Majowe krzyżówki genetyczne

Majowe krzyżówki genetyczne

Maj. Miesiąc, w którym wszyscy gimnazjaliści nagle zbierają się – niczym pospolite ruszenie. Nie należę do grona osób, które zaprzepaściły piękno polskiego języka na rzecz obcych wyrażeń, idealnie jednak pasuje tutaj słówko zapożyczone z angielskiego, mianowicie „deadline”. Koniec roku szkolnego zbliżał się nieubłaganie. Kwestią czasu było, jak wystrojone nastolatki staną w auli szkolnej odbierając świadectwa, stypendia i różne nagrody z tytułu osiągnięć sportowych czy też naukowych. Nagle wszyscy zdali sobie sprawę z tego, że przez ich obecne noty zasłużą sobie oni na soczysty pasek na tyłku.  Zaczęła się walka o oceny – nie bez powodu nie wtrąciłem słowa „tylko”, gdyż to nie była zwykła walka. Lancelot popadłby w depresję, zważając na jego nieskazitelną postawę względem przeciwników – moje gimnazjum zamieniło się w istną dzicz. Każdy na każdego. To właśnie w maju „stara lumpa od polaka” stawała się „kochaną panią Marią”, wszystkim mówiło się „dzień dobry”, a odpowiedzi ustne nigdy nie sprawiały większej przyjemności. Medal ma dwie strony – uczniowie konkurowali ze sobą, jakby od tego miało zależeć ich dalsze życie. Polowali na poślizgnięcia swoich oponentów, wykorzystywali je, konflikty racji były tu na porządku dziennym.

„Proszę pani, a co było na szóstkę?”, „Proszę pani, Maciek zrobił to gorzej ode mnie a dostał lepszą ocenę”, „No proszę pani, to może chociaż cztery z minusem” – to tylko kilka cytatów, które przypominają mi o moim dotychczas najgorszym okresie w życiu. Wyścig szczurów doprowadził do tego, że nawet ci, których pierwotnie uważałem za rozważnie myślących, na myśl o tym, że nie będą mieli średniej „5,0” na koniec roku szkolnego popadali w stany depresyjne. Zastanawiałem się – „po co?”, na myśl nie przychodziły mi jednak żadne sensowne odpowiedzi.

W końcu i ja wpadłem w sidła chwilowego trendu – biologia była moją piętą achillesową, stąd też moje postanowienie dotyczące wzięcia udziału w zajęciach pozalekcyjnych i wzięcia się do nauki. Jaki ja byłem zadowolony wiedząc, że po nudnej lekcji plastyki mam biologię… Skąd wziął się mój zapał?

Przez pierwsze dwa lata zajęcia prowadziła z pozoru miła pani, której postawa nie bardzo motywowała mnie do pracy. Pierwszą i drugą klasę kończyłem z dwóją na koniec – rozwód ówczesnej nauczycielki doprowadził do tego, iż była ona cięta na wszystkich chłopaków z mojej szkoły. Byłem do niej niechętnie nastawiony, wręcz nie lubiłem jej. Zmiana nauczyciela w trzeciej klasie okazała się mekką.

Okazała się nią czterdziesto paru letnia K. .Chyba każdy ślinił się na jej widok – to dzięki niepowtarzalnej urodzie, którą nabyła prawie pół wieku temu. Była średniego wzrostu brunetką, włosy miała mniej więcej do połowy szyi. Przez jej głębokie, zielone oczy i pełne usta nie raz zapominałem o lekcji i myślałem „co by było gdybym musiał zostać po lekcji”. Średnia opalenizna i skromny makijaż dopinał cały efekt.

Jak mówiłem wcześniej – nie należała do kobiet wysokich. Na oko miała może metr siedemdziesiąt pięć, nie więcej. Maj nie należy do chłodnych miesięcy, przez co coraz częściej zdarzało jej się nosić głęboki dekolt. Mimowolnie mój wzrok wodził tam, kiedy ona tłumaczyła mi sposób na rozwiązanie zadania. Czy to zauważała? Być może; jestem jednak pewny, że zdawała sobie sprawę z tego, iż każdy z jej uczniów (mowa o części męskiej, nie zdziwiłbym się jednak, jakby jakieś dziewczyny z mojej szkoły poczuły w sobie lesbijski zew) był na jej zawołanie. Dbała o siebie – jej paznokcie zawsze były przypiłowane i pomalowane, zazwyczaj na czerwono.

Zajęcia pozalekcyjne odbywały się w czwartki, na siódmej lekcji. Tego dnia miałem ich pięć, dlatego przez wolną godzinę miło spędzałem czas w bibliotece szkolnej, poświęcając się lekturze moich ulubionych czasopism. Towarzyszyła mi moja rówieśniczka, która teoretycznie miała ten sam cel co ja. Nie sądzę jednak, aby należała do grona milf-hacker, chociaż cicha woda brzegi rwie… Zważywszy na okoliczności, czas, miejsce i osoby – mogłem spodziewać się wszystkiego. Po spędzonej godzinie w bibliotece, wybraliśmy się pod klasę 107, cierpliwie oczekując na wyrok. Korytarz był pusty, byłem tylko ja i Ania. Afrodyta przyszła nim zadzwonił dzwonek – cóż, było to dla nas obojętne. Weszliśmy do klasy, wypakowaliśmy się, nauczycielka położyła telefon na biurku po czym skierowała się w stronę naszej ławki. Widok jej dekoltu i stukot koturnów doprowadzał do tego, że moje serce znacznie przyspieszało. Nie okazywałem tego  – serce swoją drogą, ja byłem spokojny, choć czasem brakowało mi pewności.

Nasza „grupa” była przygotowywana pod kątem egzaminu gimnazjalnego – rozwiązywaliśmy różnego rodzaju testy wyboru, zadania otwarte, robiliśmy krzyżówki genetyczne. Większość zadań nie sprawiała mi większego problemu, co mogło doprowadzić do odkrycia moich wstępnych intencji. Postanowiłem „zapomnieć” paru rzeczy, a tuż przed dzwonkiem zadać pytanie, które doprowadzi do powstania dyskusji. Tak też nawiązał się dialog – Ania wyszła i zostawiła otwarte drzwi, a ja z uwagą słuchałem anielskiego głosu mojej nauczycielki. Chwilowa słabość doprowadzała do wodzenia mojego wzroku w stronę jej na pierwszy rzut oka obfitego i jędrnego biustu. Słabość za słabością, zdarzało się to zdecydowanie za często.. w pewnym momencie nie wytrzymała mojej „podzielności uwagi”, złapała mnie za przeguby rąk i pokierowała moje dłonie tuż pod swoją koszulkę. „Ulżyło ci? Możesz się w końcu skupić na tym co mówię?” – powiedziała. Stałem wryty jak słup, nie trzymała już moich dłoni, natomiast moje dłonie były wciąż na miejscu. Serce biło mi bardzo szybko, zrobiłem się czerwony jak burak a moje źrenice rozszerzyły się, jakbym był na haju. Mam dość specyficzne odruchy bezwarunkowe; nie myśląc długo lekko ścisnąłem „balony” – nie bez powodu użyłem tego określenia, gdyż twardością przypominały one średnio napompowany balon. Gapiłem się w jej oczy nie dowierzając, co się teraz dzieje. Usłyszałem tylko jak lekko jęknęła, po czym kazała mi trzymać ręce przy sobie i zamknąć drzwi. Posłuchałem się jej po części – myślałem, że mam wyjść, mimo to drzwi zamknąłem od wewnętrznej strony. Zerknąłem na nią – na jej twarzy zarysował się lekki uśmiech; uznałem, że podjąłem prawidłową decyzję. Widziała, że ją podniecam – w charakterystycznym miejscu na moich spodniach pojawiło się dość jednoznaczne wybrzuszenie. Byłem bardzo niepewny, wiedziałem, że to ona ma teraz kontrolę. Po tym, jak ściągnęła koszulkę, oniemiałem z wrażenia. Równomierna opalenizna, pełna figura i zwyczajny, choć w tamtej chwili seksowny, czarny biustonosz doprowadziły mnie do stanu euforii. Wciąż stałem przy drzwiach, dzieliły nas jakieś dwie lub trzy ławki. Z jej ust wyszły słowa „na co czekasz?”, co dało mi jasno do myślenia – „działaj, raz się żyje”. Powoli zbliżałem się do niej nie tracąc kontaktu wzrokowego,  chciałem utrzymać panujące napięcie jak najdłużej – „niech się trochę pomęczy”.

Usiadła na biurku, ja stałem. W końcu wróciłem do pozycji będącej symbolem frustrackiej walki o moją uwagę, po czym pocałowałem ją w szyję. Raz, drugi, trzeci, czternasty. W końcu nasze usta się do siebie zbliżyły, a właśnie na ten moment czekałem. Musiała czuć mojego penisa na swoim brzuchu – „chociaż wie jak na mnie działa”. Nie miałem pojęcia o mechanizmie rozpinania biustonoszy, na szczęście nie miałem problemów z dopięciem, a raczej rozpięciem swego. Myliłem się – jej biust lekko zwisał i nie był tak obfity jak sobie to obrazowałem, nie było to dla mnie żadnym oporem, a wręcz przeciwnie, podsycało tylko moją chęć do zabawy. Jej sutki były mocno naprężone, wiedziałem, że brak doświadczenia nie jest tu żadną barierą. Mój cichy jęk był jednoznaczny z orgazmem, mimo to wzwód nie ustawał.

Zacząłem od jej sutków, które miały dość słonawy smak. Nie działałem intensywnie – opanowałem się i wszystko działo się powoli, tak, aby z tych zajęć czerpała jak największą korzyść. Włożyła swoje ręce pod moją koszulkę, a jej dotyk sprawiał, że zapominałem o tym, co się działo w owym momencie. Miała delikatne i gładkie dłonie. Jęki nie ustawały, a z czasem stawały się coraz intensywniejsze. Objęła mnie nogami, dłonie trzymała na moich plecach, przycisnąłem ją do siebie i zacząłem namiętnie całować w usta. Miałem wtedy ochotę wejść w nią i zostać tam już po wsze czasy, ale czy 12 centymetrów zrobiłoby jej  jakąś różnicę? Kto wie…

Oliwy do ognia, a przynajmniej tak myślałem, dodała przyjaciółka K., a zarazem moja nauczycielka od matematyki, która bez pukania weszła do klasy. Zastała nas w jednoznacznej pozie. Zdążyłem się tylko odwrócić i zauważyć uśmiech na jej twarzy, który mimowolnie odwzajemniłem. Wyszła, jakby nic się nie stało.

A stało się – był to finisz pieszczot zarówno dla biolożki, jak i dla mnie. Ubrała się, w międzyczasie otworzyłem okno. Starałem się wyjść z błogostanu, żeby nikt przypadkiem nie zobaczył mnie z namiotem. Na pożegnanie pocałowałem ją w czoło i wyszedłem bez słowa. Ona została w klasie, może dochodziła do siebie. A może dopiero dochodziła – jeden pies. Może właśnie uratowałem dupę dla kogoś, kto był zagrożony z biologii…

Po cichu liczę na to, że Agnieszka, przyjaciółka mojej profesorki, zapomni o całej sprawie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *