Echo zapomnianych legend (II)

Echo zapomnianych legend (II)

Dzień ciągnął się niezwykle smętnie, choć minęło dopiero południe. Spojrzał w oczy Finna, by wyczytać zeń irytację podobną do własnej. Wszyscy byli już zmęczeni tą niefortunną wizytą. W przystani o księdzu nie słyszano, a odpowiadało im tylko uprzejme wzruszenie ramionami lub pokręcenie głową. Z taką samą reakcją spotkali się wypytując kupców na okolicznym ryneczku i zajrzawszy pod szyld mleczarki na obrzeżu miasta. Finn liczył, że kobieta przynajmniej będzie prezentować piersi adekwatne do profesji, ale widok zapadłego pod wystającymi obojczykami ciała odebrało mu nawet tę małą radość. Filemon wybuchł śmiechem, kiedy podzielił się z nim swoim rozczarowaniem.
– Pomyślałem dokładnie to samo! – skomentował, uśmiechając się posępnie, kiedy snuli się uliczkami.
Nie mieli żadnego pomysłu, cała sytuacja przypominała nieporozumienie lub żart. Filemon zastanawiał się nawet, czy nie doszło do pomyłki w kwestii nazwy miejscowości, z której odpisał ksiądz, ale oficjalna pieczęć u dołu papieru dosadnie zbijała go z tego tropu.
Tomma cierpliwość opuściła już po kilku godzinach, przez co i on postanowił zostawić chłopaków, udając się do portowej karczmy. Wymachiwał przy tym nerwowo rękoma.
Samo miasto było mniejsze niż to, z którego przybyli, czemu wyraz nadawał również znacznie bardziej powolny rytm jego życia. Mimo że starsze o wieki od swojego sąsiada, dawno skryło się w jego cieniu. Filemon pobieżnie przeglądając zapiski o mieście przed wyjazdem, doszukał się informacji, iż początkowo nosiło ono dźwięczną nazwę Durendyn lub Derendyn, ewentualnie Deirendyn. Najwyraźniej było na tyle mało ważnym punktem, na tyle zapomnianym, że jego etymologia nie zainteresowała żadnego lokalnego kronikarza. W miarę przemijania świetności portu, również i jego nazwa uległa zubożeniu i od lat nazywano je po prostu Dryn.
Głos Finna wytrącił go z zamyślenia.
– Nie ma tu nawet kościoła. Podobno ta lepianka, którą mijaliśmy w drodze z doków była kiedyś kaplicą. Ciekawe co miałby tu robić ksiądz?
– Nie wiem i coraz bardziej mi się to nie podoba. Przejdźmy się jeszcze do zarządcy miasta, musi tu być jakiś ratusz. Jeśli nadal nic nie znajdziemy, zabieramy się stąd – rzucił ze znużeniem Filemon.
Nawet kobiety tu mają parszywe. Prowincjonalna oprawa Dryn przyciągała spojrzenie. Zewsząd witały ich wzorzyste proporce ozdobione szeregiem namalowanych kwiatów. Wykończenie budynków, szyldów, ale również i stroje mocno odwoływały się do natury i wręcz epatowały swą ludycznością. Kontrastu owemu wystrojowi nadawała architektura budowli ostałych jeszcze z początków miasta, choć było tego niewiele. Tylko mur ciągnący się wzdłuż brzegu i kamienny prosty gmach ratusza, przyozdobiony gęstym porostem. Nikt ich nie zatrzymywał u drzwi, weszli więc do środka.

W rozległej, ciągnącej się pod chropowatym sufitem sali panował półmrok. Tlące się na kolumnach lampy oświetlały jednak przestrzeń na tyle, by chłopakom ukazał się rząd płacht upstrzonych podobnie do tych widzianych na zewnątrz. Pooplatane kwiatami postaci przedstawiały sekwencję wydarzeń niekojarzących się jednak Filemonowi z niczym konkretnym. Ot, zwierzyna, człowiek podczas codziennych czynności. Szybko wypatrzył mężczyznę siedzącego za stołem na samym końcu izby. Kiedy zbliżali się doń z Finnem, głuchą ciszę przerywało jedynie dudnienie ich kroków o drewnianą podłogę przykrywającą kamień.
– Dzień dobry, chcieliśmy spytać o księdza – zaczął zniecierpliwiony Finn.
Postawny, krępej budowy mężczyzna uniósł surowe oblicze znad jakiegoś listu. Jego krótko przystrzyżona broda przestała się poruszać w takt wypowiadanych bezgłośnie słów.
– Czy to miejsce wygląda ci na kościół?
Zapadła chwila ciszy, nie takiej odpowiedzi się spodziewali.
– Nie, nie wygląda i właśnie dlatego przyszliśmy do niego, żeby dowiedzieć się jakim prawem nie ma już kościoła w tym mieście. I gdzie jest ksiądz Addam, z którym wymieniłem korespondencję pod pieczęcią parafii w Burzowej Przystani.
Filemon wysunął się z cienia, a zdecydowany ton jego głosu i widok bluzy wykonanej z zakonnej szaty najwyraźniej kompletnie wybiły rozmówcę z tropu, gdyż tym razem to on zamilkł na dłużej.
Gdzieś z boku dobiegł ich chichot.
– Prawda, nie mamy tu parafii. Została zamknięta wiele lat temu.
Spokojny, pełen rozwagi głos należał do stojącego nieco dalej pana odzianego w piękną szatę. Długie, proste włosy opadały mu po bokach pociągłej twarzy, rozjaśniając ją swoją siwizną. Uśmiechnął się serdecznie i podszedł, by przywitać niespodziewanych gości.

Tę samą salę chłodną i pustą za dnia wypełniały teraz gwar i ciepłota. Filemon i Finn zdecydowali się zostać na noc, korzystając z gościnności burmistrza. W zasadzie nie mieli większego wyboru, ponieważ Tomm niespodziewanie opuścił ich bez pożegnania. Gdy dotarli bowiem z powrotem do doków, po nim i jego kutrze nie został nawet ślad.
– A to zdradzieckie, fałszywe bydlę – rzucił wówczas Finn, zaciskając dłonie w pięści. – Zawsze liczył się dla niego tylko zysk, walczył o każdy grosz. Powinniśmy byli go pilnować!
Miron, bo takim imieniem przedstawił się burmistrz, wyszedł im z pomocą, oferując nocleg. Razem z żoną, równie dostojną, zapewnili z uśmiechem, że to doprawdy żaden kłopot.
Kobieta siedziała teraz obok męża przy stole na podwyższeniu, a gburowaty, potężny mężczyzna, którego wzięli początkowo za burmistrza, dobre dwa metry dalej. Jej wygląd wskazywał, że jest znacznie młodsza od męża, a wysoka, wyprostowana postura robiła wrażenie. Miała na imię Lukrecja i działała podobnie. Przynajmniej na Filemona. Chłopak pamiętał, że zaparzony gęsty wywar z lukrecji podawano mu w czasie choroby, kiedy jeszcze był dzieckiem. Piękna pani musiała być świadoma zainteresowania jakie wzbudza, siedziała uśmiechnięta, nawet gdy nie rozmawiała ze swoim mężem, co jakiś czas rozglądając się po sali.
– Czujcie się jak u siebie, chłopcy. Bardzo lubimy tu młodzież – powiedziała kiedy przyszli do ratusza z żalem wywołanym dezercją Tomma.
Miała teraz ten sam wisiorek co wtedy. Chłopakom od razu rzucił się on w oczy. Prosty, acz elegancki naszyjnik zdobił misterny klejnot zmieniający barwę w zależności od kąta padania promieni słonecznych. Raz mienił się czerwienią, by potem przejść w tonację tajemniczej zieleni. Filemon widział go teraz na drugim końcu sali przez dym, gorąc, wrzawę i niemały tłum ludzi. W tym miejscu zmienił się jedynie rozmiar dekoltu. Na większy.
Z czasem kolejne porcje piwa, tłustego jedzenia oraz wciągająca monotonia muzyki pochłonęły jego uwagę. Przyglądał się ludziom, zawieszając oko szczególnie na kobietach. Było ich sporo, całkiem atrakcyjnych, a większości z nich nie widział za dnia. Pod giezłami powiewały im luźno piersi niepodtrzymane żadną bielizną. Finn już dawno zatracił się w tańcu, mimo że większość partnerek przewyższała go o głowę. Filemon przyjrzał się raz jeszcze porozwieszanym obficie gobelinom. Alkohol i radosne okrzyki rozlegające się zewsząd ożywiły sceny ukazane na obrazach. Basowe, głębokie dudnienie strunowego instrumentu, którego chłopak nigdy dotąd nie widział, ani nie słyszał, wprowadziło go w swoisty trans. Dopiero teraz zaczął dostrzegać pewne szczegóły. Nagle uświadomił sobie, że oglądane przedtem scenki przedstawiają groteskowe przeinaczenia. To zwierzęta polowały na myśliwych, garbowały ich skórę na stojakach, niedźwiedzie okrążały cyrkowców zamkniętych w klatkach, a z kościelnej ambony przemawiał wilk. Z zamyślenia wyrwało go przeciągłe wycie. Odwrócił twarz w bok, później spojrzał w drugą stronę. Finn ssał cycek wysokiej dziewczyny, bujając się z nią nadal w tanecznym rytmie. Nikogo wokół w ogóle to nie krępowało.
Ci ludzie są zupełnie inni, bezwstydni i nastawieni na przyjemność doczesną. 

Nic dziwnego, że ksiądz nie zabawił tu długo. Według relacji Mirona miał się wynieść już po niespełna dwóch tygodniach.
– Poczciwemu dobrodziejowi nie przypadły do gustu nasze zwyczaje – odparł wówczas we właściwy sobie, czarujący sposób.
Sytuacja sama w sobie wydawała się niezrozumiała, jednak charyzmatyczny burmistrz brzmiał niezwykle przekonująco i szczerze.

– Podnieciłeś się?
Gdy po raz kolejny ocknął się z natłoku własnych myśli, po swojej prawej stronie Filemon ujrzał młodą kobietę. Wygięła pełne usta w uśmiechu i wymownie łypnęła na jego krocze. Gdy podążył za jej wzrokiem, uświadomił sobie, że ma rację. Przygryzł tylko wargę, nie wiedząc co powiedzieć i spojrzał na nią, unosząc brwi. Jej kobieca figura z gracją mościła się na ławie. Piersi miała zupełnie odkryte, a jej koszula sprawiała wrażenie jakby miała zaraz spaść na ziemię. Sutki przykrywały plastry gęstego miodu urzeźbione na kształt słońc. Od duchoty panującej w izbie i temperatury ciała kobiety nadtopione ozdoby rozlewały się po sporych piersiach. Słodki strumień dotarł aż do pępka. Filemon czuł, że owa wizyta przy jego stoliku spowodowała jeszcze większe podniesienie się materiału jego spodni. Rozpostarł tylko szerzej uda, wpatrując się z lubością w jej wdzięki. Długi warkocz spleciony z blond włosów opadał dziewczynie na plecy. Powietrze zamigotało w gorącym podmuchu, muzyka przyspieszyła w żwawszym tempie. W tle odezwały się dziewczęce głosy nucące jakąś lokalną pieśń w rytmie magicznej melodii wybijanej ze strun. Blondynka kolejny raz zmierzyła spojrzeniem jego krocze, tym razem jej oczy otworzyły się szerzej, zęby zaś wykrzywiły w lubieżnym uśmiechu.
– No, podniecił się nam chłopiec – opuszka jej palca oparła się o wybrzuszenie materiału i zakręciła nim ochoczo. – Mam na imię Ofelia, a ty?
– Filemon – wymówił dosyć niewyraźnie, zmuszając się do oderwania wzroku od piersi. Zauważył, że uszy dziewczyny zdobiły kolczyki wysadzane kamieniami szlachetnymi podkreślającymi mocno kolor jej oczu.
Akwamaryn. Tak, z pewnością to akwamaryn. 
Ofelia zamrugała tylko wesoło i szturchnęła palcem czubek jego nosa, zgrabnie przenosząc później rękę za jego głowę. Palce sprawnie wtopiły się w gęstwinę długich włosów. Chłopak przymknął oczy i przechylił wysoki kufel, by całkowicie go opróżnić. Gdy otworzył oczy, świat tlił się niewyraźnie wokół niego. Podwyższenie z możnymi tych ziem zniknęło zupełnie z pola widzenia Filemona. Zewsząd otaczały go powyginane w tańcu na wpół rozebrane ciała.
– Jesteś jednym z naszych gości, prawda? – usłyszał jej głos tuż przy uchu.
– Tak… przybyliśmy do księdza.
Kobieta roześmiała się gromko, górując przez chwilę nad wszechogarniającym harmidrem.
– Masz swojego księdza – poczuł dłoń zaciskającą się we włosach. Skierowała buzię chłopaka wprost na biust. Słodycz miodu wypełniła jego usta, a wargi szybko zrobiły się równie lepkie co potężne piersi Ofelii. Zgarniał słodką papkę językiem i na zmianę ssał jej sutki. Wkrótce po klejącym nektarze nie było śladu nawet na brzuchu dziewczyny.
Uniósłszy jego twarz ujętą za podbródek, zajrzała mu w oczy z bliska.
– Smakowało? – niebieskie oczęta zatliły się wesoło.
Filemon pokiwał głową z uznaniem, jednakowoż czując, że jest pociągany w górę. Po chwili stali już naprzeciw siebie w chmarze wirujących ciał. Ofelia przewyższała go o głowę, świecąc falującym biustem przed jego twarzą. W mig ów widok umknął mu, a zdecydowane szarpnięcie dłoni splecionej z jego dłonią wciągnęło ich w tłum. Przeciskał się przez ciżbę, prowadzony przez hożą towarzyszkę, tu i ówdzie ocierając się o roznegliżowane ciała. Dopiero po chwili zorientował się, że czyjaś zaczepna ręka niemal całkiem zerwała zeń koszulę, inna zaś zsunęła spodnie aż do miejsca, w którym zaczynają się uda. Nie zdążył się nawet obejrzeć w stronę podwyższenia, by odszukać wzrokiem żonę burmistrza. Kiedy sobie o niej przypomniał przemierzali chłodny kamienny korytarz wychodzący z głównej sali. Chłopakowi kręciło się w głowie, ledwie udawało mu się utrzymać równowagę przy nagłych skrętach w boczne alejki.
Gdy przymykał oczy i otwierał je po chwili, byli za każdym razem w zupełnie innym miejscu. W końcu po kolejnym uchyleniu powiek Filemon zorientował się, że dotarli do jakiejś komnaty. Ściany zdobiły śliskie, lekko połyskliwe płyty koloru szarej zieleni podobnie jak dwie kolumny dzielące pomieszczenie jakby na dwa połączone identyczne pokoje. Poczuł wilgoć. Nie tę wywołaną potem, gorącem i biesiadą. Uświadomił sobie, że stoi po kolana w wodzie. Po chwili już po pas, stał nagi w gorącej wodzie osobliwej łaźni. Obok jego przewodniczka rozpalała kolejne świeczki i dymiące kadzidełka, pochylając się przy tym rozkosznie. Zza grubych murów dobiegał wciąż ten sam monotonny rytm basowych strun wciągający i mamiący zmysły. Duszne opary jeszcze intensywniej odurzyły chłopaka. Po wzięciu głębokiego oddechu ocknął się, siedząc zanurzony w gorącej wodzie pośród gęstego dymu o słodkawym zapachu cytrusów. Przed twarzą zatańczyła mu spódnica Ofelii, a po chwili już całkiem nagie duże pośladki uderzające o siebie wzajemnie. Nim się obejrzał, był już w jej objęciach.
Złączyli się w pocałunku. Kobieta nabierała pary w usta, by po chwili wypuścić sowity kłąb prosto w jego buzię. Na silnie unoszącej się klatce piersiowej skutego onirycznym transem Filemona położył się potężny biust blondynki. Zamyślił się na dłuższy czas, wdychając jednostajnym tempem ciężkie powietrze do płuc. Otrząsnął go dopiero orzeźwiający dotyk języka wijącego się wokół jego pępka.
– Chyba nie żałujesz, że przypłynąłeś? Podobam ci się, mały? – uśmiechnęła się do chłopaka z dołu, przechodząc muskania jego pachwin.
Gęsty dym przysłonił mu niemal wszystko, czuł się przez chwilę niczym olbrzym wędrujący ponad chmurami. Chłodna satynowa cegła przyjemnie rzeźwiła jego rozgrzane plecy.
– Twoje klejnoty idealnie podkreślają błękit twoich pięknych oczu – wymamrotał żałośnie, siląc się na komplement układany w przyćmionym umyśle już od spotkania na sali biesiadnej.
W odpowiedzi usłyszał prychnięcie, następnie łapczywe usta pochłonęły jego jądra. „Twoje klejnoty”, wypowiedziała z zapchaną buzią tak niewyraźnie, że aż groteskowo. W przypływie zniewalającego dreszczu Filemon osunął się na twarz kochanki, szerzej rozstawiając miękko stojące nogi. Ofelia musiała przytrzymywać go za pośladki, a spod bujającej się blond czupryny wydobywały się słodkie pomruki pełne aprobaty.
Znowu ogarnął go bezmiar dymu okadzającego pomieszczenie. Kłęby opatuliły go niczym magiczny płaszcz, a ponowne przymknięcie oczu na dłużej przerodziło się w senny trans. Słyszał echo szepczącego głosu, zadawane pytania i rozczulające wibracje przeszywające jego podbrzusze gorącym dreszczem.
„Gdzie ją spotkałeś? Co ci powiedziała?”
Chmury dymu rozstąpiły się, a chłopak poczuł, że jest obracany przez sprawne dłonie skupione na gładzeniu jego pośladków.
Zerknąwszy w dół ujrzał dłoń Ofelii masującą jego miękką męskość.
– No… chłopiec nam zupełnie opadł z sił. Pobudka! – gwałtowny klaps spadł na jego półdupek, zwieńczony wbiciem pazurów.
– Jesteś bardziej podatny na sen niż myślałam – jej szept kolejny raz rozszedł się echem, świeżym powietrzem smagając go po tyłku.
Poczuł pocałunek na pośladku. Za nim przyszły kolejne, na tyle zaskakujące, że odsunął biodra.
– No… daj mi tę pupę, Filemon – dziewczyna przyciągnęła go z powrotem ręką cały czas pracującą z przodu. Tym razem obdarowała go wilgotnym pocałunkiem prosto między pośladki. – Pokażę ci prawdziwe czary – dodała ochryple i jej język zamaszystymi ruchami zaczął prześlizgiwać się wzdłuż rowka chłopca. Przy akompaniamencie chłopięcych pojękiwań i plusków wody, jego męskość zaczęła się podnosić. Nabrała twardości zahartowanej stali, gdy Ofelia wepchnęła w niego język. Znowu zmiękły mu nogi i osiadł luźno opierając pupę o twarz dziewczyny. Przycisnęła go do siebie jeszcze mocniej, jedną dłonią w błyskawicznym tempie polerując jego miecz, drugą zaś trzymając jądra. Fala oszałamiającego ciepła rozlała się od jego tyłka, aż po klatkę piersiową.
– Koniec! – klaps jeszcze potężniejszy od poprzedniego ponownie uwolnił go od nadciągającej monotonii transu.
Chwilę później przykrywał plecy czarująco wypiętej Ofelii z pełną gracją stojącej na czworakach w wodzie. Wbijał się w nią energicznymi ruchami, chlapiąc murowaną ceramikę wokół. Szepty ponownie dobiegły jego słuchu, przypominając swoim pytaniem o czarownicy, o tym jak go przemieniła. Przełożył nogi przez szerokie biodra i, nie wychodząc z kobiety, dosłownie usiadł jej na pupie. Podskakując odbijał się od dużych, miękkich pośladków niczym od wypełnionych najlepszym puchem poduszek. Wzrastał w nim coraz silniejszy animusz, pragnienie wyżycia się. Chciał odzyskać kontrolę. Nie zwalniając ruchów bioder, chwycił Ofelię mocno za kark i uderzył w twarz. Kolejne uderzenia przyszły same, spadając gdzie popadnie: na pośladki, plecy, uda. Impet z jakim pokrywał dziewczynę rósł, a kolejnym posunięciom towarzyszyło rozbryzgiwanie się wody na wszystkie strony. Przeciągnął paznokciami po jej plecach, zaczynając od karku, a na miednicy kończąc. Czuł gotującą się w żyłach krew, rozpierał go niespotykany dotąd obłęd. Nagle zwątpił, zatrzymując się na chwilę. Szczecina jasnych włosów od razu uniosła się pytająco.
– No dajesz, mały, dajesz – usłyszał zachęcające westchnienie, a wyciągnięta do tyłu ręka Ofelii chwyciła go za pośladki.
Przyspieszył jeszcze i odciągnął jej głowę w tył, szarpiąc za warkocz. Zacisnął dłoń na szyi dziewczyny, a palce drugiej wepchnął jej brutalnie w usta. Ofelia wiła się pod nim targana podnieceniem, dłonią majstrując między jego pośladkami. Koniuszki jej palców dotarły do samego środka, by zgrabnie rozmasowywać dziurkę okrężnymi ruchami.
– Pieprzona wiedźmo… – warknął i zdzielił ją po raz kolejny w twarz. Zaczął znęcać się nad kołyszącymi się nad wodą piersiami. Bił je, ugniatał, ciągnął i szarpał za sutki. Nie wytrzymując uderzeń ich ciał, poustawiane wokół świeczki pospadały na nich, rozlewając gorący wosk. Większość wylądowała na plecach Ofelii, przykrywszy je parzącą poświatą. Lepki gorący krem popluskiwał między nimi w takt radosnych posunięć, prowokując Filemona dodatkowo do finiszu zbliżającego się wielkimi susami. Nagły, potężny dreszcz sparaliżował go na tyle, że mógł jedynie przylgnąć najszczelniej jak potrafił do ciała kochanki. Ogarnęło go dawno zapomniane poczucie spełnienia, a długotrwałe napięcie, z którego nawet nie zdawał sobie sprawy, odeszło natenczas zupełnie. Nawet nie myślał się podnosić, zanurzając się kolejny raz we śnie.
Kiedy Filemon uchylił oczy, doszło do niego, że nie znajduje się już w łaźni. Duszna aura oparów i wilgoci zupełnie gdzieś uleciała. Była noc, a on leżał z buzią wciśniętą w miękką, pachnącą olejkiem poduszkę o śliskiej powierzchni. Dopiero gdy odsunął twarz, odepchnąwszy się od niej dłońmi, zorientował się, że to tyłek Ofelii. Śniła rozpostarta na łożu obok niego z warkoczem przepięknie uwitym wzdłuż linii kręgosłupa. Chłopiec dopiero teraz poczuł osłabienie wywołane upojnym wieczorem. Zachwiał się, po czym zległ miękko na posłaniu, a jego buzia powróciła na wygrzaną poduszkę, lądując nosem prosto między pośladkami.
Ze snu na dobre wyrwało go skrzeczenie gromadzących się przy urwisku wron. Wyczekiwały łatwych łupów przyniesionych przez morskie fale w podarunku. Usiadł na łóżku, nie odmawiając sobie dłuższego spojrzenia na piękne kobiece wdzięki. Ciche szumienie w głowie mąciło jego umysł, a suchość w gardle zmusiła do poszukiwań kojącego napoju. Na kufrze przy ścianie odnalazł swoje ubranie, wdział je więc i powlókł się przez jedyne dostępne w pomieszczeniu drzwi.
Pokój musiał znajdować się na skraju starych murów ratusza, bo Filemon szybko znalazł się na świeżym powietrzu. Ledwie zaczęło dnieć, poranny chłód niekomfortowo pobudzał do życia. Jako że nie udało mu się znaleźć niczego do picia, ruszył skrajem urwiska, licząc że morski wiatr przyniesie mu przynajmniej częściowe ukojenie. Zdołał przejść półką skalną dosyć spory kawał, opierając się dla równowagi o stromą ścianę. Myślał o tym co przyniosła noc, Finnie i celu ich podróży.
W zamyśleniu zawiesił nieobecny wzrok na spienionych skałach, ledwie widocznych zza mglistej zasłony ciężko wiszącej wokół urwiska. Coś bujało się na dole, przywołując wspomnienia z wczorajszego dnia. Drewniane połacie obwite jasnym materiałem. Wreszcie skojarzył. Tomm, to był jego kuter. Potężny wiatr prawie zdmuchnął Filemona ze skarpy w nagłym porywie. W ostatniej chwili udało mu się złapać równowagę na nogach. Raptownie przywarł plecami do zimnej skały. Dmący strumień zimnego, jesiennego powietrza strącił kaptur z jego głowy, rozrzucając włosy na wszystkie strony.
– Uważaj, bo spadniesz, chłopaku – z boku dobiegł go znajomy głos.
Ujrzał dłoń Mirona z pięknym pierścieniem na palcu przyciskaną mu do twarzy. Była w niej jakaś szmatka mocno nasączona tęgim wywarem. Szybko odpłynął do wołającej go z powrotem krainy snu.

♦ ♦ ♦

Finn wpatrywał się w słabo oświetloną kratę wysokiej celi. Zdążył się już pogodzić ze swoim położeniem. Wrzaskiem, prośbami i nieudolnymi groźbami nie wskórał niczego. „Po tak wspaniałej nocy taki los”. Moc niezliczonych par falujących piersi i lśniących nagich pup była wszystkim co pamiętał, niemniej tliło mu się, że gościnność w pewnym momencie opuściła tutejszych.
Pozostało mu ułożyć się na twardej drewnianej pryczy pokrytej skąpą warstwą siana i czekać. Z murów wydobywało się dudnienie wiatru ciągnącego się przez ukryte szczeliny, a gdzieś w oddali głucho przygrywało regularne kapanie.
– Hej, ty! – rozległo się ciche nawoływanie z naprzeciwka.
Finn uniósł głowę z zaciekawieniem.
– Strażnik się oddalił, podejdź do kraty. No rusz się, chłopaku.
Po drugiej stronie korytarza znajdowała się inna cela, niewidoczna z perspektywy pryczy. Finn przycisnął buzię do stalowych, brudnych od rdzy pałąków. Za drugą kratą stał średniego wzrostu mężczyzna, którego blada skóra kontrastowała w mroku z ciemnym odzieniem i włosami. Och, tak. Przez tę ciszę zapomniał, że mogą tu być też inni więźniowie. Korytarz nie był szeroki, ale wydawał się bardzo długi i zawiły.
– Widziałem jak badałeś celę – ciągnął dalej nieznajomy głos – ale nie sprawdziłeś wszystkiego. Na suficie, niemal w rogu jest wejście do szybu. Jeśli uda ci się tam wejść, opuścisz loch.
Finn wycofał się gwałtownie i spojrzał w górę. Pomieszczenie było doprawdy wysokie, ale jego sklepienie jawiło się jako cienista, nieoświetlona powierzchnia. Wyjrzał znowu na korytarz.
– Kim jesteś?
Długie ucho chłopaka znowu wychynęło spomiędzy prętów, by wyłuskać słowa spośród zagłuszającego świstu i mroźnego wiewu.
– Mordercą. Do teraz byłem tu tylko ja i, Bóg mi świadkiem, myślałem, że zgniję w tym parowie na śmierć. Szybko, wydostań się stąd, a potem pomóż mnie.
Mordercą, hm. Zastanawiając się nad odpowiedzią, Finn rozejrzał się ponownie. Obejrzał ściany dokładniej, znajdując tu i ówdzie atrakcyjne punkty zaczepienia w postaci metalowych listew do przykuwania jeńców, przykrytych kurzem gniazd na pochodnie. Odepchnął się stopą od pryczy, wcisnął pazury za listwę i ruszył w górę. Od tego momentu szło mu tylko łatwiej, a kolejne przyczepy pojawiały się same na jego drodze. Wreszcie dotarł do szczytu. Wspomniany otwór też tam był. Nie zastanawiając się dłużej, zanurzył głowę w warstwie brudu i pajęczyn, czując przy tym nieprzyjemne łaskotanie na twarzy. Nie był pewien, czy to delikatna pajęcza nić, czy może robactwo smaga jego lico, dlatego porzucając wszelkie myśli przeczołgał się naprzód przez mrok. Wtem obraz przed nim nagle pojaśniał i Finn zorientował się, że spada. Uderzywszy o ścianę, wbił się plecami w spróchniałą pryczę. Kiedy paraliżujące mrowienie w połączeniu z głębokim bólem ustąpiły, zdał sobie sprawę, że może wstać. Znajdował się w jednej z sąsiednich cel, tych niezagospodarowanych, więc otwartych.
Przemierzał korytarz, tłumiąc rozpierającą go radość z wolności, kiedy nagle zatrzymał go głos tuż obok.
I co, kocie? Zapomniałeś o mnie?

♦ ♦ ♦

Otworzył oczy, kiedy strumień chłodnego potu spłynął wzdłuż jego torsu. Szarpnął ramieniem by się podrapać, jednak ani drgnęło. Dopiero teraz to dostrzegł. Leżał na wznak, a przeguby stóp i dłoni przykute miał do łoża metalowymi obręczami. Mógł się swobodnie rozglądać, bo prostokątna płyta oparta była pod skosem o ścianę. Znajdował się w pomieszczeniu przypominającym laboratorium. Szare murowane ściany przyprószone brudną zielenią połyskiwały w blasku rzędu świec. Po lewej zaś stronie bulgotał figlarnie gąsior, odprowadzając bąbelki przez szkarłatny płyn. Przeszył go wzdrygający dreszcz przerażenia. Przypomniał sobie. Już tu był. Był tu, nim udało mu się zbiec. Ślady pazurów na skórze bolały tak samo jak poprzednio, a posiniaczone ciało ani trochę się nie zagoiło. Nagle z prawej strony bezgłośnie wynurzył się cień odziany w szatę ciemną jak zakrzepła krew, a obszerny kaptur zasłaniał mu oczy. Widać było jedynie ziemistą powłokę, spośród której szczerzyły się groteskowo powykrzywiane zęby pozbawione ust. Szpiczaste szpony wbiły mu z impetem rurkę w prawy bok. W tym momencie bulgotanie nasiliło się, a wszystko przykryła czerwona poświata.

Zawył tak głośno, że aż po chwili zapiekło go gardło. Wyglądało na to, że się przebudził, choć Filemon wcale nie czuł się jakby śnił. Odruchowo spojrzał na tors. Po ranach nie było śladu, wszystko było w porządku. Choć… nie. Nie mógł się podnieść, ani ruszyć kończynami. Zorientował się, że znowu leży przykuty z rozpostartymi ramionami. Leżał całkiem nagi na miękkim materacu, a do wnętrza pokoju przez wysoko położone, piwniczne okno wpadał promień bladego słońca.
– Patrzcie, obudził się! – padł znajomy głos i przy przekrzywionym w górę łóżku pojawił się burmistrz z żoną i… Ofelia. Chłopak przerzucał bezmyślnie wzrok z jednej osoby na drugą.
– Znowu miał zły sen… biedactwo – poczuł pachnącą dłoń Lukrecji na policzku.
– Co się dzieje? Wypuśćcie mnie… – słowa ugrzęzły mu w zachrypłym gardle.
– Drogi młodzieńcze… – mężczyzna podszedł pełnym dostojeństwa krokiem do stoliczka ułożonego przy łożu i przemieszał jakiś płyn w niewielkiej miseczce. Dopiero teraz Filemon zauważył tuż pod swoją pachą szeroką paletę błyszczących metalowych haków, noży, szczypców i igieł poukładanych w idealnym porządku na lnianej płachcie. – Dobrze wiesz, że nie wypuścimy cię po tym co ujrzałeś. Nie żeby porządni ludzie martwili się o los postaci tak nikczemnych jak twój trudniący się paserstwem przyjaciel. Ale ksiądz i paser to już o dwa zaginięcia za dużo.
Filemon poczuł, jak ponownie obezwładnia go narastające przerażenie. O tak, powinien był bardziej przejąć się nieobecnością księdza.
Spojrzał błagalnie na panią Dryn. Widząc jedynie zniewalający uśmiech, przerzucił wzrok na Ofelię.
– Poznałeś naszą córkę. Jest bardzo gościnna. Ale ty nie odpowiedziałeś dobrymi manierami, nie chciałeś jej nic powiedzieć.
– Zupełnie nic – dziewczyna wzruszyła ramionami w teatralnym geście. – Skupił się tylko na sobie i swoich swawolach ten drapichrust.
– Pytamy o kobietę, która odmieniła twoje życie. O tą, o której pisałeś w liście do egzorcysty – wyjaśniła Lukrecja, zbliżywszy się do łóżka. – Gdzie ona jest? Komunikujesz się z nią? Widujesz w snach?
– Aach! – chłopak pisnął głośno, gdy Miron wepchnął mu zakręcony haczyk pod żebro. – Nie! Nic wam nie powiem, jesteście szaleni!
Ku jego zdumieniu, reakcję stanowiły jedynie pobłażliwe uśmiechy, które wymienili między sobą.
– Taki duży chłopak, a taki mazgaj – kobieta pokręciła głową z dezaprobatą patrząc na Filemona.
Wysunęła stopę z pantofla i bosą przycisnęła ją do jego przyrodzenia. Poczuł silny ucisk, jednak w porównaniu z kłującym pod sercem haczykiem, był to zaledwie dotyk miękkiej stopy. Ze wstydem uświadomił sobie, że się podniecił.
Lukrecja nachyliła się i uderzyła go w twarz.
– Ten zwyrodnialec to lubi! A krzyczy, żeby go wypuścić – rozległ się jej głęboki chichot.
Przez najbliższą chwilę potok drwin i śmiechu całkowicie odebrał mu chęć do walki. Śmiejące się kobiety uciszył dopiero Miron delikatnym gestem dłoni, choć sam ciągle szczerzył się półgębkiem.
– Mój drogi, musisz nam powiedzieć. Od lat czekamy na nią, by zanurzyć się w blasku jej mocy, przyjąć jako naszą panią i oddać jej należną chwałę – w oku starca pojawił się błysk, uśmiech znikł doszczętnie. Chłopak zorientował się, że jest zupełnie poważny.
– Wy…? To znaczy kto?
– Ludzie, którzy odrzucili ciemnotę Kościoła, ludzie potrafiący czytać między wierszami, wyłuskując prawdę. Księgi sprzed wieków wspominały o niej, w następnych latach przenikając do legend i opowiadań.
– Ty byłeś, zdaje się, taką kościelną dziwką – wtrąciła oskarżającym tonem kobieta, wbijając w niego paznokcie palców u stóp.
W międzyczasie Ofelia musiała się ulotnić, gdyż Filemon nie mógł odnaleźć jej teraz wzrokiem.
– Ale ja nic więcej nie wiem! Proszę… wypuśćcie mnie. Spotkałem ją ten jeden raz tamtej nocy w lesie i na tym koniec. Wszystko napisałem w liście…
– …to skończysz tak jak klecha – odparł z grobową miną Miron, lecz po chwili na jego licu zagościł uśmiech, zupełnie jakby przypomniał sobie o manierach.
Chłopak tylko załkał i westchnął bezradnie. Burmistrz założył mu kolejne haki. Po cztery po każdej stronie mostka. Sprężyste żyłki napinał prosty mechanizm korbki zawieszonej nad łożem. Kolejny raz został spoliczkowany. Tym razem przez mężczyznę.
– Nie maż się, będziesz godną ofiarą. Skoro nie możesz nam pomóc poradą, zrobisz to jako jagnię poświęcone ku jej przyjściu – oznajmił pogodnie Miron. – Inaczej nie mogło się to skończyć. Wina za zabicie księdza, łachmyty i ciebie spadnie na twojego kociego przyjaciela, którego reputacja i kontakty mówią same za siebie.
Lukrecja zaczęła kołysać stopą.
– Dostąpiłeś zaszczytu obcowania z nią, powinna rozpierać cię radość. Zepsuliśmy cię przed śmiercią i przez to trafisz do piekieł. To nie mogło się lepiej skończyć – dodała z powagą, a kiwający głową mąż z uznaniem jej przytaknął.
Kobieta zsunęła spódnicę razem z bielizną i obróciwszy się, usiadła bez skrępowania na męskości Filemona.
– Zawsze chciałem mieć syna – rzekł pod nosem Miron, mieszając spokojnie miksturę przy stoliczku.
Ból narastał z każdą chwilą. Pod wpływem pełnych gracji ruchów żony burmistrza chłopak zaczął się wiercić na materacu, a jego klatka piersiowa unosić coraz silniej w gwałtownym oddechu. Haczyki wbijały się coraz dotkliwiej, prawie jakby miały zaraz wyrwać mu żebra.
– Do wieczora będziesz już zielony, a twoje ciało zacznie gnić od środka, Filemonie. Będziesz lalką wypełnioną ropą i zepsuciem.
– Może zachowamy go na dłużej, mężu? – Lukrecja zaczęła dociskać spięte pośladki jeszcze żwawiej. – Taki śmieszny zielony chłopiec mógłby bawić u nas do następnej pełni, zanim by się rozpłynął…
Filemonem targnęło rozkoszne mrowienie między nogami, rozlewające się impulsywnie na całym ciele. Uśmierzyło na krótką chwilę torturę. Jednak zaraz potem cierpienie powróciło ze zdwojonym natężeniem. Ostre stalowe zęby na linkach rozrywały mu pierś, kiedy leżał już bez sił. Czuł się kompletnie opuszczony.
Oprawczyni podniosła się i otrzepała śliskie pośladki. Następnie wślizgnęła się w ubranie i pożegnawszy męża całusem, opuściła komnatę.
Chłopak spędził z Mironem następne kilka godzin, leżąc bezwładnie. Mężczyzna opowiedział mu, jak od zawsze marzył o wiecznej młodości i długowiecznym żywocie pełnym władzy i wpływów. Zrozumiał jednak, że bez spotkania z czarownicą nigdy nie zrealizuje swoich marzeń. Maczał właśnie masywny szpikulec w wymieszanej mazi, kiedy drzwi otworzyły się bezgłośnie. Do pokoju wszedł mężczyzna okryty wypłowiałym ciemnym łachem, stąpając swobodnie niczym dziki kot. Zbliżył się do burmistrza i złapał go za rękę, zatrzymując igłę tuż przed skórą chłopaka, a następnie rozpłatał staremu gardło sztyletem. Miron nie zdążył nawet wydać okrzyku. Osunął się na podłogę, a wokół niego rozlała się niewielka kałuża krwi. Filemon otworzył szerzej oczy, a gdy do pomieszczania wtargnął Finn, odżył zupełnie. Wrzawa, jaka dobiegła ich z zewnątrz, nie pozostawiła złudzeń, że już ich szukają.
Przedzierali się przez kręte korytarze, brnąc wgłąb starej budowli. Kolejne odnogi wieńczyły wyłącznie pochyłe przejścia i schody prowadzące w dół. Już dawno pożegnało ich światło dzienne, a zamontowane na murach pochodnie żarzyły się złowrogo. Pozbierali kilka z nich po drodze. Krzyki i nawoływania towarzyszyły im nadal, choć raz mniej, raz bardziej przytłumione. Kilkakrotnie dało się słyszeć szczekanie psów. Im niżej się zagłębiali, tym więcej pomieszczeń mieszkalnych napotykali. Filemon zrozumiał, że większość ludzi zamieszkiwała podziemia, których widzialny na powierzchni szczyt funkcjonował pod pozorem ratusza. Osadę zamieszkiwał wyłącznie najmniej ważny element tutejszej przedziwnej społeczności. Wreszcie mógł odetchnąć, zatrzymali się bowiem w miejscu, gdzie korytarz poszerzał się do rozmiarów długiej sali. Dobrze, że zdążył narzucić ubranie przed ucieczką, panował tu bowiem przenikliwy chłód. Zaledwie kilka żagwi tliło się blado rozjaśniając szare mury. Między nimi ciągnęły się dwa rzędy posągów, wytartych na tyle przez czas, że nie dało się odgadnąć ich wyobrażeń.
Złapał Finna za rękaw i łypnął na nieznajomego.
– Kto to jest?
– To… Morderca – odparł, urywając szybko, gdyż do środka, niewidzianym dotąd przejściem wparował oddział strażników. Od razu skoczyli na nich w pełnym szyku.
Morderca walczył jak pantera. Wywijał uniki ciałem, innym razem pociągnął za włócznię lub szarpnął za ubranie, by ostatecznie zatopić ostrze w ciele przeciwnika. Finn schował się za posągiem, gdy dopadło do nich dwóch strażników. Filemon zdążył podnieść leżącą na posadzce włócznię. Zakręcił nią w powietrzu i przeciął je tuż przed mężczyznami. Wiedział jak się z nią tańczy. Jako okrętowy boy posługiwał się bosakiem wprawnie, również w bijatykach między zwaśnionymi załogami statków. Zamarkował ucieczkę do kamiennych brył i pchnął orężem zdecydowanie przed siebie. Zaostrzony koniec ześlizgnął się po broni przeciwnika i wbił przy jego biodrze. Dobiegł do nich Morderca.
– Uciekajmy, kolejni nadbiegają!
– Ale tutaj nie ma już żadnych korytarzy. To zamurowana sala – jęknął nieszczęśnie Filemon, mknąc przez kolumnadę dziwacznych rzeźb.
Znaleźli Finna pod jedną z nich, prawie na samym końcu. Tuż przy podstawie w spękanej podłodze widniała rozpadlina. Finn poślizgnął się na drugiej stopie i zapadł się pod ziemię. Czując na plecach pełen nienawiści wrzask i pęd ostrzy, Filemon rzucił się za przyjacielem w czeluść.
Spadali, turlali się i obijali o ściany i siebie wzajemnie niemal w nieskończoność. Filemon począł dukać modlitwę na głos, błagając by każde kolejne uderzenie o skałę lub twardą ziemię było ostatnim. W końcu został wysłuchany, gdyż kanał przekształcił się w coś w rodzaju szybu, którym sunął w dół z coraz większą prędkością. Za sobą usłyszał Finna. Łupnął w bryłę pozlepianej ziemi i wpadł do zimnej wody. Okazała się to być płytka sadzawka. Upadku Finna jednak nie słyszał.
– Żyjesz? – z tyłu odezwał się znajomy głos.
– Spadasz jak kot na cztery łapy… tak.
Otoczyła ich całkowita ciemność, na tyle ślepa, że nie było widać różnicy po zamknięciu i otwarciu oczu. – Jednak oczy ci nie świecą w mroku. A szkoda…
Filemon czuł piekące rany na ciele. Szaleńczy zjazd rozciął skórę w paru miejscach, podrażniając też na nowo okaleczenia wyryte na torsie. Obmył się zimną wodą tam, gdzie bolało najbardziej.
– Ciągle mam pochodnie – oznajmił niespodziewanie trzeci głos. Jakimś cudem mężczyzna dostał się na dół bezszelestnie.
– Znalazłeś inną drogę?
Finn jednak nie doczekał się odpowiedzi. Za to w ciszy rozległo się stukanie. Ciche jednostajne cykanie odbijało się echem po podziemnych ścianach. Wreszcie pojawiły się pierwsze iskry, a wkrótce potem wszystkich ich oślepił płomień na żagwi.
– Jesteśmy bardzo głęboko pod ziemią. Mogą tu być inne, dawno przysypane korytarze. Poszukajmy ich, o ile chcemy dostać się do wyjścia.
Szybko zorientowali się, że nie istnieje inne rozwiązanie, niż pójście w dół strumyka. Jaskiniowy korytarz nie był zbyt szeroki, na dodatek zwężał się z każdym mijanym metrem. Woda znajdowała ujście w niewielkiej szparce o rozmiarach otworu na oczy w przyłbicy hełmu.
– Nie wyjdziemy stąd…
– Czekaj. Tu coś jest – Finn przykucnął na lewo od potoku.
Zaczął skrobać pazurami i na przemian potrząsać skalnymi wypustkami. Zaczęły się lekko bujać, a po dłuższym rozruszaniu zrobiły się kompletnie luźne. W końcu chłopak odrzucił na bok kilka płaskich skałek.
– Poczułem przepływ powietrza w tym miejscu – oznajmił uradowany i poprosił o pochodnię.

Przeczołgiwali się przez wąską szczelinę przez najbliższe godziny. Kiedy wypaliła się druga pochodnia, Morderca stwierdził, że nie ma sensu rozpalać kolejnej. Zajmuje to zbyt dużo czasu i zbyt często trzeba rozpalać płomień na nowo. W dodatku było tu niezwykle duszno, a każde głośniej wypowiedziane słowo powodowało zadyszkę i zsypywanie się kamyczków wokół. Przedzierali się więc po ciemku przez kolejny dzień, a może dłużej. Filemon kompletnie stracił rachubę. Każdorazowy krótki sen kończył się ziemią w ustach i łaskotaniem pajęczych odnóży wokół karku. Głód drążył ich żołądki na tyle długo, że nie byli specjalnie wybredni, kiedy przyszło im sięgnąć po jaskiniowe stworzenia. Gdy na chwilę rozpalili płomień, szereg małych żyjątek przemykał między ich dłońmi. Małe, blade, pozbawione oczu stworzenia trudno było sklasyfikować. Tym łatwiej Filemon przemógł się do wsunięcia sobie owych w usta. Wmawiał sobie, że są to ostrygi, małże, małe rybki, byleby tylko nie nazwać ich robactwem. Choć pierwszy posiłek zwymiotował, kolejne spałaszował gładko.
Kiedy któregoś razu, prowadzący ich Finn zaczął odgarniać ziemię, by utorować dalszą drogę, coś zaczęło łupać.
Świetnie… zaraz zgniecie nas ziemia. Zjedzą nas robaki. Wtem ręce zapadły mu się w podłożu, a zaraz potem poczuł, że runął w dół razem z ziemią.
Kiedy odzyskał przytomność, pękała mu głowa. Zdrętwiałe kończyny leżały bezwładnie i dopiero silna wola i ogrom skupienia pomogły chłopakowi ponownie nimi poruszyć. Uniósł się spod warstw ziemi, chrzęszcząc stawami przy niemal każdym ruchu. Wymacał pochodnię, niedługo potem udało mu się pobudzić iskry.
– Żyjesz, Finn? – potrząsnął kompanem. – Halo?
Dopiero uderzenie w policzek i splunięcie w twarz ożywiło chłopaka.
Po Mordercy nie było śladu. Miejsce, do którego trafili, nie przypominało niczego im znanego. Po środku przestronnej komnaty wznosił się obelisk, natomiast odległe i wysokie ściany zdobiły nieregularnie poumieszczane półki. Płyta, po której stąpali była równa, choć tu i ówdzie przysypana gruzem i ziemią. Filemon opowiedział Finnowi o wszystkim, co spotkało go, od kiedy rozstali się na biesiadzie. Siedzieli plecami do siebie oparci o centralny słup komnaty.
– To jakaś sekta? Coraz mniej mi się to wszystko podoba. Nawet jeśli stąd kiedykolwiek wyjdziemy, wszystko się zmieni. Biedny Tomm… tak niesprawiedliwie go oceniłem – Finn pokręcił głową zrezygnowany.
Nie znaleźli żadnych żywych istot, a głód zaczął dawać o sobie znać. Niemniej Finnowi udało się zebrać okazałych rozmiarów grzyby po wdrapaniu się na wyższe półki. Ruinę porastał wyłącznie jeden rodzaj grzyba. Masywny i pokryty kapeluszem koloru intensywnej purpury. Słodkawo-kwaskowaty smak wyśmienicie wypełniał żołądek po tym, co jedli przez ostatnie dni. Gasił również pragnienie, choć po każdym kęsie rósł apetyt na kolejny. Filemon nie pamiętał, kiedy zaczął widzieć podwójnie. W zasadzie zorientował się dopiero, gdy obelisk zakręcił kółko w powietrzu, migocząc przy tym jednostajnie. Finn wybuchł śmiechem. On również kręcił się Filemonowi przed oczyma, pomimo że stał w miejscu. Ruszyli przed siebie równo, a żeby nie upaść, podtrzymywali się ramionami. Zatoczyli się w jedną, potem w drugą stronę, by za trzecim razem runąć na obelisk. Latał przed oczami wciąż tak samo, choć dało się słyszeć donośne gruchnięcie. Może zderzenie pogruchotało im kości? Jednak w tym samym czasie jedna z płyt zaskrzypiała przeraźliwie i osunęła się w ukrytą pod spodem szczelinę. Oślepiło ich białe światło, a ciepłe powietrze wdarło się do środka. Pochodnia upadła na podłogę. Za otwartymi wrotami Filemon dojrzał czubki drzew w oddali. Rozciągnął usta w głupkowatym, narkotycznym uśmiechu i uświadomił sobie, że nie ma już do czego wracać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *