocześnie starał się przywdziać skórę anioła. Pewnie po to, skonstatował Józek, żeby nie spłoszyć jagnięcia.
– Wyspowiadasz się, Józek? – zagadnął.
– A to dlaczego?
– Tak trzeba. Zbyt wiele złego się u ciebie nazbierało.
– Przecież nic złego nie zrobiłem – bronił się.
– To tylko Bóg wie.
– Skoro tylko Bóg, to skąd ksiądz wie?
– Czyż nie jestem jednym z Jego pasterzy posłanym do was…
– Chciał ksiądz powiedzieć: baranów?
– Mniejsza o nazewnictwo.
– A w tej spowiedzi, to co by księdza interesowało?
– To, co interesuje całą zatroskaną społeczność naszej parafii.
– To znaczy? I nie musi ksiądz mówić do mnie takim telewizyjnym językiem. Wolę prościej.
– Są wyraźnie zatroskani twoim sposobem prowadzenia się.
– Ja się prowadzę dobrze, nikomu nie wadzę.
– Oni, to znaczy parafianie, są innego zdania i mają, tak sądzę, rację, wiele racji, powiedziałbym, że mają całkowitą rację, bo to wbrew prawom natury, a że ta jest przez Stwórcę dana, to Jego prawom w karygodny sposób się sprzeciwiłeś.
– W takim razie – zerwał się Józek – idę do konfesjonału.
– Możesz otworzyć duszę przede mną tutaj, w ławce.

Józek popatrzył na proboszcza podejrzliwie. Irek, ten student, też jak chciał dobrać się do jego tyłka, to mawiał: musisz się najpierw otworzyć, bo inaczej nie dam rady wepchnąć nawet małego palca.
– Mówiąc o tym otwarciu, ksiądz ma na myśli…? – zawiesił pytanie w próżni dla upewnienia się, czy intencje proboszcza nie pokrywają się przypadkiem z błąkającą się w zakamarkach czaszki nadzieją. Lecz klecha srodze go rozczarował.
– Rozmowę, Józek, rozmowę, zwyczajne otwarcie wnętrza przed duszpasterzem. Rozumiesz?

I poklepał go, prawie po ojcowsku, po ramieniu.

Ksiądz zniknął potem na moment w zakrystii, a Józek ukląkł przed konfesjonałem. Przez cały czas myślał o ewentualnych pytaniach, które może zadać proboszcz. Przez moment utkwił spojrzenie w twarzy świętego Antoniego, bo wierzył, że ten święty może mu pomóc w opresji. Zdawało mu się przez moment, że święty głębiej nań wejrzał, jakby się uśmiechnął i nawet puścił oczko, i już, już miał zacząć sprowadzać Józka na dobrą drogę. Dobrą? Józek ocknął się raptem. Dobrą, to znaczy taką, jaką za dobrą uważała większość, czyli wszyscy parafianie. Tylko Józek dobrze wiedział, ile pruderii kryły krzyczane przez ludzi słowa.

Po chwili zjawił się proboszcz. Józek przywdział maskę zakłopotania, jakby autentycznie żałował za to, co zrobił. Przybliżył twarz do kratki. Zaraz też począł się zastanawiać, po raz setny z rzędu, po co te kratki i jeszcze folia na nich? Kumple, gdy ich jeszcze miał, nabijali się, że aby księdzu ktoś przypadkiem do ucha nie napluł albo żeby nie było czuć bijącego z ust odoru wczorajszej bereluchy lub piwa, bo wielu parafian przed pójściem do spowiedzi miało zwyczaj wypić kilka głębszych. Zwyczajny strach. Przecież wiadomo, Bóg jest potęgą.
– Jesteś gotowy – spytał wreszcie proboszcz, choć Józek był już przekonany, że ksiądz zrezygnuje z poznawania nowej tajemnicy, bo jak sądził, jest to dla duchownego coś nowego.
– Jestem – odparł po namyśle.
– Otwarty?
– Spróbuję.
– Zatem słucham.
– Co by księdza interesowało?
– Czy to prawda?
– Że co?
– Że jesteś…
– Że jestem… co?

Józek postanowił nie ułatwiać proboszczowi zadania.
– Żeś… jak to powiadają…

Proboszczowi to najważniejsze nie mogło przejść przez gardło, a Józek jeszcze bardziej zaparł się w sobie.
– Nie bardzo wiem, o co księdzu chodzi…

Proboszcz odchrząknął, zebrał resztki odwagi.
– Jesteś pedziem – powiedział to jakoś sztucznie. (A może – pomyślał Józek – to moje uszy w ten sposób jego ton odebrały?)
– Nieprawda.
– Zaprzeczasz? – ksiądz nie krył oburzenia. – Wszyscy we wsi tak mówią.
– A ja mówię – upierał się Józek – że to nieprawda!
– Przecież widzieli?!
– Widzieli tylko sensację dla siebie! To znaczy nic nie widzieli. Jestem po prostu człowiekiem i tyle!
– Co?! – teraz proboszcz aż wrzasnął z oburzenia.
– Tak! Człowiekiem.
– Nie pedziem?
– Nie. Tak mnie tylko nazywają. Ludzie bywają głupi i podli, choć może nie moje prawo, by ich oceniać.
– Ale… – proboszcz nie potrafił opanować konsternacji. Niespodziewanie popadł w popłoch i zaczął się jąkać.

Józek postanowił coś mu wyjaśnić.
– Proszę księdza. Raz jeszcze mówię, że pedziem nie jestem. Bo cóż to znaczy być pedziem, jak to ludzie określają? To tylko słowo składające się z kilku liter. A nikt, bo jeszcze nigdzie tego nie wyczytałem, nie wyjaśnił gruntownie znaczenia tego słowa. Skończyłem tylko zawodówkę, pracuję uczciwie jako mechanik samochodowy i wiem, że z kolei pedał, bo tak też często o mnie mówią, jest częścią roweru albo innych pojazdów mechanicznych, na przykład pedał gazu. Pewnie ksiądz o tym słyszał?

Proboszczowi puściły nerwy. Wychylił się przez drzwiczki konfesjonału i jął gromić Józka. Ten tylko zdążył obejrzeć się, czy w kościele nie znajdują się jacyś ciekawscy bądź przypadkowi gapie.
– Józek – zaczął klecha. – Ty mi tu taniej filozofii nie uprawiaj! Wiele ludzi ze wsi widziało, jak się gziłeś z chłopem!
– To prawda.
– Więc dlaczego zaprzeczasz, żeś… – dodał po cichu – pedał?
– Owszem, z chłopami, jak to ksiądz nazywa, się piep…, przepraszam, kocham – poczuł, że zabrzmiało to w tym miejscu jakoś nienaturalnie. – Ale pedałem nazywać się nie pozwolę, bo swój honor mam! Jestem człowiekiem i mam prawo kochać się, z kim chcę.
– A wiesz, że to grzech?
– Wiem, choć zależy, z jakiej strony to oceniać.
– Żeby się kochać – wyjaśniał proboszcz – to trzeba to robić z kobietą, a najlepiej, bo bez grzechu, jest się w tym celu ożenić. I tobie też to radzę, skoro nie możesz pędu powstrzymać. Ożeń się, a zobaczysz, że choroba sama ci minie.
– Jaka choroba?! Nie chcę się żenić!
– Nie krzycz! Pan Bóg głuchy nie jest.
– Wątpię, czy jest sens zawracać Mu głowę takimi bzdurami, gdy na świecie jest tyle wojen i gorszej niesprawiedliwości.
– Co powiedziałeś?
– To, co ksiądz usłyszał. Do księdza nic nie dociera.
– Ile masz lat?
– Dwadzieścia jeden. Z wojska przecież wyszedłem.
– Zapomniałem.
– To już mogę odejść?
– Ani mi się waż.
– Ale…
– Ale najpierw mi wszystko opowiesz, jak na spowiedź przystało.
– Co to księdzu da?
– Będę miał pewność.
– I zaspokojoną ciekawość?
– Jak będziesz urządzał kpiny, to nie dostaniesz rozgrzeszenia.
– To pójdę do spowiedzi gdzie indziej.
– I nałżesz? Nie, ptaszku, przedtem wszystko tu wyśpiewasz.
– Tak, a ksiądz będzie miał potem gotowy temat do kazania?
– Spowiadaj się i nie irytuj mnie.
– Bo co?
– Bo…
– … doniesie ksiądz moim rodzicom?
– Doniosę.
– A co z tajemnicą spowiedzi?
– Cholera! Tfuj, przepraszam, Panie Boże, wybacz – proboszcz zaczął zapamiętale coś szeptać, miętosząc jednocześnie różaniec między palcami. – Już jestem spokojny.

Józek tymczasem wpadł na pomysł perfidnej gry.
– Co księdza konkretnie z moich kontaktów z chłopami, jak to tu nazywacie, najbardziej interesuje? – spytał.
– Wszystko – usłyszał niemal entuzjastyczne potwierdzenie.
– Konkretnie. Jak to się robi?
– Nie, raczej jak do takiego grzechu doszło.
– Zwyczajnie. Pociąg seksualny i tyle.
– Nie czułeś żadnych sił koło siebie?
– Jakich?
– Chyba cię najpierw szatan omotał?
– Nie, tylko nie potrafię się oprzeć, kiedy zaczepi mnie jakiś przystojny chłopak. Wie ksiądz, to tak jak z prostytutką, która nie może żyć..
– Przestań! – przerwał proboszcz. – Nic z tego nie pojmuję.
– Bo to trzeba przeżyć, proszę ojca duchownego.
– Co mówisz?
– Że to trzeba przeżyć. – Po chwili. – Coś jeszcze?
– Chyba nie.
– To mogę odejść?
– Jeszcze nie.
– Czego ksiądz jeszcze oczekuje?

Proboszcz wahał się, sprawiał wrażenie zagubionego.
– Już sam nie wiem.
– Może – zaczął po namyśle nieśmiało Józek – ja sam księdzu jakoś pomogę?

Proboszcz miał wyraźną ochotę na rozmowę z Józkiem, ale czas był dlań nieubłagany. Za chwilę miała się odbyć kolejna msza, ludzie powoli zapełniali kościół, więc odesłał Józka bez rozgrzeszenia.
– To kiedy? – spytał chłopak wstając od konfesjonału i masując nieco obolałe od długiego klęczenia kolana.
– W następną niedzielę, po ostatniej mszy popołudniowej.
– W takim razie z Bogiem.

Żegnając Józka proboszcz uczynił znak krzyża w powietrzu.

Józek mieszkał z rodzicami, a właściwie to w ich domu. Życia pod jednym dachem z nimi nie miał lekkiego. Wieść o prowadzeniu się syna, choć najpóźniej, do nich też dotarła. Jak to mówią – skwitowała ze łzami w oczach matka – pod latarnią najciemniej.
– Mamo! – oburzył się wtedy Józek. – Niech ludzie gadają o mnie, co zechcą, ale ty, jak o zwykłej kurwie, o mnie się nie wyrażaj.
– A jak ma – wtrącił wkurzony ojciec – mówić o chłopie, który chłopom dupy daje?!!!

Zamierzył się nawet w tym momencie pięścią na Józka, ale ten, nieźle fizycznie skonstruowany, gwałtownie chwycił za nadgarstki dłoń zamachowca i skończyło się na tym, że ojciec, z żachnięciem wyrażającym apogeum złości, dał spokój. Ów spokój potraktował na tyle poważnie, że od tamtej pory przestał się do syna odzywać, a ograniczał się jedynie do wyrażania o nim negatywnych opinii innych osób. Czynił to często tak, by Józek słyszał. Choć Józek pamiętał, że parę dni później ojciec powiedział jedno zdanie, którego sens sprowadzał się mniej więcej do słów: od tej pory obwieszczam wszystkim, że nie mam już syna!

Józek długo potem nie potrafił dojść do ładu z myślami, nawet płakał na strychu. Pamięta jeszcze, że po tych słowach ojciec wyszedł z domu, uruchomił traktor i dokądś pojechał… Nikt nie wiedział gdzie. Tajemnica rozwiała się dopiero nad ranem, kiedy tato wrócił do domu kompletnie pijany, bez ciągnika, a stary Bączkowski przybiegł z rana do matki z informacją, że Jaś, czyli ojciec, był tak nawalony, że po pijaku parę metrów płotu mu zdewastował. Zważywszy jednak na powagę zaistniałych wcześniej okoliczności, matka – co było zaprzeczeniem wszystkich tego rodzaju sytuacji z dotychczasowych dziejów ich małżeństwa – udobruchała słowami i obietnicami Bączkowskiego, dała jeszcze na litra i sprawa rozeszła się po kościach. Zaś Bączkowski zdjął na odchodnym czapkę i rzekł:
– Ja to rozumiem, gdyby to na mnie trafiło, pewnie bym się i powiesił. Nie zniósł, biedaczek, tego wstydu.

Wyszło zatem na to – myślał Józek słuchając przebiegu rozmowy przez uchylone drzwi ze strychu – że ojciec został uznany we wsi za bohatera, a on, Józek, za przyczynę ojcowskiego załamania. Niejeden raz baby mówiły do matki, słyszał, że to gorsze od czyjejś śmierci. Matka tylko przytakiwała i płakała.

Po wyjściu Bączkowskiego, ciskając przekleństwa na prawo i lewo, zniknęła w kuchni i i do uszu Józka dobiegały już tylko strzępy słów. Zresztą wolał na wszelki wypadek zniknąć w najdalszym zakątku strychu i utonąć we własnych myślach, które, jak zawsze, doprowadziły w końcu do tego, że ręka ni stąd ni zowąd lądowała na gotowym do lotu ptaku szczęścia i po paru mimochodem wykonanych ruchach powodowała wypuszczenie zgromadzonego przez noc w kroku napięcia. Józek zaraz poczuł się lepiej, swobodniej, zrelaksowany. Wytarł dokładnie ślady po wytrysku, ubrał się i zszedł na śniadanie. Ręce mu się jeszcze trzęsły, gdy matka poczęła wyrzekać, jakie katusze musi przez niego znosić.
– Bierz – wrzeszczała co sił w gardle – przykład ze starszych braci!!! Pożenili się, mają dzieci, pracę, są wzorowymi katolikami!
– Tylko co jakiś czas zamierzają się rozwodzić – zauważył z przekąsem Józek.
– Ale zawsze w końcu godzą się z żonami! A ty co?!
– Też jestem dobrym katolikiem! – hardo zapewnił Józek.
– Jaki z ciebie katolik?! No?!!! Jaki?! Łajza i tyle!
– Pracuję uczciwie.
– Ale się… – nie dała rady wymówić.

Józek dalej wymieniał swoje zalety.
– Nie kradnę! Nie piję, nie palę.
– Ale się z dziadostwem kurwisz!
– Mama się liczy ze słowami, dobrze?

Stał się, wbrew sobie nawet, nerwowy.
– Wszystko ci wygarnę! Wiesz, jaki to wstyd dla nas? Twoi bracia mówią, że jak tylko zjadą, to ci wpierw porządnie mordę obiją.
– Nie rozumiem. Przecież to mój problem. Co się zaś tyczy moich braci, to może im mama spokojnie powiedzieć, że mogą mnie w dupę pocałować.
– Tatuś to nawet jeść i spać przez ciebie nie może!
– Ja mu przecież nie zabraniam.
– Wstyd nawet sąsiadom na oczy się pokazać.
– Bo co?
– Zaraz z płaczem mówią, że nas takie nieszczęście spotkało.
– Nieszczęście i wstyd, mama mówi? – cisnął trzymany w ręku chleb na stół. – A to, że taka Jóźwiakowa czy Kurowska z każdym w krzaki na ruchanie chodzą, to jest w porządku? Każdy to mamie powie. Sam widziałem, mało, pół wsi widziało, jak na ostatniej zabawie w klubie szły się ruchać, jak same mówiły, z tymi hydraulikami.
– Nie z hydraulikami, tylko z elektrykami – poprawiła go matka. – I nie krzycz tak, bo jeszcze ktoś ich chłopom doniesie, a po co im takie kłopoty i ludzie mają ich palcami wytykać?
– Mamo, ale sama powiedz, czy to w porządku, że one, matki i żony, pierdolą się z obcymi?
– Nie wyrażaj się!
– Więc i ja będę te rzeczy robił z kim chcę i gdzie chcę!
– Żebyś to jeszcze potajemnie… – zaczęła ubolewać matka.

Miała w oczach łzy i z niejakim wyrzutem zaczęła wpatrywać się w stanowczą twarz syna.
– Nikomu śledzić się nie kazałem.
– A wstyd? – wycedziła po czasie.
– Co, wstyd?
– No, czy tobie nie jest wstyd?
– Dlaczego?
– Taka… sodomia, czy jak to tam nazywają.
– Kontakty homoseksualne albo homoerotyczne.
– O Matko Przenajświętsza! – krzyknęła kobieta i złapała się oburącz za głowę, jakby ta lada moment miała rozpaść się jej na dwie połowy.
– Jedni powiadają, że ty jesteś pedzio, inni, że pedał, a teraz jeszcze i to! Nie, ja tego wszystkiego nie przeżyję!
– Przeżyła mama porody, to i z tym da sobie radę.

Nie wiadomo kiedy, nie zapanowawszy nad wzbierającym wichrem nerwów, ręka matki wylądowała na policzku Józka. Z sąsiedniego pokoju dało się słyszeć klaskanie ojca, na znak aprobaty, że choć tyle uszczknięto ze zżerającej go wściekłości.
– Takimi metodami niewiele mama wskóra.
– Z chałupy trzeba go wypierdolić!! – darł się ojciec.
– Jak tatuś taki gieroj, to niech przyjdzie tu ze mną rozmawiać!!

Odpowiedzią była cisza.

Po kilku minutach szlochu, nieco aktorskiego, jak zdążył się zorientować Józek, mamie przeszło. Przyrządzając karmę dla kurcząt przystąpiła do innej w temacie rozmowy.
– Boryccy takie nadzieje z tobą wiązali.
– Tak? A w jakiej sprawie?
– W sprawie Benki. Ale teraz to już przegrana sprawa.
– Stało się coś tej ich Bence? – Józek udawał nic nie rozumiejącego.
– Boryccy zawsze mieli nadzieję, że kiedyś się z nią ożenisz, bo nie mają na kogo gospodarstwa przepisać. Sama widziałam, ile u nich wszystkiego dobra jest.
– Mnie – drwił Józek – z tego wszystkiego najbardziej podoba się ich mercedes.
– A Benka? Przecież niczego jej nie brak.
– Owszem, dużych cycków i kawałka dupy.
– Nie bądź świnia.
– I tak gorszym, niż mnie okrzyknęli, być już nie mogę. Poza tym dla mnie liczy się tylko szczere uczucie.
– Nie powiesz mi chyba, matce, że to z chłopami to… miłość, że się tak wysłowię.
– Żeby mama wiedziała.
– Chyba zrobię tak jak ojciec.
– Chrzanię to!

Matka przelękła się. Zapanowała niepokojąca cisza. Józkowi też zrobiło się nieprzyjemnie. Odniósł wrażenie, że nieco przesadził.
– Mama wybaczy, poniosło mnie nieco.

Po czym spojrzał na zegarek, udał, że się śpieszy.
– Na mnie już czas. Czy jeszcze chce mama czegoś?

Przecząco pokręciła głową. Ojciec chyba domyślał się jej reakcji, bo z pokoju ponownie dobiegł nieprzyjemny krzyk.
– Powinnaś go wypierdolić z porządnego domu! Już dawno ci to mówiłem.
– Zostańcie z Bogiem, tato! – krzyknął Józek i czym prędzej wybiegł z domu.

Kiedy następnego dnia wracał z pracy (dojeżdżał do pobliskiego miasteczka), na przystanku autobusowym czekał na niego dziesięcioletni szczeniak z kartką w ręku. Na pojawienie się Józka obejrzał się za siebie, a wtedy rozległ się znaczący gwizd dorosłego draba – Józek to dostrzegł – i smarkacz wręczył mu kartkę. Rozwinął papier, choć z góry przewidywał, że musi się na niej znajdować jakaś kąśliwa uwaga skierowana pod jego adresem. Była, choć tego akurat się nie spodziewał. Przez kilkanaście sekund wczytywał się w masę czułych słówek, którymi zabazgrany był ten kawałek papieru, i od razu zmiarkował, że to nieprzemyślany i prostacki żart. Uśmiechnął się, zgniótł szpargał i głośno, tak żeby całe otoczenie słyszało, poinstruował chłopca:
– Powiedz swemu pryncypałowi, znaczy swemu panu, że jeśli, jak pisze w liście, zamierza się ze mną umówić i obciągnąć chuje, to niech najpierw poduczy się ortografii. Bo „obciągnąć” pisze się przez „ą”, a nie przez „o-en”, a „chuje” przez „ce-ha” i „u zwykłe”, a nie przez „samo ha” i „o z kreską”.

Rosły Zygmunt, bo to on napuścił malca wraz ze swą ferajną superchłopów, stał akurat za rogiem budynku i na zapas zanosił się od śmiechu. Zakrztusił się usłyszawszy tak niespodziewaną odpowiedź. Pobladł, stał się prawie zielony ze złości. Kumple natychmiast zamilkli, a potem z niego zaczęli się śmiać.
– Ale cię zrobił w chuja! – pokrzykiwali jeden przez drugiego.

Zygmunt, zwolennik rozwiązywania każdej spornej kwestii przy pomocy swych wielkich jak łopata pięści, podbiegł jak szalony w stronę Józka i zamierzał ostro się z nim rozprawić.
– O co ci chodzi? – nieco naiwnym tonem spytał zaczepiony.
– Chcesz w ryja?! – sadził się Zygmunt.
– Za co?
– Obraziłeś mnie!
– Przedtem ty mnie.
– Czy wiesz, z kogo kpisz?
– Wiem.
– No i…?
– I nic. Mam taką zasadę, że drwię tylko z tego, kto na moje drwiny zasłużył – tu pomachał Zygmuntowi zwitkiem papieru przed nosem. – Kpię z autora tego niesmacznego żartu. I jeszcze ci powiem, że mam zamiar zanieść to proboszczowi, sołtysowi i niech po całej wsi rozgłoszą, że nie jestem sam. A teraz serio, wypchaj się, Zyga, nie jesteś w moim typie.

Kumple Zygmunta pokładali się ze śmiechu, Józkowi wyraźnie ich zachowanie dodawało skrzydeł. Był w tym momencie pełen uznania dla rozbudzonej w sobie odwagi w przeciwstawieniu się komuś, kogo zawsze się lękał i od kogo już raz dostał po zębach.
– Już zapomniałeś – straszył Zyga przybierając pozę karateki.
– Nie.
– To co?
– Nic. Przecież to ty dopraszałeś się spotkania ze mną.

Zygmunt stracił panowanie nad sobą. Wyrwał Józkowi kartkę z ręki, a ferajna za rogiem ryczała ze śmiechu. Tymczasem Józek szedł na całość – przystawił swe usta do ucha Zygmunta i przez moment wyglądało, jakby zamierzali czule się pocałować.
– Oszczędzę ci publicznego poniżenia – prawie szeptał. – Ale jeżeli masz naprawdę ochotę na te wszystkie rzeczy, o których piszesz w liście, to wybacz, ale sam nie dam rady. Może przyprowadzę kogoś do pomocy, we trójkę będzie nam lepiej szło.

Zygmunt po tych słowach speszył się do tego stopnia, że stracił resztę ducha bojowego.
– Ty chuju pierdolony! – zawołał i jak smarkach na widok mitycznego wielkoluda popędził za róg najbliższego domu. Obok rozentuzjazmowanego Józka stał tylko mały, wystraszony doręczyciel, który nic z dziejących się spraw nie mógł pojąć.
– Masz – Józek wręczył mu kartkę wcześniej od niego otrzymaną. – Podetrzyj tym sobie tyłek, kiedy zrobisz kupę.

Irkiem, studentem filozofii, spotykał się wieczorami. Idąc na spotkanie ubolewał, że ta sielanka – mimo solennych obietnic składanych przez Irka – nie potrwa długo, bo wakacje niebawem się zakończą. I choć Irek obiecywał, że nigdy nie zapomni i że jeszcze nigdy nie spotkał tak napalonego i żarliwego w kochaniu chłopaka, to Józek brał te słowa z rezerwą. Już raz się sparzył. Kiedy był na praktyce jako uczeń szkoły zawodowej, to poznał szałowego instruktora w średnim wieku, który, gdy już doszło do…, też obiecywał, że od tej pory będą w stałym kontakcie i że bez niego, Józka, to się chyba zabije. Lecz kiedy Józek, zaniepokojony zbyt długim milczeniem prawie doskonałego kochanka z czasów praktyki, wyruszył na jego poszukiwania, wtenczas z głęboką rozterką stwierdził, że instruktor jest żonaty, i totalna amnezja ogarnęła tę jego część umysłu, w której mieściły się wspomnienia ich miłosnych igraszek sprzed kilku miesięcy. Od tamtej pory Józek przestał wierzyć w trwałość pedalskich miłości. Chociaż… co do Irka wciąż miał nadzieję, tym bardziej, że chłopak spodobał mu się jak jeszcze żaden z dotychczas poznanych. A jak się kochał! Na samą myśl Józek dostawał erekcji.

Irek początkowo śmiał się z problemów Józka.
– Jesteś bezczelny. Ty sobie pojedziesz, a ja tu zostanę z tą hołotą. I tak jesteś w luksusowej sytuacji, bo nawet przez te parę tygodni nie mieszkasz wśród nich.
– Ale u ciotki we wsi też już wiedzą.
– I co?
– Nic. Pojutrze stąd śmigam.
– A ja?
– Już ci tyle razy mówiłem. Będziemy do siebie pisywać, będę przyjeżdżał albo ty do mnie raz na jakiś czas. Chyba wierzysz, że cię kocham?

Józek w pierwszej chwili zamierzał wypalić: a mam jakieś inne wyjście?! Nie uczynił tego jednak, tylko pocałował Irka w policzek.
– Wierzę – odparł, choć jego odpowiedź miała niewiele z cechującego go na ogół entuzjazmu.
– No – pocieszał Irek – rozchmurz się.
– Wcale nie jestem smutny. Jak na razie bawię się tym, że ci ludzie mówią o mnie to, co mówią. Ale gdy mi się znudzi? Wtedy nie wiem, co będzie, nie wytrzymam tego.
– Chyba nie zrobią ci czegoś złego?
– Nie, bo wszyscy tutaj od lat traktują mnie jak przygłupa, a takiemu wiele uchodzi, jest najwyżej obiektem żartów.

Jednak Irek już nie słuchał. Pochłaniała go bardziej odsłonięta szyja Józka, którą zaczął delikatnie pieścić ustami.
– Nie tutaj – wzbraniał się Józek.
– Czemu? Nikt przecież nie patrzy.
– Nie wierzę im. Mam przeczucie, że od tamtego czasu bezustannie czyjeś oczy mnie śledzą.
– To dokąd pójdziemy?
– Tam, gdzie byliśmy wczoraj.
– Boję się.
– Tam jest bezpiecznie – zapewnił Józek.
– Ale ja kiepsko pływam.

Mimo obaw, ostatecznie Irek przystał na propozycję Józka.

Do wysepki położonej na środku koryta rwącej rzeki dotarli na zdezelowanej łódce skradzionej jakiemuś rybakowi-amatorowi. Józek wiosłował. Płynęli w milczeniu. Zwłaszcza panicznie lękający się Irek, bo łódka w każdej chwili mogła się przewrócić.
– Ufff – odetchnął, kiedy już byli na właściwym brzegu, a Józek wlókł łódkę po piachu, żeby nie odpłynęła.
– Parna noc – – rzekł siadając na nagrzanym za dnia piasku. – W sam raz na kochanie.
– I strasznie ciemno.
– To fajnie – dodał Józek.
– Niezupełnie. Lubię widzieć, z kim się kocham.
– Mnie wystarczy, że czuję, a resztę domalowuję sobie wyobraźnią.
– Jesteś cholernie wrażliwy.
– Ty też, tylko nie zdajesz sobie z tego sprawy.

Chwila milczenia na szukanie swych rąk.
– Będziemy tylko rozmawiać? – Józek wyraźnie się niecierpliwił.
– Żartujesz? – zmienionym głosem zawtórował Irek i w ułamku sekundy całym ciałem zwalił się na Józka.
– Nie tak gwałtownie – bronił się początkowo Józek, ale po kilku sekundach bez reszty poddał się dzikim, niemal zwierzęcym pocałunkom Irka, który niemal bez wytchnienia zdzierał ubranie z kochanka, nie przestając jednocześnie obsypywać pocałunkami stopniowo odkrywanych fragmentów ciała.
– Jak – pocałunek w ramię – dziś – prawie kąsał Józka w brzuch – dziś chcesz? – i zaczął zębami kąsać od wewnątrz uda kochanka. Robił to delikatnie, zmysłowo, co powodowało, że Józka ogarnął szał podniecenia. Uda Józka doprowadzały Irka do szału, bo jeszcze nigdy nie spotkał mężczyzny o tak gładkiej skórze, bez krzty owłosienia, którego nie znosił. Dlatego też poprosił, prawie nakazał, by Józek zgolił też owłosienie w okolicy krocza. I odtąd Irek w całkowitym zapomnieniu obraca językiem jądra i wciąż gotowego do walki rycerzyka Józka.
– Jak chcesz? – ponowił pytanie Irek, bo lubił dogodzić kochankowi.
– Obojętnie. Mój los – jęknął miłośnie – jest w twoich rękach.

Irka poniosło. Niemal całkowicie pochłonął ustami Józkową laskę, a kiedy ten zaczął wierzgać biodrami, jakby zamierzał Irkowi przebić krtań, Irek przestał polerować. Był zmęczony, spocony, ale też przepełniony radością.
– Nie ustawaj – jęczał Józek, przypominając w tej pozie męskie wcielenie istoty fatalnej lub łuk z napiętą cięciwą, gotowy do wypuszczenia strzały.

Irek obrócił go na plecy, uniósł chwytając za biodra, tak że ten wypiął teraz swój szczupły tyłek wprost na krocze Irka.
– Tylko błagam, ostrożnie.

Irek był ostrożny. Wpierw językiem zwilżył otwór w pupie Józka, co sprawiło, że ten jeszcze bardziej się wyprężył, coraz głośniej przy tym popiskując. Kiedy Irek uznał, że tyłeczek był gotowy do ujeżdżania, szybkim ruchem rozpiął rozporek, uwolnił gotowe do galopu zwierzę i ostrożnie pokierował nim w przygotowany otwór. Po kilku minutach, kiedy Józek prawie wył z rozkoszy, Irek przestał ujeżdżać kochanka.
– Teraz ty! – rozkazał. Opuścił zaraz spodnie do kolan, z tubki wycisnął trochę olejku, posmarował dziurę i niemal siłą wcisnął do swego otworu Józkowego rycerzyka, który z taką intensywnością podjął bój, że tym razem również Irek nie był w stanie powstrzymać okrzyków rozkoszy.
– Tylko nie spuść mi się do…

Nie musiał kończyć, bo w tym momencie Józek odwołał swego rycerza z pola walki i całą obfitość męstwa skupionego w jądrach wypuścił na plecy Irka. Józek wyciskał jeszcze z oficera resztki soków, a Irek pobiegł na brzeg i obmywał swoje przyrodzenie. Gdy wrócił, sprowadził Józka na kolana i bez ceregieli wsunął mu ptaka do ust. Starczyło mu parę ostrych suwów, by Józek mógł poczuć na języku tak lubiany smak.

Wracali na stały ląd równie ostrożnie, jak wcześniej z niego czmychali. Milczeli. Czując bijące od Irka ciepło Józek nie mógł powstrzymać podniecenia.
– Wiesz – mówił tuląc się do nagiego ramienia Irka – w niedzielę będę miał rozmowę z klechą, coś w rodzaju spowiedzi.
– W jakiej sprawie? – spytał Irek niby żartobliwie.
– W naszej.
– Chyba mu niczego nie wygadałeś?! – Irek wpadł w popłoch. Józek był wyraźnie zaszokowany. Sądził, że jego kochanek jest odważny.
– Uspokój się. Nic mu nie mówiłem. Wiedział od ludzi ze wsi więcej na mój temat, niż ja sam. Najprawdopodobniej gospodyni na bieżąco informuje go o plotkach, przecież mieszka we wsi. Nie musisz się niczym przejmować, i tak stąd wyjeżdżasz.
– A ty?
– Ja? Hmmm, póki co, to pobędę tu, a potem…? Jeszcze zobaczę.
– Nie pogarszaj swego położenia.
– Nie obawiaj się. W niedzielę wszystko sobie z księdzem wyjaśnimy.
– Po co ci to? Olej ten cyrk. To samobójstwo.
– Nie. Pójdę tam.
– Po jaką cholerę?!
– Prosił mnie, a ja nie potrafiłem odmówić.
– Kto, ksiądz?
– Tak. Chce się wszystkiego dowiedzieć.

Irek nie potrafił oderwać spojrzenia od oblicza Józka. Intrygowała go szczera naiwność, z jaką opowiadał o proboszczu.
– Nie obraź się, ale chwilami mam wrażenie, że jesteś niebezpieczny nawet dla samego siebie.
– Muszę go oświecić – tłumaczył Józek z wyczuwalną w głosie ironią.
– Po co, w dodatku jako ksiądz, ma umierać w nieświadomości?
– Ty – zerwał się Irek, gdy wysiadali z łodzi. – A może ten twój proboszcz to…
– …co?
– No wiesz, taki jak ty i ja.
– Oszalałeś?!

Mimo to uwaga Irka przez chwilę spowodowała burzę w głowie Józka.
– Mam do ciebie prośbę – podjął po chwili Irek. – Nie wspominaj księdzu o mnie. Wiesz, jak to jest…
– Obiecuję.

Przez chwilę kroczyli w milczeniu. Przystawali co kawałek, żeby nasycić się pocałunkami. Irka bezustannie nurtowała chęć spowiedzi Józka.
– Nie rozumiem. W jaki sposób zamierzasz mu to wytłumaczyć?
– Jeszcze sam dokładnie nie wiem, ale na pewno coś wymyślę.
– Przyjdziesz jutro?
– Obowiązkowo! Na całą noc.

Znów wpadli sobie w ramiona.
– Wiesz – zaczął Irek, nie przestając nawet na moment całować Józka – jutro musimy się tak wykochać, żebyśmy długo siebie czuli.
– I pamiętali.

O tym wszystkim powinieneś jak najszybciej zapomnieć! I pokajać się przed obliczem boskim, to znaczy przede mną! – krzyczał proboszcz, kiedy Józek zjawił się u niego na plebanii po zakończonych mszach. Siedząc w wygodnym fotelu żałował, że mimo wszystko tu przyszedł. Irek miał rację – przebiegło mu przez myśl. Tylko – zaraz dodał, jakby usprawiedliwiając się przed sobą – on jest daleko, a ja muszę tu pieklić się z tym całym zakłamanym otoczeniem. Tymczasem proboszcz bezustannie chodził po gabinecie, bowiem w nim podejmował Józka, przywoływał na myśl krążącą w powietrzu jaskółkę i nerwowo przygryzał paznokcie.
– Przepraszam za to, co powiedziałem, ale ksiądz sam przecież chciał. Powiedziałem wszystko szczerze. – Po namyśle ciągnął dalej. – Co się dotyczy rozgrzeszenia, o które wcześniej prosiłem, to niech mi i to też Bóg wybaczy, nie zależy mi na nim. Już dawno wyrosłem z lęków przed karą bożą. Wobec siebie i świata jestem uczciwy, a ocena i potępianie mnie nie może leżeć w ludzkiej mocy, zatem i księdza proboszcza także.
– Bluźnisz – skwitował proboszcz.
– Dlatego, że nie kłamię?
– W ogóle, całym swoim życiem.
– Wobec tego ksiądz także. Przecież mnie ksiądz słuchał, tym samym zgrzeszył.
Proboszcz zamilkł. Wyglądał na zakłopotanego.
– Nie wiem, czy ksiądz rozlicza i potępia dusze tych wszystkich, którzy łajdaczą się we wsi heteroseksualnie, i to z kim popadnie, a niech ksiądz nie zapomina, że takich upadłych istot jest niemało. Wiele z nich to tak zwane przykładne i szanowane żony i matki.
– Cóż – westchnął proboszcz – każdy ma prawo zbłądzić.
– Tylko nie taki ktoś jak ja? Czy mogę już w takim razie odejść?

Proboszcz na chwilę popadł w dającą wiele do myślenia zadumę.
– Nie – zdecydowanie odparł po czasie.
– Czegoś jeszcze ksiądz ode mnie oczekuje?
– Właściwie… tak.
– Słucham.
– Czy nie myślałeś ostatnimi czasy o opuszczeniu wsi?
– Póki co, to nie. Zresztą, dokąd miałbym się udać?
– A… – tu proboszcz się zawahał – do swojego kochanka, jak go pięknie i pewnym tonem, sądzę, że charakterystycznym dla waszego środowiska, określiłeś.
– Niech się ksiądz nie sili na ironię. Mówiąc serio, to niepoważne, bo on mieszka z rodzicami.
– Którzy go pewnie trochę surowiej chowają, niż twoi ciebie.

Po tych słowach proboszcz znów ucichł. Józek bacznie obserwował każdy jego ruch, nawet drgnienie mięśnia na twarzy i doszedł do przekonania, że klecha w duchu toczy ciężką walkę z myślami i cały czas zastanawia się, jak tu zapytać swego rozmówcę, Józka, o tę najistotniejszą dla zaspokojenia własnej ciekawości kwestię. Tylko jaką – tego nie był w stanie się domyślić.
– Widzę – podjął po dłuższej obserwacji i kumulowaniu odwagi – że księdza jeszcze coś trapi z związku z moją osobą.
– Spostrzegawczy jesteś.
– Skoro już zdobyłem się na tyle szczerości i ksiądz również, to możemy spróbować sforsować jeszcze jedną barykadę.
– O czym ty mówisz? – aluzja Józka wznieciła aktywność zmysłów proboszcza.
– O tym, o czym ksiądz ma odwagę jedynie pomyśleć.
– Ty… – proboszczowi zaczęły drżeć usta i ręce. Józek nie wiedział, czy to własne myśli tak klechę przeraziły, czy też dostrzeżona metamorfoza jego, Józkowej twarzy. Chociaż sam siebie w tej chwili nie pojmował i nawet kontrolować nie zamierzał, postanowił pójść vabank.
– Co ty kombinujesz? – niemal wylęknionym tonem zapytał ksiądz.
– Usiłuję księdzu do reszty wyjaśnić dręczącą księdza tajemnicę.
– Coś ty?! Szatan cię chyba bez reszty opętał.
– Więc niech ksiądz zdejmie ze mnie jego brzemię i odczyni w tym celu właściwe egzorcyzmy.
– Czy ty wiesz… co – księdza wyraźnie przerażała pochylająca się nad jego twarzą demoniczna twarz chłopaka, mimo to nie był władny jej odepchnąć.
– Wiem – szeptał zmysłowo Józek. – Inaczej bym tego nie robił.
– Ależ… ja…
– Wiem, wiem, ksiądz chce tylko poznać całą prawdę. Oto i cała prawda – szeptał chłopak pochylony wciąż nad ustami proboszcza. – Cała i piękna prawda.

Proboszcz nie był w stanie wydać przez dłuższą chwilę żadnego dźwięku oprócz przeciągłego dyszenia. Dopiero potem, gdy już nieco ochłonął z podniecenia i potęgi wrażeń, objął rękoma głowę zduszonym szeptem bezustannie powtarzał: Opętał mnie szatan, opętał mnie szatan… I tak kilkanaście razy, aż Józek przytulił do serca jego rozdygotaną twarz, i dodał:
– Pan Bóg wszystko rozumie i w swoim czasie przebaczy.

Proboszcz rozpłakał się, lecz z objęć chłopca odejść nie zamierzał.

Kiedy Józek wrócił do domu, było już ciemno. Zamknął po cichu drzwi swego pokoju, zapalił światło i z pewnym przerażeniem dostrzegł siedzącą na skraju jego kanapy matkę.
– Co to ma znaczyć? – spytała kobieta bez ceregieli.
Wzrok Józka spoczął na chwilę na spakowanych i ustawionych przy stole walizkach. Usiadł.
– Dziwi się mama? – spytał spokojnie.

Matka przez chwilę milczała, a potem rozpłakała się.
– Mamo – Józek przysiadł obok niej i przytulił głowę do jej ciepłego ramienia. – Ja tylko przez ten cały czas udawałem twardego faceta. Już dłużej tego nie wytrzymam, muszę stąd odejść.

Matka szlochając kiwała ze zrozumieniem głową.
– A może by tak do lekarza? – dodała z nadzieją.
– Co?
– Kurowska mówiła, że na taką chorobę jak twoja, to jedynie taki Kaszpirowski może pomóc albo inny terapeuta.
– Brednie. Takim się człowiek rodzi i koniec. Kurowskiej niech mama powie, żeby lepiej ze swoją cipą do bioenergoterapeuty poszła, bo już tylko to jej zostało.
– To kiedy…? – pytała matka, nie tracąc jeszcze nadziei.
– Jutro rano.
– Dokąd?

Józek z nijakim uśmiechem wzruszył ramionami.
– Przed siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *