Kropka i reszta bandy

Kropka i reszta bandy

Kropkę znalazłem pod drzwiami dyspozytorni. Była maleńka i trzęsła się z zimna, bo listopadowy ranek ściął pierwszym przymrozkiem. Zwierzę miauczało cichutko, jakaś wredna dusza wyrzuciła je z mieszkania. Kolega – dyspozytor stwierdził, że to jest kotka. Cała biała, tylko na karku miała czarną plamę. Dlatego nazwałem ją Kropką. Nie mogłem jej trzymać w dyspozytorni tramwajów i autobusów, gdzie pracowałem, bo mielibyśmy na głowie sanepid. Kilka tygodni później poznałem Roberta, kierowcę karetki pogotowia.

Od dobrych paru lat jesteśmy razem – Robert, Kropka i ja, czyli Michał. Mówić o nas można by dużo. Spróbuję trochę opisać część tego. co przeżyliśmy. Takie zwyczajne życie normalnych ludzi. Większość opowiadań jest smutna, u nas też bywało raz lepiej. raz gorzej. Ale po kolei.

Wrocław, czyli prolog
Zacznę egoistycznie, czyli od siebie. We Wrocławiu wylądowałem dlatego. że miałem dosyć rodzinnego Wielunia. Skończyłem tu ogólniak, po którym w 1989 roku nie miałem właściwie czego szukać. Pracowałem jakiś czas w urzędzie miejskim, w kancelarii. Przyjmowałem podania o zgodę na budowę, o przyspieszenie wydania dowodu rejestracyjnego i tym podobne. Dzień podobny do dnia. Dla mnie, geja, w Wieluniu nie było miejsca. Nie afiszowałem się specjalnie ze swoją innością, chociaż rodzina wiedziała, kim jestem. Nie robiła mi z tego powodu jakichś wstrętów, z domu nie wyrzuciła. Mogłem w Wieluniu doczekać późnej starości i zostać pochowanym na miejscowym cmentarzu. Ale mnie ciągnęło do większych miast. Często jeździłem do Warszawy, do Wrocławia. Gdańska. Któregoś razu w dyskotece we Wrocławiu spotkałem faceta, który okazał się kierownikiem zajezdni autobusowej. Oczywiście, po tej dyskotece pojechaliśmy do niego do domu, mieszkał na Krzykach, całkiem ładne trzy pokoje. Pytał, czy jestem z Wrocławia. Mówię, że nie. Na to on, czy chciałbym tu mieszkać. Facet miał na mnie ochotę, to było widać. Nawet się nie dziwiłem – miałem wtedy zaledwie dwadzieścia dwa lata, to był rok 1993. Czy byłem przystojny? Rzecz gustu. Jestem brunetem, ale nie tak owłosionym, jak każdy sobie to wyobraża. Ten gość z Krzyków był z osiem lat starszy – niewysoki blondyn, krępy. W łóżku – jak autobus: ospały. Puścił też tak smrodliwego bąka, że trzeba było otworzyć okno. Powiedział mi wtedy, że załatwi mi robotę. No i załatwił. W sierpniu 1993 roku zostałem dyspozytorem w centrali ruchu przedsiębiorstwa komunikacji miejskiej. Początkowo zamieszkałem u tego „mojego” blondyna, o którym dopiero za drugim razem dowiedziałem się, że ma na imię Gerard i jego rodzina pochodzi z Niemiec. Gerard to typ człowieka rozwlekłego jak flegma: nastawiał budzik już o trzeciej trzydzieści rano, a wstawał z łóżka pół godziny później. Przeciągał się kilka razy jak hipopotam. Z podobną zręcznością gramolił się z lóżka. W łazience robił taki hałas, że trzęsienie ziemi wywołałoby mniejsze: a to strącał dezodorant, a to potykał się o otwartą klapę pralki automatycznej i lądował jak długi na podłodze. Potem jechał na pierwszą zmianę do zajezdni.

Właściwie niczym specjalnym się nie interesował. „Pierdolony bigos” – mawiał o swoim zakładzie pracy, usytuowanym na peryferiach Wrocławia.

Co drugi tydzień Gerard miał drugą zmianę. Czułem, że nie będę mieszkał z nim za długo. Gerard był już którymś z wielu chłopaków, których miałem. Byłem chyba uczciwy, bo powiedziałem mu, że nie chcę z nim żyć do końca.

Los sprawił, że odszedłem od Gerarda szybciej, niż myślałem: w ogromnej miejskiej łaźni w Śródmieściu poznałem Roberta. Miał dwadzieścia cztery lata. Niewysoki, drobnej budowy blondas z małym wąsikiem. Pamiętam tamten wieczór: poszliśmy na Starówkę, do pubu pod Ratuszem. Robert spodobał mi się, był taki delikatny i chłopięcy. Myślałem, że ma osiemnaście lat, nawet pytałem, do którego ogólniaka chodzi.
– Ależ ja już od dawna nie chodzę do liceum – powiedział.
– To co, jesteś w zawodówce? – dociekałem.
– Nie, stary! – zaśmiał się. – Od kilku lat pracuję w pogotowiu ratunkowym, w centrali. Jestem kierowcą na erce.

Robert sprowadził się do Wrocławia spod Jeleniej Góry. Z wioski położonej w malowniczej okolicy przełomu Bobru. Nikt by o miejscowości nie słyszał, gdyby nie zamek, któremu jedni dają sto, drudzy dwieście, a właściciele. którzy go niedawno kupili, twierdzą, że ma sześćset lat.

Wypiliśmy w pubie kilka piw i byliśmy weseli i zadowoleni z życia. Machnęliśmy na taksówkę.
– Do domu – powiedziałem kierowcy i uświadomiłem sobie, że nie wiem, gdzie Robert mieszka.

Mieszkał w hotelu robotniczym, który służył kiedyś budowlańcom fabryki wagonów, a teraz kilka pokoi wynajęta służba zdrowia dla swoich ludzi. Pokoik dwa na trzy metry. W porównaniu z moimi Krzykami, nawet wziąwszy pod uwagę wymiary Gerarda, apartament Roberta był miniaturowy.
– Musimy coś szybko wynająć – zdecydowaliśmy. I tak się zaczęło. Była wczesna jesień 1993 roku.

Kartki z pamiętnika, czyli ciąg dalszy
Październik 1993
Mieszkania do wynajęcia szukaliśmy trzy tygodnie. Ceny takie, że głowa mała. Jeśli trafiło się coś tańszego, to albo to był Kozanów, czyli peryferie, albo Psie Pole, czyli wieś na drodze do Warszawy, albo jakieś inne wygwizdowo.

Daliśmy ogłoszenie w Gazecie Wrocławskiej. Poszliśmy do redakcji.
– Treść ogłoszenia jaka? – zagadnęła nas panienka w recepcji.
– No, mówię – dwóch atrakcyjnych mężczyzn wynajmie niedrogo tanie mieszkanie.
– Jak niedrogo, to chyba jasne, że tanie! Po co masz płacić za dodatkowe słowo – zgromił mnie Robert. – Poza tym dwóch atrakcyjnych mężczyzn to brzmi tak, jakbyś dawał to ogłoszenie do agencji towarzyskiej.
– To może: młodzi, sympatyczni, niepalący, bezdzietni – zaproponowałem.
– Tak, tak, najważniejsze, że bezdzietni – Robert chichotał, na korytarzu biura gromadzili się kolejni klienci.
– Może po prostu: kulturalni mężczyźni szukają taniego mieszkania? – podpowiedziała przyjmująca ogłoszenia.
– O świetnie – ucieszyliśmy się.
– Zwłaszcza on jest kulturalny – Robert kuksnął mnie w bok.

Znaleźliśmy mieszkanie w samym centrum, w starej, wysokiej kamienicy niemal tuż przy dworcu głównym. „Pociąg osobowy przyśpieszony z Łodzi Fabrycznej przybędzie wyjątkowo na peron czwarty” – usłyszeliśmy od progu. W mieszkaniu było otwarte okno, wychodzące na stację. Dworcowe komunikaty słychać było lepiej niż na peronie.
– Proszę panów, stawiamy jasno sprawę – właściciele mieszkania, małżeństwo w średnim wieku, rozsiedli się na fotelach, gdy finalizowaliśmy transakcję. – My chcemy sto dwadzieścia dolarów za miesiąc. Ale jeden warunek: musicie się panowie opiekować Kubusiem. On dużo nie zje. Nie możemy zabrać Kuby do Łomży, bo wnuczek ma uczulenie na sierść zwierząt.

W ten sposób wynajęliśmy czterdziestometrową kawalerkę ze ścianami, z których odchodziła farba. Z kranu w łazience ledwo kapała woda, a kaloryferów nie było w ogóle, ale mieli je lada miesiąc zakładać. Poza tym mieszkanko całkiem niczego sobie: meblościanka, wygodna kanapa, w kuchni Kubuś, czyli kilkumiesięczny chomik syryjski. Aby Kropka nie zjadła Kubusia, kupiliśmy mu akwarium z grubą szybą, która robiła za dach. Kropka, po dokładniejszych oględzinach, okazała się kotem i pierwsze, co zrobiła, to naostrzyła pazury na futerku Kubusia. Kubuś piszcząc przeraźliwie schował się za kanapę. Musieliśmy go we dwóch wydobyć, by włożyć do akwarium, tak się miotał. Nasypaliśmy mu trocin i śmierdzi już trochę mniej.

Początek listopada 1993
W naszym budynku kapitalny remont. Robią centrale ogrzewanie! Kują ściany od parteru po dach. A na dodatek zabrali się za tynkowanie. Teraz, tuż przed zimą! Postawili rusztowania – jak wiatr silniej dmucha, wszystko skrzypi i trzeszczy. Budowlańcy mają niezły ubaw – w tym tygodniu mamy z Robertem drugą zmianę i śpimy do południa. Akurat tynkują nasze piętro. Robson wyłazi spod kołdry cały nagi do łazienki. a tu za oknem – w naszej łazience jest okno – dwóch gości siedzi na podeście i coś tam skuwają. Cale szyby poplamili, toż tego niczym nie da się umyć.

Robert szoruje w łazience głowę i wypina zgrabnie tytek. Ja się też gramolę. nalewam wody do wanny tak, że niemal przelewa się na podłogę. Robociarze omal nie spadają z rusztowania. Co chwila przechodzą koło naszego okna. udają, że wnoszą jakieś farby. Taki cyrk trwa już od tygodnia. Zastanawiam się, czy któryś z nich nie miałby ochoty na małe co nieco z nami. Pytałem Roberta, czy lubi kochać się w trójkątach, to wcisnął mi szampon do oczu. Ja tam nie miałbym nic przeciwko. Mój chłop pewnie też nie, ale pozory zachować warto. Jesteśmy już ze sobą niemal dwa miesiące. Byliśmy na pierwszej dyskotece. Jak na złość musiałem wpaść tam na Gerarda.
– Dobrze ci teraz? – spytał widząc mnie z Robertem. Udałem, że Gerarda nie poznałem. Nie chciałem rozpamiętywać tego. co miedzy nami było, zwłaszcza, że nie było tak naprawdę nic. Liczy się tylko Robert, no, może gdyby pozwolił, to zarwałbym jeszcze kilku chłopaków. Cóż na to poradzę, że mam kurewską duszę? Rozmawiałem o tym z Robertem i powiedział mi tak:
– Jeśli chcesz, to pieprz się nawet z dziesięcioma na raz, byle bezpiecznie. Pamiętaj, żebyś potem nie żałował. Uważaj, jak robisz, żebyś potem nie musiał robić, jak uważasz.

Połowa listopada 1993
Zdecydowaliśmy, żeby zagrać na giełdzie. U Roberta w pogotowiu grają niemal wszyscy lekarze. O trzynastej, kiedy radio Zet nadaje komunikaty z giełdy, wszyscy nasłuchują przy odbiornikach i szaleją z podniecenia.
– Uniwersal dziesięć procent do góry! Elektrim osiem procent!
– Na Irenie redukcja kupna! Mostostal zwyżkuje czwartą sesję z rzędu o maks!

Szał niesamowity, można zrobić pieniądze z niczego. Doktor Kokotowa, z którą Robert jeździ w karetce, włożyła dziesięć milionów i już teraz ma czterdzieści. A babsko głupie jak salceson. Nikt nie wie, kto jej dal dyplom lekarza.
– Ona się nadaje na kucharkę, a nie na lekarkę – twierdzi Robson. – Jedziemy do pacjenta, którego potrącił samochód, a ona w te słowa do rannego: „- Wie pan, ja tak naprawdę nie wiem, co mam z panem zrobić!” No i ta Kokotowa po dwóch tygodniach ma cztery razy więcej kasy! Włożyła na ślepo – po kilkanaście akcji Ireny, po kilkanaście Mostostalu i jeszcze tam czegoś.

Pożyczyłem od rodziny piętnaście milionów, Robert włożył dwadzieścia i staliśmy się akcjonariuszami. Teraz my nasłuchujemy giełdowych komunikatów.
– Zobaczysz, że ten interes pierdolnie, jak guma w ikarusie -śmieją się ze mnie koledzy – dyspozytorzy. Żal im dupę ściska, że sami nie włożyli pieniędzy.
– Trzymałem w banku tyle forsy, że stać by mnie było na malucha. Po roku miałem na dętkę – powiedział mi kierowca z linii 101, gdy zobaczył mnie, jak siedzę przy giełdowej tabelce z Gazety Wyborczej. – Ta giełda to nieporozumienie towarzyskie.

Ja tymczasem jestem dumny. Wrzuciliśmy wszystko w Uniwersal, który poszedł do góry o osiem procent. Czwartą sesją z rzędu!

Naszą kamienicę ciągle remontują. Nie da się nikogo przyjąć, bo wyłączyli wodę i gaz. Chodzimy z wiaderkami do beczkowozu.

Tuż przed końcem listopada 1993
Włączyli wodę i gaz. Robert ma urodziny. Kupiłem mu z tej okazji dwadzieścia akcji Elektrimu.
– Będziemy mieli na mieszkanie, śliczny – powiedziałem, a on mnie wtedy uścisnął. Zaciskamy pasa, wszystko wkładamy na giełdę. Na śniadanie jemy kanapki z serkiem homogenizowanym i topionym, obiady każdy z nas wcina w pracy. My w komunikacji miejskiej mamy zupę regeneracyjną gratis, a kierowcy czasem przywożą nam hamburgery z McDonalda.

Na urodziny Roberta przychodzą jego znajomi: Mietek, pielęgniarz ze szpitala wojewódzkiego, dwudziestolatek, nie dostał się na Akademię Medyczną. Gęsto zarośnięty brunet. Sławek, lekarz ze szpitala urazowego – chłopak po trzydziestce, ale wygląda jak student. I jeszcze parka: Mariusz z Markiem. Są ze sobą od roku, studiują prawo na trzecim roku. Podobni do siebie niemal jak dwie krople spermy: Mariusz – krótko obcięty szatynek z lekką bródką. Marek -włosy o ton ciemniejsze, wąsik. Przynieśli dwie butelki wódki, którą sami właściwie wypili. Doprawili się jeszcze winem, które postawiliśmy, piwem. które przynieśli Mietek i Sławek. No i zaczęli się wyzywać od kurwiszonów. Mariusz wyrzucił Markowi, że ten się puścił na jakimś studenckim rajdzie. Na to Marek do Mariusza, że Mariusz nie lepszy, bo widziano go ostatnio w łaźni, w kabinie z jakimiś młodym chłopakiem.

Impreza zrobiła się kwaśna. Sławek udawał, że nie słyszy, co panowie mają sobie do powiedzenia. Mietek mówił o tym, że znowu kuje do egzaminów. Wreszcie Robert nie wytrzymał i powiedział Mariuszo-Markom, że jak chcą sobie powiedzieć parę ciepłych słów, to mogą zrobić to na dworcu. No i sobie poszli. Na odchodnym Kropka ugryzła Marka w rękę, bo położył torbę na jej fotel, czego Kropka nie znosi. Fotel traktuje jak swój i nikomu nie wolno go zajmować. Marek powiedział, że mamy wściekłego kota i powinniśmy umieścić tabliczkę „uwaga, zły kot”. Wkurzyłem się i powiedziałem, żeby sobie przymocował do fiuta tabliczkę „Jestem głupi”, a swojemu chłopu – „Jestem jeszcze głupszy”.

Koniec listopada 1993
Cały czas tynkują chałupę. Człowiek wchodzi do mieszkania upaprany, jakby mieszał się w wapnie. Wszędzie pełno tego brudu: podłogę w pokoju szoruję dwa razy dziennie, nie pomaga. Centralne ogrzewanie zainstalowali dopiero na parterze, a już mrozy idą. Dziura w łazience, przez którą widzę sąsiadkę Kowbojczyk z dołu i sąsiadów na górze, spowodowała małą tragedię: zalaliśmy cały pion. A było tak: robiłem pranie. Na śmierć zapomniałem, by przestawić pralkę na odwirowanie. No i ciuchy zostały w bębnie pełnym wody. Przychodzi Robert i pierwsze, co robi, to otwiera klapę pralki. Nie wiem czemu tak zrobił, czego on w tej pralce szukał. Woda chlusnęła i wszystkie mydliny spłynęły po piętrach w dół Na szczęście jesteśmy ubezpieczeni, ale sąsiedzi wściekli. Zwłaszcza ci z drugiego piętra, bo woda poleciała wprost na ciemnię fotograficzną. No, ale kto normalny urządza w łazience ciemnię.

Początek grudnia 1993
Pogodziliśmy się z sąsiadami z dołu, zwłaszcza z panią Kowbojczyk. Ona ma siedemdziesiąt lat i kota, który wygląda niewiele młodziej. Nikt nie wie, ile ma lat. Jest potwornie tłusty i ledwo się rusza. Przez ostatnie cztery dni w ogóle nie robił kupy. Sąsiadka Kowbojczyk wie, że mamy kota, więc spytała, czy nie moglibyśmy z jej Pestunią skoczyć do weterynarza. Wziąłem zwierzę, na dyspozytorni powiedziałem do Janka, co jeździ na linii 202, by po drodze skoczył do weterynarza i zawiózł kota. Janek zawiózł, Pestuni nic oczywiście nie jest, po prostu się przeżarła. Za to sąsiadka wniebowzięta. Zaprosiła nas na kawę i pączki własnej roboty. Rozgadała się na temat właścicieli naszego mieszkania. Podobno przed wojną do „naszych” państwa należała cala kamienica. Ale potem dom przejęło miasto i przydzieliło „naszym” właścicielom tę kawalerkę, w której mieszkamy.
– I tak dobrze, że nie wygonili ich z miasta – zamyśliła się sąsiadka. – Do dziś nie wiem dlaczego.

Pani Kowbojczyk mieszka samotnie. Dzieci wyprowadziły się na nowe osiedle i zaglądają tu raz na rok.
– Dom jest bardzo niebezpieczny – ostrzegła. – To wszystko przez ten dworzec. Najgorsze męty się schodzą. Pijak, kurwa i złodziej siedzi w bramie. A tam, po drugiej stronie – wskazała drzwi naprzeciwko, wychyliwszy się na korytarz – to mieszka taki pan Stasiu, nauczyciel. Spokojny pan, tylko u niego bywają różni jego uczniowie. Ja tam nie chcę za dużo panom mówić, skrzywdziłabym pana Stasieńka – ale on to jest jakiś taki dziwaczny. Żony nigdy nie miał, zawsze z tymi uczniami, niektórzy u niego nocują…

Przed wojną, panowie, to była wspaniała kamienica – sąsiadka Kowbojczykowa zadumała się, spojrzawszy na robociarza, który zrzucał z dachu jakąś dechę. – A teraz to jedna ruina. Gdyby panowie chcieli zostawić swoją Kropkę z moją Pesteńką, to ja zawsze przyjmę i waszego mieszkania też popilnuję – zobowiązała się sąsiadka.

Połowa grudnia 1993
Pożar w burdelu. czyli wielki karambol w centrum miasta. Tramwaj dwadzieścia dwa zamiast pojechać prosto, skręcił w lewo i skasował cztery samochody. Na to jeszcze wpieprzył się nasz autobus. Prowadził go Jacek Paprocki, młody gówniarz. W dyspozytorni nazywaliśmy Jacka Kamikadze. Pędził tym swoim jelczem na złamanie karku. No i teraz też. Nie wyhamował, władował się w ostatni wagon tramwaju. Razem dwa trupy, dwanaście rannych, ruch sparaliżowany. Zadzwoniłem natychmiast do Roberta.
– Jedziecie na ten wypadek, prawda? – rzuciłem do słuchawki. – Tak, wszystkie karetki ze Śródmieścia. Ja zjeżdżam z pożaru, gdzie mieliśmy poparzonego i też pędzę.

Spotkaliśmy się na miejscu. Pełno gapiów, dziennikarzy. Szwendają się z tymi kamerami, włażą rannym niemal na nosze.
– Przestańcie tu łazić – wrzasnąłem, widząc jak redaktor Dzidowski z telewizji dolnośląskiej wchodzi mi do zmiażdżonego wagonu. – No, czego człowieku tu szukasz? Podoba ci się, kurwa. ta krew? Gap się, filmuj sobie, aż ci się zrobi dobrze!

A Dzidowski jakby nigdy nic.
– Panie dyspozytorze, jak to się mogło stać? Dlaczego ten tramwaj skręcił?
– A czy ja jestem panem Bogiem? Zapytaj pan tego – wskazałem na leżącego na ziemi człowieka, którego przykrywano właśnie czarnym, foliowym workiem. – Może panu coś powie, to on kierował tym tramwajem.

Patryk Dzidowski jest znany w branży jako pani redaktor Dzidka. Zarozumiały jak kalarepa na wiosnę. W dyskotece udaje, że nie poznaje znajomych. Kupił ostatnio dużą kawalerkę na Sępolnie. Od pół roku chodzi z Kacprem, który jest modelem w agencji fotograficznej. Zastanawiam się, co Kacper zobaczył w Dzidce: owszem pokazuje się na ekranie, przed kamerą mówi z emfazą: Z pożaru domu, ze zburzonego sklepu Patryk Dzidowski, telewizja dolnośląska. Ale kiedy nie jest przypudrowany i pomazany kilogramem kremów, podświetlony trzema kamerami, wygląda, jak młynarz: blada twarz o nieokreślonym wyrazie, brązowa marynarka kupiona w czasach świetności domów towarowych.

Nowy Rok 1994
Leczę kaca. Sylwester spędziłem u… Dzidki. Godzinę po tym, jak przepędziłem go ze zmiażdżonego tramwaju, zadzwonił do mnie i przepraszał.
– Nie gniewaj się, ale szef nam każe robić takie materiały krwiste, takie żywe, przecież ja nie dla własnej satysfakcji tam byłem – tłumaczył się. I prosił, by mu powiedzieć, dlaczego zwrotnica przeskoczyła nie tam, gdzie trzeba.
– To jest tak samo jak ze wsadzaniem fiuta do dziur – wyłożyłem. – Na sto wsadzeń udanych jedno będzie nieudane. Albo pęknie ci prezerwatywa, albo dupcia się zakleszczy i nie wyjmiesz. Zwrotnica to też taki biedny fiutek, tylko z metalu. Biedny motorniczy mógł ją mechanicznie przestawić, nie uświadomiwszy sobie, co zrobił. A kiedy zrobił, było już po wszystkim.

Bałem się, by Dzidka nie puściła na antenie tego fragmentu o fiutkach. U niego wszystkiego można się spodziewać. Nie puścił. I zaprosił mnie i Roberta na sylwestra. Chałupa odwalona jak kościół przed wizytą papieża. Biała terakota, zielone kafelki w łazience. Kuchnia jak lustro. Ogromny pokój, chyba ze czterdzieści pięć metrów. Przyszło parę znajomych Dzidki z telewizji, Kacper z agencji modeli, no i ja. Robert, niestety, nie mógł – miał dyżur w pogotowiu. Chłopak Dzidki zrobił gar gulaszu i dwa serniki wielkości Hali Ludowej. Szampanów kupili cały kontener.
– Jedzcie, pijcie, nie żałujcie sobie – namawiał Dzidka. – Przed Sylwestrem dostaliśmy nagrody, mój reportaż z karambolu zdobył wyróżnienie.
– Dziennikarska kurwa – skwitowałem złośliwie. – Bogaci się na czyjejś śmierci.
– A twój chłop miałby pracę, gdyby ludzie nie chorowali, nie umierali – odcięła się Dzidka. – Też żyjesz z cudzego nieszczęścia!

O północy wszyscy byliśmy nieźle wstawieni. Pamiętam, że wystrzeliliśmy petardę, która wybuchła niemal pod nogami chłopaka Dzidki. Narobił takiego pisku, jakby mu wybuchła w dupie, a nie pod nogami.
– Czy mam wzywać Roberta z erką? – zaoferowałem się.

Zadzwoniłem do swojego chłopa i życzyłem mu wszystkiego dobrego. Dyżur miał spokojny, tylko od północy zaczęły się wezwania od poparzonych petardami i pokaleczonych szkłem z butelek. Potem jeszcze piliśmy, a potem…

Nie bardzo już pamiętam. Obudziłem się obok wysmukłego, muskularnego chłopaka – jednego ze znajomych Dzidki z telewizji. Byłem nagi, facet też. Poczułem jego dobrze wyrzeźbione ciało, był bardzo bujnie owłosiony. Chciało mi się pić, łyknąłem szampana wprost z butelki. Oblałem nim chłopca, roztarłem płyn na jego ciele. Zbudził się.
– Och, kochanie – zamruczał z rozkoszy. – Jaki ty fantastyczny byłeś! Chciałbym jeszcze raz.

Nie pamiętam, co tak naprawdę robiliśmy, ale posmarowałem się żelem, wskoczyłem na dobrze zbudowanego chłopaczka. Pozostali biesiadnicy jeszcze spali, gdy my rozpływaliśmy się w sobie. Ale z ciebie kurwa, Michał, pomyślałem już po wszystkim.

Połowa stycznia 1994
Kupiliśmy akcje Banku Śląskiego. Hossa na giełdzie dosłownie szaleje. W naszej bazie grają już wszyscy. Nawet kierowcy dają się przekonać. Mamy już sto milionów! Żartujemy z Robertem, że na część przedpokoju pieniędzy starczy. Jeszcze rok i kupimy całe piękne mieszkanie. Na razie urywamy się na kilka dni z Wrocławia, jedziemy do Juraty. Robert jeszcze nigdy nie widział morza zimą.

Koniec stycznia 1994
Wróciliśmy z grypą. Cały ten nasz wyjazd był porąbany. Pakowaliśmy się na ostatni moment. Podjeżdżamy pod pensjonat w Juracie, wypakowujemy rzeczy z malucha i okazuje się, że zostawiliśmy w domu torbę z koszulami i majtkami. Mamy tylko torbę z ręcznikami i kosmetykami.

– Dlaczego nie zapakowałeś torby? – wyrzuciłem Robertowi.
– Ja? To przecież ty jesteś kierowcą i ty powinieneś sprawdzić, czy wszystko jest.
– Jak zwykle wszystko na moim łbie! – krzyknąłem. – Ja cały czas za kółkiem, ja mam sprawdzać, czy wziąłeś swoje kremy, może jeszcze mam pilnować twoich prezerwatyw, co?

Torbę dostarczyła nam sąsiadka Kowbojczyk. Włożyła ją do pociągu i nazajutrz mieliśmy już swój zapomniany bagaż. Przed wyjazdem sąsiadce Kowbojczyk zostawiliśmy Kropkę o klucze do mieszkania, gdyby coś nas zalewało. No i zalało. Cholera.

Morze w styczniu to średnia frajda. Dmucha i wieje. Leczymy się wódką z sokiem. W akcjach mamy już ponad sto dwadzieścia milionów złotych. Robert mówi, że może jednak lepiej wycofać pieniądze, bo na giełdzie to i stracić można.

– Ale widzisz, jak wszystko idzie do góry? – spytałem. – Dzień w dzień redukcja kupna.

Koniec lutego 1994
W akcjach mamy już prawie dwieście baniek! Nie wytrzymuję nerwowo.

– Robson, sprzedajmy ten cholerny Uniwersal. Zobaczysz, to pierdolnie i złotówki nie będziemy mieli.
– Tak? – odciął się Robert. – A mieszkanie będziemy wynajmować do końca życia? Poza tym kto, jak nie ty, mówił, by nie wychodzić z akcji? Zagraniczni inwestorzy walą do nas jak w dym. Bank Śląski ma trzynastokrotną przebitkę, a ty chcesz wychodzić z akcji? Teraz, kiedy wszystko tak dobrze idzie? Zarobisz na mieszkanie siedząc w tej swojej dyspozytorni?

Robert przychodzi do domu coraz bardziej zdenerwowany. Dzień w dzień ma dyżur z doktor Kokotową.

– Żeby tę babę kiedyś szlag trafił – mówi. – Jedziemy do faceta, którego potrącił samochód. Ja wciskam gaz do dechy, a ona mi piszczy – Niech pan nie jedzie tak prędko, bo się wywrócimy!
– On się nam też może wywrócić, pani doktor – mówi Robert. – Na tamten świat.

Innego dnia doktor Kokotowa zemdlała przy pacjentce, którą mąż machnął siekierą po nogach.

– Pani doktor, nie ma co mdleć, tylko zabieramy pannę na nosze i grzejemy na chirurgię – Robert zachował zimną krew, bo niejedno w pogotowiu widział.
– Trzęsła mi się przez całą drogę – opowiada Robert o doktor Kokot. – Zastanawiałem się, kto pierwszy mi w tym wózku kipnie – pacjentka czy lekarka.

U mnie w firmie też nielekko: po tym wypadku zobowiązano nas, byśmy nie karali motorniczych, którzy nie przestrzegają rozkładu jazdy. Dyrekcja twierdzi, że do wypadku doszło, bo tramwajarz spieszył się do pętli. Teraz każdy będzie jeździł, jak chce, a pasażerowie rozniosą tę naszą budkę w drzazgi!

Pierwsze dni marca 1994
Mam już dwieście milionów złotych! Ludzie zwariowali na punkcie giełdy. W bankach dzikie tłumy. Mam ochotę wybrać już te pieniądze, ale Robert oponuje. Trudno się dziwić – przyjechali właśnie właściciele mieszkania i zapowiedzieli podwyżkę czynszu. No bo przecież mamy centralne ogrzewanie, ciepłą wodę i gaz, a dom pięknie otynkowany. No i zasunęli nam sto pięćdziesiąt dolarów miesięcznie. Przy okazji gderali przez godzinę na Kropkę. Złościli się, że zdrapała tapetę w kuchni. A przecież kot musi gdzieś sobie ostrzyć pazury, tapeta była tak wyświechtana, że i tak trzeba by ją zmienić. Boją się też o tego swego Kubusia. Mówią, że go Kropka zeżre. Tymczasem Kropka obchodzi go z daleka, jak zdechłego szczura.

Do Roberta przyjechał jego brat. Chce załatwić sobie miejsce w szpitalu klinicznym na neurochirurgii. Coś strasznego: uszczelniał dach stodoły i spadł z niej. Niby mu się nic nie stało, leżał parę dni w szpitalu, ale głowa go wciąż boli, mdleje, dostaje drgawek. Szkoda chłopaka. Piękny gość: dwa metry, długie brązowe włosy, wyrzeźbione nogi. Śpi z nami na kanapie, bo mamy tylko jedną. Jakoś się mieścimy, choć ja z trudem się opanowuję, by nie wiercić się w łóżku.

Połowa kwietnia 1994
Z dwustu milionów złotych zostało nam trzydzieści. W sam raz tyle, by oddać pożyczone pieniądze. Krach na giełdzie nas zdołował. Kiedy ogłoszono redukcję sprzedaży, kiedy wstrzymywano i zawieszano sesje, bo wszyscy chcieli się tego towaru pozbyć, my patrzyliśmy na siebie i nawet kłócić nam się nie chciało.

– Mamy to mieszkanie – powiedziałem sarkastycznie. – Piękne, dwupokojowe, z basenem.
– A tak pięknie było – wspominał niedawne czasy Robert. – Gdyby ta hossa jeszcze potrwała ze dwa tygodnie, z miesiąc…

Wszyscy stracili, najwięcej ci, którzy włożyli pieniądze w ostatnich dniach lutego. Moi kierowcy jeżdżą jak przymuleni.

– Ja to chyba wezmę ten wózek i do Odry, o tak – Staszek, szofer z wozu numer pięćset dwanaście, od dwóch dni nic nie je. Nie rozmawia z nami w czasie przerw, zamknął się w sobie. W styczniu sprzedał swojego nowego poloneza. Wszystko włożył w giełdę. Teraz stać go na felgę.

My z trudem zapłaciliśmy czynsz za marzec. W dodatku Kropka wyskoczyła z okna. Zobaczyła ptaka, rzuciła się za nim i wylądowała na krzaku pod domem. Poharatała się i złamała łapę. Weterynarz skasował nas na kilkaset tysięcy złotych, bo Kropce co rusz trzeba dawać zastrzyki, aby jej się dobrze goiło.

W sobotę poszedłem na dyskotekę. Chciałem wziąć Roberta, ale źle się czuł. Wypiłem dużo, chciałem zapomnieć o tych wszystkich kłopotach. Poznałem jakiegoś biznesmena spod Konina. Białe skarpetki, czarne buty, krawat i kupiona chyba w Tuszynie marynarka. Wysoki, potężny. Mieszkał w hotelu przy dworcu. Tak się napraszał, że niejako na odczepnego poszedłem z nim do hotelowej kawiarni. Wypiliśmy campari i malibu, i było mi już zupełnie wszystko jedno. Ani się obejrzałem, a wylądowaliśmy w pokoju. Nie zawracałem sobie głowy gumką, wszystko odbyło się szybko. Dziwiłem się temu biznesmenowi, że prosi mnie, byśmy spotkali się jutro i pojutrze.

– Zobaczymy – mruknąłem, chowając jego wizytówkę z telefonem zaczynającym się na 0-90.
– To komórka – wyjaśnił. – Możesz mnie zastać wszędzie.

Poprosiłem faceta, by zamówił taksówkę. Wróciłem do domu z trudnością utrzymując równowagę na schodach. Robert był wściekły.

– Ładnie, panie Michałek! – warknął. – Nie ma pieniędzy na życie, ale na twoje pijaństwo zawsze jest.
– Ale nie za twoje piłem! – odszczeknąłem się. I nie za swoje też, pomyślałem idąc półprzytomnie do łazienki.

Sierpień 1994
Właściciele wyrzucają nas z mieszkania. Podobno do naszej kawalerki chce się wprowadzić krewna właścicieli. Przeprowadzamy się do niedużej klitki na Klecinie. Wszędzie stamtąd daleko, ale za to cisza i spokój. Jestem trochę zły na Roberta, bo poszedł do łaźni i wrócił stamtąd z bardzo seksownym brunetem.
– Poznajcie się, to jest Piotr – przywitał mnie od progu. Czarnowłosa piękność studiuje w Warszawie, w Akademii Sztuk Pięknych. Rozmawialiśmy nieco o malarstwie, architekturze, Robert wyciągnął wino. Zrobiło się ciemno, gdy Piotruś stwierdził, że czas na niego. Widziałem, jak Robert był niezadowolony z tego, że Piotr wychodzi. Odprowadził go aż do wejścia i wsadził do taksówki.

Koniec sierpnia 1994
Siedzę w domu. Nie ruszam się od trzech dni. Nie jem, niemal nie piję. Nic mi się nie chce. Świat mógłby nie istnieć. Nawet wyć mi się nie chce. Jestem pozytywny. Sam nie wiem, co mi odbiło. Poszedłem do przychodni na test. No i wyszło. Robertowi tłumaczę, że mam kłopoty w pracy. I tyle musi mu wystarczyć. Nalega, pyta co chwilę, co mi jest. A ja wcale nie mam ochoty na zwierzenia. Proszę go, by zostawił mnie w spokoju, a on dopytuje się, czy mam innego, czy coś mnie dręczy, czy czegoś mi trzeba. A żebyś ty człowieku wiedział, że trzeba.

Początek września 1994
Powiedziałem Robertowi o wszystkim, że jestem zakażony, że to koniec, że powinniśmy się rozstać, bo ja nie mam sumienia patrzeć mu w oczy. Powiedziałem mu, jak się puszczałem w hotelu i u Dzidki. Mówiłem bez przerwy, długo, wyrzucając z siebie potok słów.

Robert jeszcze tego samego dnia wziął zwolnienie z pracy. Pojechaliśmy do jego rodzinnych stron – do małej miejscowości pod Jelenią Górą, w rejon przełomu Bobru. Tu, nad wijącą się rzeką, pośrodku dużej polany, stoi niby gotycki zamek. W jego ruinach bawił się mały Robert.

– To był mój cały świat – mówi. – Wystarczał mi. Był bezpieczny i piękny. Kiedy tylko mogłem, urywałem się z domu i szedłem do zamku.
– Pięknie tu – szepnąłem. – Nie chciałby się stąd ruszać.
– I nie ruszysz się. Przynajmniej beze mnie – Robert objął mnie ramieniem, pocałował mocno, serdecznie.

Z dołu usłyszeliśmy miauknięcie, potem dziki, przeraźliwy pisk. To Kropka upolowała ptaka, który przycupnął na chwilę przed gankiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *