Milionera apetyt na spermę

Milionera apetyt na spermę

Wizja osobistego spotkania z niezwykłym, ekscentrycznym milionerem i przeprowadzenia z nim wywiadu doprowadzała Daniela – świeżo upieczonego dziennikarza – do kosmicznej ekscytacji już od tygodnia. W końcu nadszedł ten wyjątkowy dzień.
– Pan Promptus jest u siebie, ale proszę jeszcze chwilę poczekać – zapewnił przemiły i przystojny asystent o nieco egzotycznej i zaczepnej urodzie, który w holu wyszedł Danielowi naprzeciw. – Może zrobić panu herbaty?
– Nie, dziękuję – odparł, po czym usiadł na skórzanej kanapie ciągnącej się pod ścianą. – Poczekam.
Asystent zaczął więc krzątać się przy biurku, podczas gdy Daniel wyciągnął najnowszy numer FORBES’a. Na okładce widniał on – wielki, skandalicznie bogaty i przekorny Promptus Goldwin. Obezwładniająco przystojny, w średnim wieku, o szerokiej żuchwie, mocnych rysach obrośniętych cudownie męską brodą, włosach czarnych, bujnych, z lekkim nalotem srebrnym na skroni, i spojrzeniu żywym, obecnym i bystrym.
Coś urzekającego było w tym zestawieniu cech i fizjonomii – pierwiastek ekscentryczności i skrytej pod garniturem dzikości charakteru.
– Cholernie przystojny… i dobrze zbudowany – pomyślał Daniel, patrząc na jego dumną posturę. Warstwy eleganckich i szalenie drogich ubrań nie zdołały ukryć tego dumnego faktu, że ciało milionera rzeźbione było latami wizyt na siłowni. Lekko rozpięta koszula ujawniała także niewielkie owłosienie piersiowe – tak nęcące i budzące teraz fantazje w młodzieńczym rozumku dziennikarskim. Nie mógł zrozumieć, jak w jednym człowieku skoncentrowało się tyle wspaniałych przymiotów: bogactwo, zdrowie, młodość, uroda…
– Jest nieziemski, prawda? – odezwał się nagle asystent.
***

Daniel, wybity z transu i oczarowania, potrzebował chwili, by dojść do porozumienia z tym, co usłyszał. Potwierdził, choć niepewnie – podejrzewając asystenta o jakieś nieczyste intencje.
– Pracuję z nim dopiero od miesiąca – dodał – ale w życiu tyle się nie nauczyłem.
To zaciekawiło Daniela:
– Tak? A czego? Jeśli można spytać…
– Pan Goldwin wiele lat przebywał w Tybecie. Tam uczył się różnych rzeczy, poznawał tajniki buddyjskich mnichów. Zdradził mi kiedyś, że to im właśnie zawdzięcza swoje sukcesy na każdym polu.
– Na każdym?
– Tak, na każdym – odparł asystent z tajemniczym uśmiechem, nie przerywając układania dokumentów. – Ma pan wielki zaszczyt, że pana wybrał. Zazwyczaj odmawia udzielania wywiadów…
– Tak – uśmiechnął się Daniel. – W redakcji wszyscy mi gratulowali.
– Pan Goldwin jest bardzo skryty. Pilnuje swojej prywatności. Ale mogę panu zdradzić jego małą tajemnicę…
Daniel wyostrzył swoje zmysły w jednej chwili.
– Pan Goldwin ma… 122 lata.
Daniel spojrzał zaskoczony najpierw na asystenta, potem na okładkę FORBES’a z niedowierzaniem. Widniejący tam perfekcyjny przystojniak nie mógł mieć być aż tak stary.
– Pan żartuje? To niemożliwe – odparł. – Wygląda może na 35…
– Wiem – przerwał asystent. – Mnie też trudno w to uwierzyć. Ale tam, w Tybecie, poznał pewien sekret…
Tę miłą konwersację przerwał nagle telefon.
– Może pan wejść – asystent wskazał wielkie mahoniowe drzwi z ociekającymi złotem kunsztownymi zdobieniami.
Wnętrze gabinetu mieniło się bajońskim, acz mrocznym i dyskretnym luksusem – pełnym frapujących pamiątek z odległych podróży, polerowanymi powierzchniami będącymi trudnym mariażem drogich gatunków rzadkich drzew, potężnych skórzanych foteli, kanap i ksiąg z oszałamiającymi historiami, uroczystych pobłysków kryształowych lamp i zapachu cygar oraz kadzideł o tajemnym składzie.
Na środku wznosiło się wielkie mahoniowe biurko, które dominowało złowieszczo nad całym urokiem gabinetu – jakby gasiło go i przytłaczało. A krok za nim ogromniał z kolei czarny, skórzany fotel wypinający się tyłem do Daniela.
– A więc odwiedził mnie Daniel – zabrzmiał głęboki, jedwabisty głos męski, który aż zawibrował i skroplił się potem na ciele nieśmiałego dziennikarza.
– Tak.
– Usiądź – padła propozycja.
Fotel odwrócił się z majestatem a za biurkiem objawiła się kształtna sylwetka milionera we własnej osobie. Na żywo wyglądał jeszcze cudowniej – podsumował w myślach Daniel, siadając na krześle przy biurku.

Promptus siedział tam opięty najdroższą elegancką garderobą, palił spokojnie cygaro, rozkoszując się aż do omdlenia jego boskim zapachem.
Dym drogiej używki szczypał i układał w powietrzu ulotne fantazje – pełne zawiązków niewypowiedzianych i zakazanych kształtów. Dzika, egzotyczna tajemniczość, która promieniała od milionera, rozlała się po pomieszczeniu, zebrała do siebie całe zdziwienie i zauroczenie Daniela, po czym zgęstniała. Ledwo mógł on cokolwiek powiedzieć.
– Weź głęboki oddech – zaproponował Promptus – i zadaj mi pytanie, co znaczy moje imię.
– Co znaczy… Pana imię?
– Z łaciny znaczy „chętny” – i na jego twarzy pojawił się mistyczny, wielowymiarowy uśmiech zwiastujący coś niezwykłego.
– Chętny, by… co? – Daniel przełamał swoją tremę i oszołomienie, postanawiając zadać to śmiałe pytanie.
– Chętny między innymi, by cię poznać, Danielu.
– Mnie? – zapytał zaskoczony Daniel. – To ma być wywiad o panu.
– Wiem, że ci się podobam – odparł, z długim sykiem gasząc cygaro w gębie zdobionej popielnicy. – Widziałem, jak patrzysz na moje zdjęcie na okładce FORBES’a. Słyszałem waszą rozmowę.
Daniel, którego zmieszanie i zawstydzenie w jednej sekundzie zamknęło go w pułapce cyklów powtarzających się żałosnych dukań, nie mógł zrozumieć, jak ten facet go rozpracował – i to tak szybko.
– Ty też mi się podobasz – oznajmił milioner, zaskakując chłopaka jeszcze bardziej i rzucając mu wyuzdane, jednoznaczne, nieuznające oporu spojrzenie.
Zapadła chwila wysączonej na całej długości dojmującą niezręcznością ciszy. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
– W jakim sensie? – zapytał, przełamując to okrutne milczenie.
Wtem Promptus niespiesznie wstał, przeszedł kilka dostojnych kroków i usiadł na skórzanej, brązowej kanapie naprzeciw niego. Rozpiął rozporek. Daniel wzniósł brwi, drgnął i wybałuszył gały, nie spodziewając się takiego zwrotu akcji. Ale szybko opanował emocjonalność i zamarł w bezruchu, chcąc zobaczyć dalszą część pokazu.
Promptus zamknął oczy w skupieniu. Pomiędzy połami jego rozporka zbudził się z pośpiechem jego niezwykły – jak się okazało – członek. Powstał on nagle z poduchy nabrzmiałych jąder i bez skrępowania począł samoistnie nabrzmiewać, fantastycznie twardnieć, puchnąć dziko i nieokrzesanie, unosić się jak ugodzona anakonda.

W słodkich taktach skurczów serca oraz objęciach pulsów żylnych począł szaleńczo mnożyć swoją objętość, wznosząc się tym samym na najwyższe poziomy fizjologicznej estetyki – nieosiągalne dla innych, zwykłych kutasów.
W ciągu sekund bezwstydnie dojrzał on i dorósł do doskonałej rzeźby swojej – która okazała się nieskazitelnym wzorcem kutasa, dumnym herbem męskości, nową definicją prawidłowego fiuta – jakby cała najczystsza męskość wszechświata streściła się nagle i skoncentrowała w tych wykwintnych dwudziestu paru centymetrach wybujałej objętości.
Ta majestatyczna erekcja, to niespodziewane, szokujące objawienie rozbuchanej męskości sprawiło, że Daniel niemal zemdlał. Oto bowiem w pełni rozkwitł przed nim penis, o którym marzył całe życie – którego smakował, kosztował i doił w swych snach. Penis-bożek, penis-idol, penis-marzenie, do którego modlił się po nocach. Jego odurzająca, słodka woń łaskotała go, ujmowała Daniela za serce, budziła w nim zakazane instynkty, a także głęboką trwogę. Otoczony ekscytującą aurą niepokonanej, nieznającej sprzeciwu samczej potęgi, ubrany w królewski szal fałdów napleta, namaszczony świeżym, słonawym śluzem, który ulewał się namiętnie i błyszcząco – onieśmielał swoją niepospolitą dorodnością, kusił wykwintnym wyglądem i sekretnie nakłaniał do rozkosznych, śmiałych eksperymentów intymnych. Jego niespotykany ogrom i kształty roztaczały przed nim zupełnie nowe, ekscytujące anatomiczne możliwości wielokrotnego popełniania czynów lubieżnych – na myśl o których Daniel umierał po cichu w zboczonej, utajonej ekscytacji.

Zapłodniona fantazja chłopaka zaczęła teraz naprędce płodzić całe zaganiane mioty głębokich, erotycznych wizji, w których kutas ten niezwykły pisał spermą swoją najdziksze scenariusze niekończących się pasm ich wspólnych szczytowań.
Fantazję podsycała także objętość jego jąder – z której można było wywróżyć wytryski mocne, długie i obfite, urzekające swą rozwlekłą wielokrotnością.
Tymczasem szparką majaczącą na szczycie penis ten snuł teraz tylko lepki śluz swój – jakby na razie tylko ciekła mu ślina na sprośną myśl o swoich niebanalnych, zakazanych procederach homoseksualnych. O tym, jak zostawiał za sobą bezkresne pola rozwartych męskich gardeł zaduszonych nadmiarem spermy; szlaki brutalnie rozerwanych koleżeńskich odbytów i zdziwionych min. Jakby chciał pochwalić się, jak to był lizany przez całe generacje męskich języków i obciągany przez całe chętne pokolenia nienapojonych ust męskich. Penis ten zdradzał jednakowoż swoimi kształtami i usposobieniem, że nigdy nie ujawnił on przed żadną kobietą pełni swojego majestatu – kluczem do osiągnięcia jego całkowitej gotowości była zawsze męska obecność – najlepiej wielokrotna, naga i rozpalona na całej rozciągłości. Z niej właśnie czerpał seksualną energię i brał do siebie wszystkie te męskie zdziwienia, zazdrości i zachwyty, które musiał budzić w otoczeniu, i pysznił się i ogromniał nimi.
Stężona twarz Promptusa, zanurzona w ekstremalnym skupieniu, zdradzała swą delikatną mimiczną grą grymasów, że oto wysiadły wewnętrzne jego hamulce i nakręcają się tam w jego głowie całe pasjonujące gejowskie sagi pornograficzne – pełne cielesnej gościnności, typowo gejowskiej otwartości na ekstazę i anatomicznych detali męskich skrzętnie ujętych w mnożących się jasnych kadrach. Było tam chyba wszystko: zamknięte w luksusowych sypialniach i zatracone w homoseksualnym szale ciała męskie, łazienkowe analne pieszczoty językowe, przelotne oralne drążenia podprysznicowe, rozochocone kurczliwe odbytnice po przyjacielsku zapłodnione kumplowskimi sokami, ubabrane spermą rozsypane banknoty, kryształowe kielichy pełne młodzieńczego nasienia o smaku dzikich winogron i wczesnego lata.

Jądra napełnione tak mocno, że zdawało się, że wystarczy nacisnąć je palcem, by świeży nektar ulał się ze szczytu.
No i on – Daniel – na gejowskim złotym tronie. Jego nagie stopy lizały całe gejowskie delegacje najlepszych męskich lokai, którzy walili sobie nawzajem na jego widok i dedykowali te orgazmy jemu – nowemu panu tego zboczonego dworu.
Tymczasem do Daniela nagle dotarło, jaki mały i bezbronny jest w obliczu tej megalomańskiej, milionerskiej fantazji, kuli się w obliczu tego ekscentrycznego karnawału homoseksualnych myśli, perswazji i propozycji. I że mogą one nagle się zważyć, przekroczyć punkt masy krytycznej, zapaść się same w sobie, skroplić trującym ejakulatem, a może nawet błogo zmaterializować, spadając na nich z impetem i zabijając ich obu. Bo ich ciężar rósł już nie do wytrzymania, przekraczał realność wielokrotnie.
Odkrył także, że niemożliwością byłoby nacieszyć się tym jego nieposkromionym penisem. Można byłoby przeżyć pod jego zaszczytnym patronatem elektryzujące milenia orgazmów, a potem wciąż miałoby się ochotę na ponowne zapomnienie, bezmyślne zatracenie w tych pulsujących kształtach i szlachetnej twardości.

Chciałoby się te jego nieposkromione wzwody mieć ciągle w sobie i dać tej heroicznej pale wieczne przyzwolenie na niezapowiedziane penetracje oraz frywolne spuszczanie się w każdym zakątku ciała, w każdej pachwinie, otworze i jamie.
– Karm mnie! – krzyczał Daniel w myślach a oczy mu ogromniały i zalewały się łzami. – Karm mnie tym chujem!
I już był gotów wyłączyć wszelkie opory, podnieść się, zrzucić z siebie ubranie i skoczyć w homoseksualnym otumanieniu na tę hipnotyzującą bestię, gdy nagle Promptus ryknął, ścisnął oparcia kanapy, wbił swój wzrok w chłopaka i naprężył ciało, zaciskając zęby. Jądra milionera podbiegły w panice do szerokiego pnia, zajmując wygodne miejsce w cieniu jego wielkości. Rdzeń kutasa jego, wytężony skurczem, został ściągnięty okrutnie w głąb krocza. Wielki penis ukłonił się Danielowi, po czym spiął się jeszcze bardziej, mocniej, pokrył geografią żył, wyprężył się i zamknął w cichej, rytmicznie pulsującej ekstazie. Zdawała się ona drylować jego wnętrzności, patroszyć go brutalnie jak karpia – ale on wciąż nie odrywał wzroku od chłopaka. Sroga ekstaza ta nie litowała się nad nim – i w milczeniu drgającego białego mięsa wkręcała się głębiej i głębiej i wyciskała z jego oczu łzy, wykrzywiała jego twarz w demonicznym grymasie i zamrażała jego ciało. Tylko jego brzuch falował jak płachta na wietrze.
Wtem na szczycie penisa błyszczące swe oko puściła kropla nieśmiałego nasienia – wypchnięta tam na szczyt wewnętrznym, słodkim tarciem, tytaniczną pracą kurczących się organów. Zdawała się być niewinna, bezbronna, obojętna, ale było już jasne, że zwiastowała nadciągający rozrywający, apokaliptyczny orgazm – ozdobiony żarliwym skomleniem, cierpkim wrzeniem śluzu i seansami spektakularnych erupcji nasiennej szalonej piany. Ciśnienie w miażdżonym kroczu rosło aż do ostrego, dławiącego bólu, rozdęło go i z jękiem wykrzywiło, niemal zniszczyło, by w końcu – w chwili rozpierającej ekstazy przeciągniętej aż do niepoczytalności – wypruwać regularnymi haustami z rozedrganego, rozszalałego ciała składowane w nim gejowskie nasienie… wprost na zaskoczoną twarz Daniela.
– W takim sensie… – wysapał Promptus, nieprzerwanie podziwiając chłopaka okrywającego się teraz regularnie grubą, perlistą pajęczyną rozżagwionego boskiego nasienia. Było go tyle, że można by wypełnić nim wszystkie szklanice błyszczące za szybami galerii kredensów w jego gabinecie.

Daniel nie odparł nic – zmrużył tylko oczy, przyjmując w pokorze kolejne porcje ciepłego soku i ciesząc się ulotną chwilą.
Oniemiał z przygniatającego zaszczytu, jaki go spotkał. Oto bowiem jego twarz łzawiła ejakulatem ekscentrycznego milionera – uwalnianym z niego w jakiś magiczny sposób, bezdotykowo, mentalnie, eterycznie. Jakby sam tęgo i bezlitośnie gwałcił się swoimi sprośnymi myślami na jego temat i doprowadził swoją fizjologię do ostateczności, do medycznej sensacji samoistnego orgazmu – zacierając tym samym nieprzekraczalne granice między swoją wyuzdaną fantazją a żywą, poddającą się prymitywnym odruchom materią ciała. Cóż to za cudny talent! Daniel czuł wdzięczność, że mógł być świadkiem tego niezwykłego teatru, w którym ten czarujący reżyser przekonał jakoś samego siebie, swoje ciało, do odegrania tej sztuki nieskrępowanego, nagłego szczytowania – a sposób, w jaki to zrobił, pozostawał jego najgłębszą, najintymniejszą tajemnicą. Być może uległ jakiejś magii, którą Daniel wokół siebie roztaczał swoim chłopięcym urokiem. W końcu Promptus nie odrywał od niego oczu – mimo, że już gasł i stygł powoli.
– Dziękuję – powiedział Daniel.
– Możesz mi się odwdzięczyć.
– Jak?
– Wstań i rozbierz się…
W pierwszej chwili młodzieniec wzdrygnął się i chciał domówić, ale do jego ust niechcący dostała się kropelka tego szokująco uwolnionego nasienia i nagle zderzył się on tragicznie i brutalnie z ogromnym stężeniem feromonów tego bogacza, z biochemią jego tajemnej, samoistnej ekstazy. I wtedy też Daniel odkrył, że oto otwiera się przed nim iskrzący portal do innej, fascynującej rzeczywistości – wysyconej wiszącą w powietrzu, potencjalną i błogą rozkoszą. Wykonał więc posłusznie polecenie, w okamgnieniu obnażając się całkowicie przed milionerem. Ten szybko otulił go pożądliwym wzrokiem i szepnął do siebie: doskonały!

Po czym z wilczym apetytem klęknął przed nim i z samczą troską oraz wszechogarniającą czułością wziął do ust jego nabrzmiewające już prącie, które nabierało już długich, szczupłych i perfekcyjnych kształtów.
Jego faktura przedstawiła się jako oszałamiająco jedwabista – gładka, cielista, wrażliwa. Daniel, odczuwając, jak uwrażliwia go rozprzestrzeniające się wraz z krwią po całym jego bezbronnym ciele nasienie milionera, został zmuszony do dania sobie przyzwolenia na uległe czerpanie swoim prześlicznym kutasem ogromnych ładunków skondensowanej ekstazy. Otworzył się wewnątrz swojej duszy na ten przesyt ostrej rozkoszy, jakiej zaczął raptownie doświadczać. Rozkosz ta lała się do wnętrza jego młodzieńczego ciała jak słodko-pikantny syrop, wypełniała je od środka, wysączała dokładnie każdą komórkę i w każdym organie zakładała swoją aktywną filię. Tracił nad nią kontrolę.
Jak można było przypuszczać, jego piękna, chłopięca i niedoświadczona jeszcze cielesność nie wymagała wielu zabiegów oralnych ze strony sprawnych milionerskich ust – pała jego szybko, sprawnie, kilkoma solidnymi skurczami uwolniła ze swej podstawy ciśnienie napierającego nabiału, zmuszając Daniela do przeżycia kilkunastu długich, błogich, niezatrzymywalnych orgazmosekund homoseksualnego zatracenia.

W ustach tego potężnego pana czuł się tak bezpiecznie i dobrze, jak nigdy w życiu.
Cała jego stomatologia – gruby, szorstki, niespokojny język; napięte, miękkie usta; przytulne, ciepłe, nawilżone gardło – zdawała się być idealnie sprofilowana, skalibrowana i gotowa do przyjęcia tego pysznego, młodzieńczego owocu – tak szczodrze darzącego teraz swojego gospodarza wyśmienitym pierwszym miąższem.
– Właśnie to jest sekretem mojej wiecznej młodości – oznajmił Promptus, oblizując dokładnie swoje wargi i upewniając się, że ani gram drogocennego płynu nie poszedł na zmarnowanie. – Nektar z rozkwitającego organizmu chłopięcego.
Wstał, zapiął rozporek i podszedł do biurka, by chwycić za kolejne cygaro, podczas gdy Daniel ubierał się w lekkim oszołomieniu.
– Danielu, jesteś bardzo smaczny. Liczę, że będziesz jeszcze mnie odwiedzał – dodał, przeglądając się w kryształowym lustrze na ścianie i podziwiając szybkie dermatologiczne efekty swojej gejowskiej kuracji. – W końcu mamy do przeprowadzenia jeszcze niejeden głęboki, fascynujący wywiad… – spojrzał na niego i uśmiechnął się tajemniczo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *