Ostatnie Tchnienie – Rozdział I

Ostatnie Tchnienie – Rozdział I

Czasami życie prowadzi nas ku nowemu, przez co jesteśmy zmuszeni zostawić wszystko co do tej pory mieliśmy, za sobą.

Budząc się nad ranem, pierwszym co poczułem, było letnie powietrze, przedostające się przez niewielkie otwory starej stodoły wypchanej po brzegi sianem. Drugą rzeczą były wrzaski mojego starszego już ojca, który zapewne szukał mnie w celu ogłoszenia, jakież to cudowne zadania muszę dzisiaj wykonać, aby spełnić swój dzienny obowiązek związany z pracą. Po kilku sekundach drzwi od stodoły powoli zostały otwarte, a światło które wydobywało się z zewnątrz natychmiast mnie oślepiło.
– Na miłość boską! – krzyknął starszy mężczyzna, dopowiadając – Ile razy mam Ci mówić, abyś nie spał w tej starej stajni, kiedy tudziejsze noce nie należą do zbyt ciepłych. Kiedyś się rozchorujesz, zobaczysz.
– Oj przesadzasz. Żadna choroba mi nie straszna. Zob… – chciałem coś powiedzieć, ale ojciec mi przerwał.
– Synu. Spójrz, jak i gdzie żyjemy, i uświadom sobie w końcu, że na wiele rzeczy poprostu nas nie stać, a jedną z nich są lekarstwa. – powiedział posmutniały ojciec, wychodząc ze stodoły i wskazując gestem ręki, abym poszedł za nim. Szybko otrzepałem się z kawałków siana i ruszyłem w jego stronę. Po krótkiej chwili dotarliśmy do ławki położonej na zewnątrz domostwa, obok wejścia. Znajdowały się na niej chleb, masło, odrobina miodu oraz woda. Były to typowe dla nas rzeczy, które jedliśmy praktycznie codziennie na śniadanie. Od razu zabrałem się do jedzenia, a starszy mężczyzna, tak jak przypuszczałem zaczął paplać o moich dzisiejszych obowiązkach, w których skład wchodziło rąbanie drewna w lesie oraz trening walki mieczem. Po wysłuchaniu tego, co ma do powiedzenia i spożyciu posiłku, ruszyłem ku stodole, obok której sterczał ręczny wóz, na którym zazwyczaj woziłem drewno. Po wstępnych przygotowaniach takich, jak zabranie zapasu wody, czy jedzenia ruszyłem jeszcze po siekierę i drewniany miecz, który wykonany był ze specjalnego drzewa, wagą dorównującego żelaznemu orężowi. Wszystko zapakowałem na wóz, po czym stanąłem na jego przodzie i mocno ścisnąłem wystające ramiona. Następnie szybkim ruchem je podniosłem i ruszyłem przed siebie w stronę gęstego lasu. Po kilku minutach byłem już na miejscu, które wydawało się nieco chłodniejsze, ponieważ gęste korony drzew blokowały dostęp do słońca. Po odłożeniu wozu, złapałem za siekierę i ruszyłem kilka kroków w przód gdzie zazwyczaj ciąłem kawałki drewna. Na szczęście ścięte drzewa był już przeze mnie przygotowane z poprzedniego dnia, więc praca stała się o wiele lżejsza. Należało tylko pociąć drewno na mniejsze kawałki i załadować na wóz. Nie chciałem za bardzo się męczyć, ponieważ czekał mnie jeszcze trening walki mieczem, lecz z zapałem zabrałem się do pracy, wymachując siekierą w górę i w dół. Robiąc drewno pomyślałem, że nigdy nie zastanawiałem się nad tym, po co to wszystko robię i jaki jest w tym sens, lecz wiedziałem, iż pewnego dnia umiejętności nabyte podczas rąbania drewna oraz szkolenia walki mieczem mogą mi się przydać. Z drugiej strony, nie byłem typem człowieka, który leżałby na polanie i wpatrywał się w błękitne niebo, na którym z biegiem czasu przelatują chmury, z myślą i nadzieją na lepsze jutro. Mój ojciec starał się wychować mnie na porządnego człowieka i myślę, że w większej części mu się to udało. Jednak od zawsze zastanawia mnie jedna, jedyna rzecz, którą są pouczenia ojca, o tym abym pod żadnym pozorem nie zbliżał się do królestwa. Nigdy mi tego nie wytłumaczył, ani nigdy go o to nie zapytałem. Sądziłem, że osoba taka, jak ja, która jest tylko prostym wieśniakiem, nigdy nawet nie będzie miała okazji zbliżyć się do jego murów. Niespodziewanie z zamyślenia wybudził mnie głośny trzepot spłoszonych ptaków. Było to szczególnie dziwne, ze względu na to, iż w tym lesie zawsze było zupełnie cicho, poza odgłosami rąbania przeze mnie drewna. Rozglądając się dookoła, dostrzegłem mocno promieniujące zielone światło. Zdziwiony a zarazem zaciekawiony daną sytuacją, odłożyłem siekierę na ziemię i ruszyłem w stronę zielonkawego blasku. Wydawać mogłoby się, że źródło tego światła jest bardzo blisko, ale tak naprawdę trzeba było przejść spory kawałek. Nie chcąc się zgubić, spoglądałem za siebie, z zamiarem sprawdzenia wyglądu drogi powrotnej oraz zapamiętania jak największej ilości szczegółów. Po przebyciu dłuższego dystansu byłem już u źródła wcześniej wspomnianego światła. Po bliższym przyjrzeniu się danemu zjawisku, ujrzałem na ziemi nie dużej wielkości kryształ, w którego wnętrzu znajdowała się jakaś poruszająca esencja. Zainteresowany danym obiektem, kucnąłem i powoli sięgnąłem po niego ręką. Kiedy miałem go już dotknąć, zielona barwa stała się jeszcze intensywniejsza niż wcześniej, a światło, które do tej pory świeciło, rozpostarło się na wszystkie możliwe strony. Szybko zasłoniłem oczy obiema rękoma, by nie zostać oślepionym. Po chwili zielonkawa poświata całkowicie zanikła, a kryształ, który znajdował się na ziemi całkowicie wyparował, tak, że nie zostało po nim żadnego śladu. Zdziwiony zaistniałą sytuacją, wstałem, lecz po kilku sekundach poczułem mocne pieczenie w prawej dłoni. Z krzykiem odwróciłem głowę w jej stronę, a jedynym co przykuło moją uwagę, to dziwny znak, którego nigdy w życiu nie widziałem. Chwilę po tym na mojej ręce zaczęły pojawiać się grube linie o różnych kształtach. Ból jeszcze bardziej się nasilił, docierając nawet do mojego prawego oka, lecz po chwili całkowicie znikł. Zalany potem, oparłem dłoń o ziemię, natomiast drugą reką otarłem czoło w granatowy rękaw mojej bluzki. Po krótkim odpoczynku, wstrząśnięty tym, co niedawno się wydarzyło, zdecydowałem się wrócić do wcześniejszego miejsca, w którym pracowałem. Ze względu na moje uprzednie przygotowania, które miały mi pomóc zapamiętać drogę powrotną, bez problemu doszedłem do wyznaczonego celu. Spojrzałem na stertę ściętego przeze mnie drewna, które leżało koło wozu. Nie było go na tyle dużo, abym mógł pójść z powrotem do domu. Nie chcąc myśleć o tym co się niedawno wydarzyło postanowiłem jeszcze chwilę popracować. Złapawszy siekierę, ponownie zacząłem wymachiwać nią w górę i w dół. Po kilkunastu ściętych kawałkach, zaprzestałem rąbania, aby pozostało mi sił na powrót. Następnie ułożyłem je na wozie i usiadłem na pobliskiej skale. Z niewielkiego woreczka, wyjąłem jedzenie owinięte w sporej wielkości liść i szybkimi ruchami zacząłem je jeść, popijając od czasu do czasu wodą. Po spożyciu posiłku i zregenerowaniu części sił, złapałem wóz za ramiona i zacząłem ciągnąć w stronę wyjścia z lasu. Spoglądając co jakiś czas w korony drzew i małe przerwy pomiędzy nimi, można było zauważyć niebo, które z biegiem czasu stawało się coraz ciemniejsze. Nie dziwiło mnie to, ponieważ o tej porze, noce były coraz dłuższe, a co za tym idzie, pojawiały się dużo wcześniej. Kiedy dotarłem do domu, pierwszym co zrobiłem, było odłożenie wozu na tyłach chatki. Zabrałem z niego miecz i ruszyłem ku drzwiom frontowym.
– Starcze, wróciłem – rzekłem wchodząc do domostwa i od razu skierowałem się do swojego pokoju, który znajdował się na samym końcu korytarza po lewej stronie. Nie był on przesadnie duży, raczej można by rzec, iż jest to malutki pokoik. Znajdowało się w nim zaledwie stare, poniszczone biurko, mała komoda wraz z szafką, na której leżały książki, które zdołałem przeczytać oraz łóżko, na które od razu się rzuciłem. Spojrzałem w sufit, chcąc przez chwilę, na spokojnie zastanowić się nad tym, co wydarzyło się w lesie. Podniosłem prawą dłoń, by upewnić się, czy aby na pewno nie ma niej żadnego śladu, lecz byłem tak bardzo zmęczony, że nie wiadomo kiedy, oczy same mi się zamknęły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *