Milion nowych dni

Milion nowych dni

Był późny październikowy wieczór. W naszej pakamerze na dobre rozkręcała się kolejna popijawa. Imieniny świętował Janusz, jeden ze starszych stażem członków klubu. Jak każe niepisana tradycja, zameldowaliśmy się w wpisowymi półlitrówkami zamiast kwiatków, solenizant z pomocą pani Jadzi przygotował jakieś kanapeczki i od razu zrobiło się wesoło. Towarzystwo było całkiem sympatyczne, czułem się wśród nich lubiany i akceptowany, byłem więc zupełnie na luzie – w zasadzie nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne. Wcześniej zaliczyłem już w kiblu jakiegoś brunecika i teraz mogłem obserwować wnętrze łaźni bez normalnego w takich sytuacjach napięcia. Wśród kręcących się tam jak na wystawie burdelu mężczyzn widać było to samo co zwykle „barachło” – w każdym razie nic szczególnie ekscytującego. Chociaż… Moją uwagę przyciągnął sympatyczny blondasek, młodziutki, choć już nie nastolatek, mógł mieć dwadzieścia, dwadzieścia dwa lata. Nie widziałem go tu dotychczas, był w łaźni chyba po raz pierwszy. Wyglądał zresztą na nowicjusza, choć nie do końca zachowywał się po debiutancku – był bardziej od tamtych szczeniaków rozluźniony, nie chował się po kątach, nie uciekał spojrzeniem. A równocześnie zachowywał się wyjątkowo jak na takie przypadki powściągliwie: nie łapał od razu pierwszych okazji. Wyraźnie jednak było widać, że nie przyszedł tutaj przez pomyłkę. Spodobał mi się, był taki inny od tego, co obserwuje się w tym ludzkim maglu na co dzień, że aż żal było taki okaz od razu zmarnować. Doświadczenia łaźniowe wskazywały, że bez względu na jego ewentualne walory, bez względu na jego obecne opory i zahamowania, skończy się wszystko jak zwykle, bo on już był zdecydowany, dokładnie wiedział, czego chce… Ale, na litość boską, cóż tu może znaleźć?

Z upływem czasu atmosfera w naszym pokoiku rozgrzewała się dosłownie i w przenośni. Z coraz większym zainteresowaniem popatrywałem na „mojego” debiutanta, który nadal krążył samotny. Dość miałem już w czubie, więc bez dodatkowych podchodów demonstracyjnie podszedłem do niego i powiedziałem bez zastanowienia:
– Jeśli nie zorganizujesz sobie dzisiaj czegoś lepszego, to zapraszam cię do siebie, powiedzmy na kawę. Za pół godziny będę czekał na ciebie w szatni. Jestem Marek.

Sam byłem zaskoczony swoją odwagą i bezczelną jednoznacznością złożonej propozycji. Nawet nie spojrzałem na niego, żeby zobaczyć reakcję, po prostu odwróciłem się i wróciłem do pakamery witany kpiącymi uśmieszkami. Pomyślałem, że chyba mają rację, że na pewno nic z tego nie będzie. Dlaczego małolat miałby wybrać właśnie mnie? Jednak kiedy w pół godziny później ubierałem się w szatni, ze zdziwieniem usłyszałem za sobą jego głos.
– Co z tą kawą, podtrzymujesz zaproszenie?

Posadziłem go fotelu, zrobiłem kawę, nalałem po kieliszku, włączyłem cichutką muzyczkę i sam usiadłem naprzeciw… Znowu obserwowałem go, ale teraz już lekko rozbawiony, bo nareszcie wyłaziło z niego napięcie. Bał się? A przyjść do obcego faceta, do obcego mieszkania to się nie bał! Boże, te szczeniaki, głupie pchane pożądaniem szczeniaki.
– Słuchaj Paweł, że jesteś sympatycznym chłopcem, to już wiem, ale chciałem wiedzieć o tobie coś więcej. Opowiesz mi?
– A co chcesz wiedzieć?
– Wszystko, co zechcesz mi powiedzieć.

Spojrzał na mnie zdziwiony, ale posłusznie zaczął mówić. Śmieszył mnie trochę, kiedy w punktach referował to, co jego zdaniem było najważniejsze: że ma dwadzieścia dwa lata, że jest technikiem łączności, że mieszka z rodzicami i siostrą. To był inteligentny chłopak i dość szybko wyczuł, że ankieta personalna nie jest tym, co interesuje mnie najbardziej. Sam nie wiem po co, ale chciałem wyciągnąć z niego ukrytą pod suchymi faktami prawdę. Zorientowałem się, że w luźnej opowieści o swoim życiu najczęściej wracał do spraw domowych. Wtedy nie rozumiałem, dlaczego. Teraz już wiem, że zupełnie podświadomie opowiadał mi o tym, co stanowiło dla niego największy problem. Boże, jak ja to znałem. Też przecież straciłem dom tylko dlatego, że nikt mnie w nim nie chciał rozumieć. Sytuacja Pawła była o tyle trudniejsza, że on nie miał dokąd uciec.

Zrodziła się z tego poważna dyskusja o życiu. Nasze postawy i poglądy były bardzo zbieżne, a przecież ja włożyłem w ten interes kilka lat szarpaniny, wiele buntów aż do próby samobójstwa włącznie. Tymczasem on wiedział to już teraz, gdzieś na pierwszym etapie swojego dorosłego życia. Intuicja?
– O cholera, muszę wracać!
– Możesz zostać, jeśli chcesz, mam jeszcze jedno łóżko, wcale nie musiałbyś spać ze mną.
– Naprawdę muszę już iść. Gdybym jednak mógł zostać – uśmiechnął się – to wolałbym spać razem z tobą.

Dopiero później zorientowałem się, że przy pożegnaniu nie daliśmy sobie namiarów na siebie. Tak, to jest zgodne z zasadą półanonimowości, ale przecież to spotkanie było inne, niż by wynikało z obowiązujących w naszym światku reguł. Trzeba więc było złamać i tę regułę – szkoda, że tak się nie stało.

Normalnym skutkiem nieprzespanej nocy było to, że w pracy ledwo trzymałem się na nogach. Mniej normalne było natomiast, że nie potrafiłem się w ogóle skupić, moje myśli cały czas krążyły wokół niebieskookiego blondyna. Wiedziałem o nim już tak wiele, a nic takiego, co pozwoliłoby mi go znaleźć. Technik łączności może w zasadzie pracować wszędzie, nawet w mojej kopalni. W nocy po prostu powiedział „dziękuję” i wyszedł. Zupełnie nieoczekiwanie znalazłem się teraz w dość dziwnym stanie. Dotychczas wszystko było uporządkowane i jasne, na nic i na nikogo od dawna już nie czekałem. Wystarczały mi łaźniowe zdobycze, krótkotrwałe ekstazy i święty spokój. Teraz nagle spotkałem Pawła. Wracałem do domu bardzo zmęczony, jednak całe to zmęczenie minęło momentalnie, kiedy w drzwiach mieszkania zobaczyłem małą karteczkę. Wiedziałem, kto ją zostawił, zanim jeszcze po nią sięgnąłem. „Jak widzisz, zapamiętałem drogę. Chciałbym dokończyć naszą rozmowę. Przyjdę około 18.00. Bądź w domu, nie uciekaj, bardzo Cię o to proszę – P.”

A więc wrócił tutaj, wrócił z własnej woli, to jest najważniejsze. Wiedziałem, że w tym szczeniaku jest coś cennego, wiedziałem, że mój dzisiejszy niepokój nie był bezpodstawny. Kiedy punktualnie o szóstej zadzwonił dzwonek, nie mogłem się opanować i wręcz podbiegłem, żeby otworzyć mu drzwi.
– Jestem Paweł, pamiętasz?
– A myślisz, że mógłbym zapomnieć?

Od tego dnia zmieniło się moje życie. Paweł stał się w moim domu stałym bywalcem, a z czasem już prawie domownikiem. Przychodził często, bywały tygodnie, że widywaliśmy się codziennie. Dzięki niemu w moje dotychczas tak puste mieszkanie wstąpiło życie i od dawna już nie widziana w nim wesołość. A przede wszystkim czułem, że od chwili poznania Pawła zacząłem żyć po prostu normalnie. Do łaźni prawie w ogóle nie zaglądałem.

To był rzeczywiście niezwykły chłopak. Tak inny, tak nie pasujący do wszelkich schematów, że czasami sam nie mogłem uwierzyć, że znalazłem go w tak podłym miejscu. Dręczyło mnie to, więc kiedyś spytałem go prosto z mostu:
– Słuchaj, czego ty właściwie szukałeś wtedy w tej łaźni?
– Jak to czego? Ciebie.
– W łaźni?
– Skoro nie znalazłem ciebie w żadnym innym bardziej przyzwoitym miejscu, spróbowałem właśnie tam. I co, może źle zrobiłem? To przecież nie nasza wina, że czasami jedynym dla nas podparciem okazuje się być brzytwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *