Mój Giovanni

Mój Giovanni

Był to wielki skandal. Gdybyście byli państwo wtedy w Paryżu, musielibyście z pewnością o nim słyszeć, jak też zauważyć zdjęcia Giovanniego, które wszystkie gazety opublikowały natychmiast po jego ucieczce. Artykuły na pierwszych stronach poświęcone były morderstwu, rozprawiano o nim, wiele lokali w stylu baru Guillaume’a zamknięto. (Nie na długo zresztą.) Policjanci w cywilu przeczesywali dzielnicę, kontrolowali dokumenty, bary oczyszczono z tapettes. Poszukiwania Giovanniego nie dawały jednak rezultatów. Wszystkie poszlaki, a w szczególności fakt jego zniknięcia, wskazywały, że to on był mordercą. Podobny skandal, zanim przycichnie, zawsze grozi wstrząsem posadom państwa. Należy więc koniecznie możliwie prędko znaleźć jakieś wyjaśnienie, jakieś rozwiązanie i jakąś ofiarę. Większość mężczyzn zatrzymanych w związku z tym przestępstwem, nie została aresztowana pod zarzutem popełnienia mordu. Aresztowano ich za to, co Francuzi z delikatnością, moim zdaniem sardoniczną, określają les gouts particuliers. Takie „upodobania” nie są co prawda we Francji karalne, ale mimo to zdecydowanie potępiane przez gros społeczeństwa, które z absolutnym brakiem sympatii odnosi się do przywódców narodu i wszystkich „lepiej urodzonych”. Kiedy znaleziono zwłoki Guillaume’a, przerazili się nie tylko chłopcy trudniący się uliczną prostytucją. Znacznie bardziej od nich bali się mężczyźni, którzy włóczą się ulicach, aby ich sobie kupić, i których kariery, pozycje i plany życiowe zostałyby zagrożone, gdyby wyszły na jaw ich skłonności. Ojcowie rodzin, synowie z dobrych domów, chutliwi awanturnicy z Belleville zainteresowani byli jak najbardziej, aby całą aferę jak najszybciej zakończono, by wszystko mogło wrócić do normy i aby srogi bicz publicznej moralności nie spadł na ich grzbiety. Dopóki trwało śledztwo, nie wiedzieli, jaką mają obrać postawę: głośno krzyczeć, że są męczennikami, czy pozostać tymi, którymi w gruncie rzeczy są – zwykłymi obywatelami wstrząśniętymi do głębi zbrodnią i niecierpliwie czekającymi, aby sprawiedliwości stało się zadość i ład moralny w kraju został przywrócony.

Dobrze się składało, że Giovanni był cudzoziemcem. Podczas, gdy wciąż pozostawał na wolności, prasa, jakby za cichą zgodą, z każdym dniem atakowała go coraz obelżywiej, coraz cieplej zaś odnosiła się do osoby Guillaume’a. Przypominano, że razem z Guillaume’em wymarł jeden z najstarszych rodów Francji: w niedzielnych dodatkach rozpisywano się o jego rodzinie, jego stara arystokratyczna matka, która, nawiasem mówiąc, nie dożyła końca procesu, zapewniała o rzetelności syna, ubolewała nad rozległą korupcją we Francji, co sprawia, że tego rodzaju zbrodnia może tak długo pozostawać nie ukarana. Społeczeństwo, oczywiście, bardziej niż ochoczo zgadzało się z tą opinią. Nie było to tak niewiarygodne, jak mi się z pewnością zdawało, ale nazwisko Guillaume’a zaczęto w fantastyczny sposób kojarzyć z historią Francji, z francuskim honorem i francuską chwałą i niemal stało się symbolem francuskiej męskości.
– Posłuchaj – rzekłem do Helli. – On był tylko wstrętnym starym pedałem. Oto czym był naprawdę.
– Tak, tylko skąd mogą to wiedzieć czytelnicy gazet? Jeśli był pedałem, to na pewno tego nie rozgłaszał, towarzystwo zaś, w którym się obracał, stanowiło zamknięty krąg.
– Ależ ktoś to wiedział. Spośród tych, którzy wypisują podobne bzdury, wielu musi to wiedzieć.
– Nie ma chyba sensu oczerniać zmarłego – odparła spokojnie Hella.
– Czy nie należy powiedzieć prawdy?
– Mówią przecież prawdę. Pochodził z bardzo ważnego rodu i został zamordowany. Wiem, o co tobie chodzi. Jest też inna prawda, której się nie wyjawia. Gazety tego nie robią, nie są od tego.
– Biedny, biedny, biedny Giovanni – westchnąłem. – Myślisz, że on to zrobił?
– Nie wiem. W każdym razie na to wygląda. Był tam owej nocy. Widziano go, jak wchodził na górę, a nikt sobie nie przypomina, żeby schodził na dół.
– Czy on tej nocy tam pracował?
– Chyba nie. Wstąpił na drinka. Widocznie Guillaume i on znowu się przyjaźnili.
– W czasie mojej nieobecności zawarłeś naprawdę dziwaczne znajomości.
– Nie uważałabyś ich za tak dziwaczne, gdyby nie doszło do morderstwa. Poza tym nikt z tych ludzi nie był moim przyjacielem, z wyjątkiem Giovanniego.
– Mieszkałeś z nim. Powinieneś wiedzieć, czy jest zdolny do popełnienia morderstwa.
– Niby z jakiej racji? Mieszkasz ze mną. Czy ja mogę popełnić morderstwo?
– Ty? Oczywiście że nie.
– A skąd wiesz? Nie wiesz tego. Skąd wiesz, czy jestem taki, jak mnie widzisz?
– Ponieważ – nachyliła się i pocałowała mnie – cię kocham.
– Och! Ją też kochałem Giovanniego.
– Nie tak, jak ja ciebie kocham.
– A może ja już popełniłem morderstwo, a ty nic nie wiesz?
– Dlaczego się tak denerwujesz?
– Ty nie byłabyś zdenerwowana, gdyby twój przyjaciel był oskarżony o morderstwo i się ukrywał? Dlaczego dziwisz się, jestem podniecony? Co twoim zdaniem powinienem robić? Śpiewać kolędy?
– Nie krzycz. Nie miałam pojęcia, że on dla ciebie tak wiele znaczył.
– To taki miły chłopak – stwierdziłem w końcu. – Dręczy mnie myśl, że znalazł się w tarapatach.

Hella podeszła i delikatnie położyła mi dłoń na ramieniu.
– Wkrótce wyjedziemy z tego miasta, Dawidzie. Nie będziesz musiał się już tym przejmować. Przecież ludzie nieraz miewają kłopoty. Tylko sobie nie wmawiaj, że to twoja wina. To nie jest twoja wina.
– Wiem doskonale, że to nie moja wina! – wykrzyknąłem, mój głos i wzrok Helli przywołały mnie do porządku. Z przerażeniem zauważyłem, że bliski jestem płaczu.

Giovanni przebywał na wolności prawie tydzień. Co wieczór, i obserwowałem z okna Helli zapadający nad Paryżem zmrok, myślałem o nim, ukrywającym się gdzieś, może pod mostem, przerażonym i zziębniętym, i nie wiedzącym, co z sobą począć. Ciekaw byłem, czy znalazł choć przyjaciół, którzy by go ukryli. Zdumiewające, że w tak małym i tak dokładnie kontrolowanym przez policję mieście mógł się tak długo ukrywać. Czasami obawiałem się, że przyjdzie do mnie błagać o pomoc albo mnie zabić. Prawdopodobnie jednak uznał za niegodne prosić mnie o pomoc i bez wątpienia doszedł tymczasem do wniosku, że nie jestem wart, aby mnie zabijać. Szukałem wsparcia u Helli. Co noc starałem się pogrzebać w niej całą swoją winę i strach. Konieczność bycia aktywnym paliła mnie jak gorączka, ale jedyną formą aktywności pozostawał seks.

Wreszcie, pewnego wczesnego ranka, schwytano Giovanniego na jednej z barek, które cumowały u brzegu rzeki. Gazety zdążyły już obwieścić, że uciekł do Argentyny, więc wielkie było zdziwienie, gdy okazało się, że nie zdołał dotrzeć dalej niż nad Sekwanę. Brak „przebojowości” nie przysporzył mu sympatii społeczeństwa. Uznano go za przestępcę najdurniejszego z durnych, za partacza. Nikt nie wątpił, że zabójstwo Guilleaume’a popełniono na tle rabunkowym. Giovanni zabrał co prawda wszystkie pieniądze, które Guillaume miał przy sobie, ale kasy w lokalu nawet nie tknął i zapewne nie przyszło mu do głowy, że w zakamarku szafy ukryty był inny portfel z wieloma tysiącami franków. Skradzione pieniądze miał przy sobie w momencie aresztowania. Nie zdołał ich wydać. Od wielu dni nic nie jadł, był wycieńczony, blady i marnie wyglądał. Jego podobizna widniała na wszystkich kioskach gazetowych w całym Paryżu. Wyglądał na nich młodo, sprawiał wrażenie oszołomionego, przerażonego i zdeprawowanego, jakby nie pojmował, że oto on, Giovanni, posunął się do tego i że dalej nie pójdzie, że szafot zakończy jego krótką drogę. Już teraz zdawał się stawać dęba i każdy cal jego ciała buntował się wobec tej lodowatej wizji. Znów odniosłem wrażenie, jak wiele razy przedtem, że szuka we mnie pomocy. Gazety doniosły nielitościwemu światu, jak żałował swego czynu, błagał o litość, zaklinał Boga i łkając przysięgał, że nie chciał tego zrobić. Z pikantnymi szczegółami poinformowano nas też „jak” to zrobił, ale nie „dlaczego”. Owe „dlaczego” było zbyt ponure, aby gazety mogły to podać, i zbyt skomplikowane, aby Giovanni potrafił to ująć w słowa.

Byłem chyba jedyną osobą w Paryżu, która wiedziała, że on tego nie chciał zrobić, i która potrafiła ze szczegółów podawanych przez gazety wyczytać, dlaczego to zrobił. Przypomniał mi się ów wieczór, kiedy go zastałem w domu, a on opowiedział mi, w jakich okolicznościach Guillaume wyrzucił go z pracy. Znowu usłyszałem jego głos, ujrzałem jego gwałtowne ruchy i zobaczyłem jego łzy. Znałem tę brawurową odwagę, wiedziałem, że Giovanni chętnie występuje jako debrouillard, rzucając wyzwanie każdemu, widziałem, jak wkracza dumnie do baru Guillaume’a. Giovanniemu musiało się chyba wydawać po przygodzie z Jacquesem, że skończyło się jego terminowanie, że skończyła się miłość i że z Guillaume’em może uczynić wszystko, czego chce. Rzeczywiście, mógłby wszystko zrobić, ale nie mógłby wtedy być sobą. Guillaume to wiedział. Jacques nie omieszkał zapewne poinformować, że Giovanni nie żyje już z le jeune Américain. Być może wraz ze swoją świtą przybył na jedną czy dwie prywatki w domu Jacquesa. Orientował się więc, jak zapewne i całe towarzystwo, że Giovanni, będąc obecnie wolny i bez zobowiązań, rzuci się w wir hulanek i ekscesów – każdemu z nich to się zdarzyło. Musiał to być triumf dla wszystkich barze, kiedy Giovanni wparował sam do baru.

Potrafię sobie nawet wyobrazić przebieg rozmowy:
– Alors, tu es revenu? – mówi Guillaume z uwodzicielskim, szyderczym i wszystko mówiącym spojrzeniem.

Giovanni zauważa, że ten nie życzy sobie, by mu przypominano jego ostatni wybuch wściekłości, i że stara się być miły. Ale twarz Guillaume’a, jego głos, zachowanie, zapach są dla Giovanniego nie do wytrzymania. Przed sobą ma prawdziwego, nie wyimaginowanego Guillaume’a. Kiedy musi się w odpowiedzi uśmiechnąć, zbiera mu się na wymioty. Guillaume jednak tego nie dostrzega i zaprasza go naturalnie na drinka.
– Myślałem, że może potrzebujesz barmana – mówi Giovanni.
– Czyżbyś szukał pracy? Myślałem, że twój Amerykanin kupił ci roponośne pole w Teksasie.
– Nie. Mój Amerykanin… – robi ruch ręką – … odfrunął. – Śmieją się obaj.
– Amerykanie zawsze fruwają. Nie można ich traktować serio – objaśnia Guillaume.
– C’est vrai. – Giovanni wypija trunek nie patrząc w jego stronę. Wygląda na okropnie zakłopotanego i pogwizduje pewno nieświadomie, aby sobie dodać animuszu. Guillaume natomiast nie może oderwać od niego wzroku ani zapanować nad swoimi rękami.
– Przyjdź później, jak będę zamykał. Pomówimy o tej pracy – dodaje na koniec.

Giovanni kiwa głową i wychodzi. Wyobrażam sobie, że potem na ulicy spotyka koleżków, pije z nimi, śmieje się, stara zebrać odwagę. Mijają godziny. Wiele by dał, żeby ktoś mu powiedział, by nie wracał do Guillaume’a, nie dawał mu się dotknąć. Koledzy jednak go przekonują, że Guillaume jest bardzo bogaty i że od takiej głupiej starej cioty można wiele wycyganić, jeśli się tylko umie sprytnie postępować.

Nikt się nie pojawia na bulwarze, kto mógłby z Giovannim porozmawiać i go poratować. Czuje, że umrze.

Zbliża się pora, kiedy trzeba wracać do baru. Idzie tam samotnie. Przed drzwiami się waha. Najchętniej by zawrócił, uciekł. Tylko że nie ma dokąd. Patrzy wzdłuż długiej, ciemnej i krętej ulicy, jakby szukał kogoś. Nikogo nie ma. Wchodzi więc do baru. Guillaume zauważa go natychmiast i daje dyskretny znak, żeby poszedł na górę. Idzie po schodach na uginających się nogach. Stoi w pokoju Guillaume’a, pośród jego jedwabnych ubrań, szminek, perfum, i spogląda na łóżko.

Wkrótce pojawia się Guillaume i Giovanni próbuje się uśmiechnąć. Piją. Guillaume staje się natarczywy, sflaczały i spotniały, a przy każdym dotknięciu jego ręki Giovanni coraz bardziej się wzdraga i odsuwa z wściekłością. Guillaume znika na chwilę, po czym wraca ubrany w swój pretensjonalny szlafrok. Każe Giovanniemu się rozebrać.

W tym momencie chyba Giovanni uświadamia sobie, że dłużej tego nie zniesie, że nie zdoła się do tego zmusić. Przypomina sobie o pracy. Próbuje rozmawiać, być rzeczowy, rozsądny, ale rzeczywiście jest już za późno. Guillaume osaczył go niczym morze i myślę, że udręczony niemal do obłędu Giovanni czuje, że tonie, że został pokonany. Guillaume dopiął swego. Myślę, że gdyby do tego nie doszło, Giovanni by go chyba nie zabił. Osiągnąwszy rozkosz, podczas gdy Giovanni leży jeszcze dławiąc się, Guillaume staje się ponownie człowiekiem interesu. Spaceruje po pokoju, tam i z powrotem, przytacza doskonałe argumenty, dlaczego to nie może go zatrudnić. Wśród wszystkich tych powodów, które wymyśla, ten prawdziwy pozostaje ciągle kryty, choć obaj, każdy na swój sposób, go widzą: Giovanni, niczym gasnąca gwiazda ekranu, stracił siłę przyciągania. Wszystko o nim wiadomo, jego tajemnica została odkryta. Giovanni z pewnością to czuje, a wściekłość narastająca w nim miesiącami teraz wzbiera zwielokrotniona wspomnieniem rąk i ust Guillaume ‚a. Przez chwilę przypatruje mu się w milczeniu, następnie zaczyna krzyczeć. Guillaume nie pozostaje mu dłużny. Z każdym słowem Giovanniemu coraz bardziej huczy w głowie i czarne płatki fruwają mu przed oczami. Za to Guillaume jest w siódmym niebie i aż zaciera ręce z zadowolenia – już dawno nie otrzymał tak wiele za nic. Rozgrywa tę scenę do końca. Delektuje się tym, że twarz Giovanniego staje się purpurowa, głos ochrypły, z nie skrywaną uciechą obserwuje twardniejące mięśnie na jego szyi. Mówi coś w przeświadczeniu, że role się odwróciły. Mówi jednak o jedno zdanie za dużo, o jedną zniewagę, o jedną kpinę za dużo i w ułamku sekundy rozpoznaje po tamtym zamilknięciu, po oczach Giovanniego, że się zagalopował, że powiedział coś, czego się nie da cofnąć. Giovanni na pewno nie chciał tego zrobić. Chwycił go i zaczął bić. Przy tym dotknięciu, przy każdym ciosie czuł, jak zaczyna spadać z jego serca nieznośny ciężar. Teraz z kolei Giovanni czuł się zachwycony. W pokoju wszystko przerzucone zostało do góry nogami, tkaniny podarte na strzępy, duszno było od zapachu perfum. Guillaume usiłował wydostać się z pokoju, ale Giovanni podążał w ślad za nim, teraz z kolei Guillaume’owi przyszło się poddać. I może właśnie w tej samej chwili, gdy dopadł wreszcie drzwi i miał już nadzieję, że uda mu się uciec, Giovanni skoczył nim, złapał pasek od szlafroka i okręcił mu na szyi. Potem tylko trzymał, szlochając i odczuwając coraz większą lekkość w miarę, jak Guillaume stawał się coraz cięższy, zaciskał pętlę i przeklinał. Wreszcie Guillaume padł na podłogę i Giovanni wpadł z powrotem do swego nędznego pokoju, na ulicę, w świat, w teraźniejszość i w cień śmierci.

Wynajęliśmy w końcu ten duży dom, a ja tymczasem uzmysłowiłem sobie, że nie mam prawa tu przyjeżdżać. Kiedy go znaleźliśmy, nie miałem nawet ochoty na oględziny. Nic innego jednak nie miałem do roboty. Nie chciało mi się robić nic innego. Zastanawiałem się, prawdę mówiąc, czy by nie zostać w Paryżu na czas procesu, a może nawet odwiedzić Giovanniego w więzieniu. Wiedziałem jednak, że to nie ma sensu. Jacques, pozostający w stałym kontakcie z adwokatem i ze mną, odwiedził Giovanniego raz i oznajmił mi to, co sam doskonale wiedziałem – że ani ja, ani nikt inny nie może już dla niego nic uczynić.

Może chciał umrzeć. Przyznał się do morderstwa na tle rabunkowym. Prasa się rozpisywała o okolicznościach, w jakich Guillaume wyrzucił go z pracy. Z doniesień tych odnosiło się wrażenie, że Guillaume był dobrodusznym, może odrobinę ekscentrycznym filantropem i jego jedynym błędem było to, że bezwzględnemu i niewdzięcznemu awanturnikowi – Giovanniemu – okazał zbyt wiele serca. Wkrótce cała sprawa zniknęła z pierwszych stron gazet. Giovanniego zaś przeniesiono do więzienia, gdzie oczekiwał na proces.

Poszedłem z Hellą na rozprawę. Myślałem, z całą pewnością myślałem tak na początku, że jeśli nie mogę zrobić nic dla Giovanniego, to powinienem przynajmniej zrobić coś dla Helli. Łudziłem się, że Hella uczyni też coś dla mnie. Chyba się by tak i stało, gdyby dni nie wlokły mi się tak wolno jak dni w więzieniu. Nie potrafiłem wymazać Giovanniego z pamięci i skazany byłem na informacje, których sporadycznie dostarczał mi Jacques.

Oczekiwanie na proces Giovanniego było jedyną rzeczą, jaka przypominam sobie z tamtej jesieni. Wreszcie postawiono go przed sąd, uznano za winnego i skazano na śmierć. Przez cały zimę liczyłem dni. Rozpoczął się koszmar tego domu.

Wiele napisano o miłości, która przeobraża się w nienawiść, o sercu stygnącym wraz z zanikiem uczucia. Zastanawiająca przemiana. Znacznie straszniejsza niż wszystko, o czym kiedykoIwiek czytałem, straszniejsza niż to, co potrafiłbym ująć w słowa.

Teraz już nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że Hella przestała mnie interesować, jej ciało mnie już nie pociąga, a jej obecność denerwuje. Stało się to nagle – choć wydaje mi się, jakby trwało od dawna.

Miewałem okropne sny. Czasami budziłem się na odgłos własnego krzyku, czasami budziła mnie Hella, wystraszona moimi jękami.
– Chciałabym – powiedziała któregoś dnia – abyś powiedział mi, co cię tak dręczy. Wyduś to z siebie, pozwól sobie pomóc.

Zmieszany potrząsnąłem głową ze smutkiem i westchnąłem. Siedzieliśmy w dużym pokoju, w którym teraz stoję. Ona siedziała w fotelu pod lampą i trzymała otwartą książkę na kolanach.
– Jesteś kochana – rzekłem. – Nic mnie nie dręczy. To przejdzie. Po prostu chyba nerwy.
– To Giovanni – odparła. Obserwowałem ją.
– Czy nie myślisz przypadkiem – pytała ostrożnie – że postąpiłeś wstrętnie zostawiając go w tym pokoju? Obwiniasz się za to, co się z nim stało. Kochanie, przecież ty nie mogłeś mu w żaden sposób pomóc. Przestań się zadręczać.
– Był taki piękny – powiedziałem. Nie chciałem tego powiedzieć. Czułem, że zaczynam się trząść. Obserwowała mnie, gdy szedłem do stołu – także wtedy stała tam butelka – napełniłem sobie kieliszek.

Nie mogłem przestać mówić, choć się obawiałem, że lada chwila powiem za dużo. A może chciałem powiedzieć za dużo? – Mam takie uczucie, że to ja pchnąłem go pod gilotynę. Chciał, żebym został z nim w tym pokoju, błagał, żebym został. Nie mówiłem ci o tym, że tamtego wieczoru, kiedy poszedłem swoje rzeczy, strasznie się pokłóciliśmy. – Zamilkłem i pociągnąłem z kieliszka. – On się popłakał.
– Kochał cię – rzekła Hella. – Dlaczego mi tego nie mówiłeś? Nie zdawałeś sobie z tego sprawy?

Odwróciłem głowę. Twarz mnie paliła.
– To nie twoja wina – powtórzyła Hella. – Nie pojmujesz tego? Nie mogłeś mu przecież zabronić zakochać się w tobie. Nie mogłeś go powstrzymać od zabójstwa tego wstrętnego człowieka.
– Nic o tym nie wiesz – bąknąłem. – Nic o tym nie wiesz.
– Wiem, co czujesz.
– Nie wiesz, co ja czuję.
– Dawidzie, nie rób przede mną uników. Proszę cię, nie rób uników. Pozwól sobie pomóc.
– Hellu, kochanie. Wiem, że chciałabyś mi pomóc, ale musisz mieć trochę cierpliwości. Wszystko będzie w porządku.
– Mówiłeś już tak wiele razy – stwierdziła zmęczona. Patrzyła bacznie na mnie przez chwilę, a potem spytała: – Nie uważasz, że powinniśmy wrócić do domu, Dawidzie?
– Do domu? Po co?
– A po co tu siedzimy? Jak długo chcesz jeszcze tu siedzieć i zamęczać się? Nic pytasz, co ja czuję w związku z tym? – Wstała i podeszła do mnie. – Proszę cię, ja chcę wrócić do domu. Chcę wyjść za mąż. Chcę mieć dzieci. Chcę, żebyśmy gdzieś zamieszkali, chcę ciebie. Dawidzie, po co marnować czas?

Odsunąłem się od niej gwałtownie. Stała za moimi plecami nieruchomo.
– O co chodzi, Dawidzie? Czego ty chcesz?
– Nie wiem! Nie wiem!
– Coś przede mną ukrywasz. Dlaczego nie mówisz prawdy? Chcę poznać prawdę!

Odwróciłem się do niej.
– Hellu, bądź cierpliwa, bądź cierpliwa choć przez jakiś czas.
– Chcę być – wykrzyknęła – ale gdzie ty jesteś? Uciekasz gdzieś ode mnie i nie umiem cię odnaleźć. Gdybyś tylko pozwolił się dosięgnąć…

Rozpłakała się. Trzymałem ją w ramionach i nie czułem nic. Całowałem jej słone łzy, szeptałem coś, nie wiem co. W chwilę później poczułem, że jej ciało napręża się, napręża, by zetknąć się z moim, i poczułem, że moje ciało się kurczy, oddala. Wiedziałem, że oto zacząłem długie spadanie. Gwałtownie odsunąłem się od niej, aż zachwiała się jak marionetka na sznurku.
– Dawidzie, proszę cię, pozwól mi być kobietą. Jest mi obojętne, co ze mną zrobisz. Jest mi obojętne, czego zażądasz. Zapuszczę sobie włosy, przestanę palić, wyrzucę książki. – Spróbowała się uśmiechnąć, a mnie serce krwawiło z bólu. – Pozwól mi tylko być kobietą, weź mnie. To wszystko, czego pragnę. Wszystko! Reszta mnie nie obchodzi. – Przysunęła się do mnie bliżej. Stałem w bezruchu. Dotknęła mnie, uniosła głowę z rozpaczliwą i przejmująco wzruszającą ufnością. – Nie odtrącaj mnie, Dawidzie. Pozwól mi zostać z tobą.

Pocałowała mnie, wpatrując się w moją twarz. Moje wargi były zimne. Nie czułem nic. Pocałowała mnie raz jeszcze, a ja przymknąłem oczy czując, że mocne łańcuchy wciągają mnie w ogień. Wydawało się, że moje ciało nie przebudzi się pod wpływem jej ciepła, jej natarczywości, jej rąk. A kiedy się na koniec przebudziło, ja je opuściłem. Z wysokości, gdzie powietrze wokół było zimniejsze niż lód, obserwowałem swoje ciało w ramionach obcej osoby.

Tego samego wieczoru albo niedługo potem opuściłem śpiącą Hellę i wybrałem się samotnie do Nicei. Odwiedziłem wszystkie bary tego skrzącego się miasta i nad ranem, zaślepiony alkoholem i pożądaniem, wspiąłem się po schodach któregoś z ciemnych hotelików w towarzystwie jakiegoś marynarza. Następnego dnia okazało się, że marynarzowi jeszcze nie skończyła się przepustka i że ma w mieście przyjaciół. Złożyliśmy więc im wizytę i zostaliśmy tam na noc. Spędziliśmy wspólnie jeden, a potem drugi dzień. W ostatnią noc jego urlopu staliśmy popijając w zatłoczonym barze. Naprzeciwko wisiało lustro. Byłem porządnie pijany. Nie miałem prawie grosza przy duszy. Nagle dostrzegłem w lustrze twarz Helli. Przez chwilę myślałem, że postradałem zmysły, i obejrzałem się za siebie. Sprawiała wrażenie bardzo zmęczonej, bardzo drobnej i niepozornej.

Dłuższy czas nie odezwaliśmy się do siebie. Marynarz gapił na nas.
– Czy ona aby nie zabłądziła? – spytał mnie w końcu. Hella spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
– Zabłądziłam nie tylko tu – rzekła. Marynarz spojrzał na mnie.
– No więc – zwróciłem się do Helli – teraz już wiesz.
– Myślę, że od dawna już wiedziałam – odparła, odwróciła i zaczęła się oddalać. Chciałem pobiec za nią, ale marynarz mnie złapał.
– Czy ty… czy ona…?

Kiwnąłem głową. Jego twarz z otwartymi ustami wyglądała bardzo zabawnie. Puścił mnie, a ja rzuciłem się w stronę drzwi, gdzie dopadł mnie jego śmiech.

Szliśmy długo, w milczeniu, lodowatymi ulicami. Miasto było jak wymarłe. Wydawało się niepojęte, że nastanie poranek.
– Wracam do kraju – oznajmiła Hella. – Byłoby lepiej, abym nigdy z niego nie wyjechała.
– Jeśli zostanę tu dłużej – wyjaśniła później tego ranka pakując walizkę – to zapomnę, co to znaczy być kobietą.

Była okropnie lodowata, boleśnie piękna.
– Nie sądzę, by jakakolwiek kobieta mogła o tym zapomnieć – mruknąłem.
– Są kobiety, które zapominały, że bycie kobietą to nie tylko upokorzenie czy gorycz. Ja tego jeszcze ciągle nie zapomniałam – dorzuciła – na złość tobie. Nie zamierzam zapomnieć. Uciekam z tego domu, od ciebie, tak szybko, jak tylko taksówki, pociągi i statki mnie stąd wywiozą.

Jej krzątanina w tym pokoju, który na początku naszego pobytu tutaj służył za naszą sypialnię, świadczyła o gorączkowym pośpiechu osoby zdecydowanej na ucieczkę. Biegała od otwartej walizki na łóżku do komody, potem do szafy. Stałem w drzwiach i patrzyłem na nią. Jak chłopczyk, który posiusiał się w majtki i stoi przed nauczycielem. Słowa, które pragnąłbym wypowiedzieć, zatykały mi jak zielska gardło i unieruchamiały usta.
– Proszę, abyś przynajmniej w jedno uwierzyła – wykrztusiłem w końcu. – Jeśli naprawdę kogoś okłamywałem, to nie ciebie.

Odwróciła się w moją stronę ze strasznym wyrazem twarzy.
– To ze mną rozmawiałeś! To ze mną chciałeś przyjechać do tego okropnego domu na pustkowiu! To ze mną chciałeś się żenić!
– Chciałem powiedzieć, że oszukiwałem siebie.
– Ach tak? Rozumiem. To oczywiście wszystko zmienia.
– Chciałem tylko przez to powiedzieć – krzyczałem – że nie miałem zamiaru cię skrzywdzić, choć tak wyszło.
– Nie krzycz! – rzekła Hella. – Niedługo już mnie tu nie będzie. Możesz sobie wtedy pokrzyczeć do tych wzgórz tam, do chłopów, jak to jesteś winny, jak kochasz być winny.

Znów zaczęła krążyć pomiędzy walizką i komodą, ale odrobinę wolniej. Włosy mima wilgotne, opadały jej na czoło, twarz spoconą. Pragnąłem wziąć ją w ramiona, pocieszyć. Lecz nie byłoby to żadne pocieszenie, tylko tortura, dla obojga.

Nie patrzyła w moją stronę, chodząc ze wzrokiem utkwionym w poszczególne części pakowanej garderoby, jakby nie była pewna, czy do niej należą.
– Wiedziałam o tym – powiedziała – wiedziałam. To właśnie mnie tak zawstydza. Ilekroć na mnie patrzyłeś, wiedziałam. Ilekroć leżałeś ze mną w łóżku, wiedziałam. Nie mogłeś wtedy powiedzieć mi prawdy? Nie pojmujesz, jak niewłaściwą rzeczą było czekanie, aż ja się o tym dowiem? Spychanie na mnie całego ciężaru. Miałam prawo oczekiwać, że się dowiem tego od ciebie, kobiety zawsze czekają, że to mężczyzna powie. A może nigdy o tym nie słyszałeś?

Milczałem.
– Nie musiałabym siedzieć tutaj tak długo, nie musiałabym się teraz zadręczać pytaniem, jak na Boga wytrzymam długą podróż do domu. Już dawno byłabym tam i tańczyłabym sobie z jakimś facetem, który próbowałby mnie uwieść. A ja dałabym się mu uwieść, dlaczego by nie? – Z uśmiechem zdziwienia spojrzała na kłąb nylonowych pończoch, zanim ostrożnie włożyła je do walizki.
– Może wtedy o tym nie wiedziałem? Wiedziałem tylko, że muszę uciec z pokoju Giovanniego.
– No i uciekłeś. A teraz ja uciekam. To tylko biedny Giovannni stracił głowę.

Był to wredny dowcip, który powiedziała, aby mnie zranić. Próbowała się też złośliwie uśmiechnąć, ale to jej się nie udało.
– Nigdy tego nie zrozumiem – rzekła na koniec podnosząc mnie wzrok, jakbym mógł jej pomóc zrozumieć. – Ten podły bandyta zniszczył ci życie. I moje także. Amerykanie powinni nigdy jeździć do Europy – chciała się uśmiechnąć, ale zaczęła płakać – bo potem nigdy nie będą szczęśliwi. A co wart jest nieszczęśliwy Amerykanin? Szczęście to wszystko, co mamy. – Łkając rzuciła się w moje ramiona po raz ostatni.
– Nie wierz w to – szepnąłem – nie wierz. Mamy coś więcej, mieliśmy o wiele więcej. Tylko… tylko… czasami to trudno znieść.
– Boże, tak cię kochałam! Przy każdym napotkanym mężczyźnie będę musiała myśleć o tobie. – Znów próbowała się śmiać. – Jakiś ty biedny! Jacy wy wszyscy jesteście biedni! Jaka ja jestem biedna!
– Hellu, Hellu! Pewnego dnia, gdy będziesz szczęśliwa, spróbuj mi przebaczyć.

Odsunęła się ode mnie.
– Ach, ja już nawet nie wiem, co to jest szczęście. Nie wiem, co to przebaczenie. Jeśli kobiety mają być prowadzone przez mężczyzn, to co się stanie, jeśli tych mężczyzn zabraknie? Co się wtedy stanie?

Podeszła do szafy, wyjęła z niej płaszcz, pogrzebała w torebce, znalazła puderniczkę i patrząc do małego lusterka, starannie osuszyła oczy i pomalowała sobie usta.
– Istnieje różnica pomiędzy chłopcami i dziewczynkami, tak jak się mówi w tych małych niebieskich książeczkach. Dziewczynki pragną chłopców, ale chłopcy…! – Zatrzasnęła puderniczkę. – Nigdy w życiu nie pojmę, czego oni chcą. Teraz wiem, że nigdy mi tego nie powiedzą. Nie sądzę, żeby wiedzieli jak.

Przygładziła włosy rękami, odgarnęła je z czoła i teraz z uszminkowanymi wargami i w grubym czarnym płaszczu wyglądała znów na kobietę zimną, wspaniałą i gorzko bezradną, przerażającą.
– Zrób mi drinka – powiedziała. – Możemy wypić za stare dobre czasy, zanim przyjedzie taksówka. Nie, nie życzę sobie, żebyś mnie odprowadzał na dworzec. Mam nadzieję, że w drodze do Paryża i potem, przez morderczy ocean, będę mogła nieprzerwanie pić.

Piliśmy w ciszy przygotowani, że w każdej chwili usłyszymy skrzypienie opon na żwirze. Usłyszeliśmy je wreszcie, zobaczyliśmy światła reflektorów i dobiegł nas dźwięk klaksonu uruchomionego przez szofera. Hella odstawiła kieliszek, otuliła się płaszczem i ruszyła w kierunku drzwi. Podążyłem za nią z walizką. Wspólnie z kierowcą upchnęliśmy bagaże w samochodzie; cały czas zastanawiałem się gorączkowo, co powinienem powiedzieć na pożegnanie, aby zneutralizować posmak goryczy. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy. Hella też nie odzywała się słowem. Stała wyprostowana pod ciemnym zimowym niebem i patrzyła przed siebie. Gdy wszystko było gotowe, podszedłem do niej.
– Naprawdę nie chcesz, żebym pojechał z tobą na dworzec, Hellu?

Spojrzała na mnie i wyciągnęła dłoń.
– Żegnaj, Dawidzie.

Pochwyciłem tę dłoń. Była zimna i sucha jak jej wargi.
– Żegnaj, Hellu.

Wsiadła do taksówki. Patrzyłem na samochód jadący podjazdem i wyjeżdżający na ulicę. Pomachałem w ostatnim geście pożegnania, ale Hella nie zareagowała.

Horyzont przed moim oknem zaczyna jaśnieć, szarość nieba przemienia się w fioletowy błękit. Spakowałem walizki i posprzątałem dom. Klucze leżą przede mną na stole. Pora, żebym się przebrał. Wkrótce, gdy horyzont stanie się jeszcze jaśniejszy, pojawi się na zakręcie autobus, którym pojadę do miasteczka, na dworzec, do pociągu zmierzającego do Paryża. Nadal jednak nie mogłem ruszyć się z miejsca.

Na stole leży też niebieska koperta – list, w którym Jacques firmuje mnie o terminie wykonania wyroku na Giovannim.

Nalewam sobie małego drinka i obserwuję własne odbicie w szybie, które staje się coraz bledsze. Jakbym rozpływał się w nicość na własnych oczach – ten fakt zaczyna mnie bawić i uśmiecham się do siebie.

Teraz zapewne otwierają się bramy przed Giovannim, aby w zamknąć się z łoskotem, bramy, które już nigdy potem się dla niego nie otworzą ani nie zamkną. A może jest już po wszystkim? A może się dopiero zaczyna? Może Giovanni wciąż siedzi w celi i wraz ze mną obserwuje nadejście poranka? Może właśnie teraz dochodzi go szept z końca korytarza, trzej mężczyźni w czerni zdejmują buty, jeden z nich niesie pęk kluczy. Całe więzienie jest ciche, czeka, zastygło w grozie. Trzy piętra niżej cichnie krzątanina na kamiennej posadzce, cichnie na chwilę, ktoś zapala papierosa. Czy on umrze sam? Nawet nie wiem, czy śmierć w tym kraju jest pojedynczym czy masowym aktem? I co powie księdzu?
– Rozbierz się – coś mi mówi – już najwyższy czas.

Przechodzę do sypialni, gdzie na łóżku leżą rzeczy, które mam włożyć. Obok stoi ciągle jeszcze otwarta walizka. Zaczynam się rozbierać. W pokoju wisi lustro, duże lustro. Widzę niezwykle wyraźnie to lustro.

Twarz Giovanniego pojawia się przede mną jak nieoczekiwana latarnia ciemną, ciemną nocą. Oczy jego – jego oczy błyszczą jak u tygrysa, patrzą prosto przed siebie i obserwują zbliżanie się ostatniego wroga. Każdy włosek na jego ciele się jeży. Nie potrafię odczytać wyrazu jego oczu: jeśli to przerażenie, to nigdy dotąd takiego przerażenia nie widziałem, jeśli zaś udręka, to podobnej udręki jeszcze dotąd nie odczuwałem. Podchodzą, klucz obraca się w zamku. Dopadli go. Krzyknął. Patrzą na niego z dystansu. Wloką go do drzwi celi, korytarz rozciąga się przed nim jak cmentarz przeszłości, więzienie zaczyna wirować. Giovanni może zaczyna jęczeć, a może nie wydaje głosu? Podróż rozpoczyna się. A może krzyczy nadal? Krzyki odbijają się echem od kamieni i żelaza. Widzę, jak zwierają się mu nogi, usta i pośladki drżą, tajemniczy młot zaczyna walić. Poci się, a może ma skórę suchą. Ciągną go, a może idzie o własnych siłach. Ich uchwyt jest żelazny, jego ręce już do niego nie należą.

Wzdłuż korytarza, po żelaznych schodach prowadzących do serca więzienia, a stąd do służbówki księdza. Pada na kolana. Pali się świeca, Najświętsza Dziewica spogląda na niego.

Święta Mario, Matko Boża.

Ręce mi się pocą, ciało staje się otępiałe, pobladłe i suche. Dostrzegam to kątem oka w lustrze.

Święta Mario, Matko Boża.

Żarliwie całuje krucyfiks. Ksiądz delikatnie podnosi krzyż. Potem podnoszą Giovanniego. Podróż się rozpoczyna. Ruszają w kierunku innych drzwi. Jęczy. Chce splunąć, ale zaschło mu w ustach. Nie może prosić, żeby mu pozwolono pójść za potrzebą – zresztą za kilka sekund nie będzie to mieć już żadnego znaczenia. Wie, że za drzwiami, które się zbliżają, czeka gilotyna. Te drzwi to brama, której tak długo szukał chcąc uciec z tego brudnego świata, od tego brudnego ciała.
– Już najwyższy czas.

Postać w lustrze zmusza mnie do odwrócenia się i spojrzenia. Dostrzegam własną postać, którą skazano na śmierć. Jest chuda, koścista i obojętna, ucieleśnienie tajemnicy. Nie wiem, co w tym ciele się tłucze, czego to ciało szuka. Zostało uwięzione w lustrze, tak jak w czasie, i zmierza ku odsłonięciu.

Kiedy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, rozumowałem jak dziecko, myślałem jak dziecko, lecz kiedy dorosłem, porzuciłem dziecinne odruchy.

Pragnę, aby spełniła się ta przepowiednia. Pragnę zbić lustro i być wolny. Spoglądam na swoje przyrodzenie, moje kłopotliwe przyrodzenie, i zadaję sobie pytanie, jak je można okupić, jak mógłbym uchronić je od gilotyny. Droga do grobu już się zaczęła, droga do rozkładu osiągnęła już półmetek. Jednak klucz do zbawienia, które nie może uratować mego ciała, ukryty jest we mnie.

Drzwi są przed nim. Wokół niego panuje ciemność, a w nim samym – cisza. Potem drzwi się uchylają, a on stoi samotny i cały świat odpada od niego. Skrawek nieba w górze zdaje się krzyczeć, choć on nie słyszy żadnego dźwięku. Ziemia usuwa mu się spod nóg, zostaje rzucony na twarz, w ciemność, i rozpoczyna się jego podróż.

Odchodzę wreszcie od lustra i przykrywam swą nagość, którą muszę utrzymać świętą, choć nigdy nie będzie tak upodlona, którą muszę wiecznie szorować solą swego żywota. Wierzę, muszę wierzyć, że wielka łaska Boga, która przywiodła mnie do tego miejsca, zdoła mnie też stąd wywieść.

W końcu wychodzę na światło ranka i zamykam za sobą drzwi domu. Przechodzę przez drogę i wrzucam klucze do skrzynki pocztowej właścicielki. Spoglądam wzdłuż ulicy, w stronę, gdzie stoi parę osób, mężczyzn i kobiet, oczekujących na pierwszy autobus. Wyglądają na ożywionych pod budzącym się niebem, a widnokrąg za nimi zaczyna płonąć. Poranek obciąża mi barki strasznym brzemieniem nadziei, biorę niebieską kopertę, którą przysłał mi Jacques, i drę ją powoli na kawałeczki. Obserwuję, jak tańczą na wietrze, jak unosi je wiatr. Gdy jednak się odwracam i zaczynam iść w stronę czekających ludzi, wiatr odwiewa parę strzępków z powrotem ku mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *