Dlaczego nienawidzę świąt

Dlaczego nienawidzę świąt

Ledwie tylko się zjawił, wyczułem, że coś się święci, jak to na święta. Po pięciu minutach, kiedy już siadł z kubkiem gorącej herbaty w zziębniętych dłoniach (oczywiście przyszedł bez rękawiczek), oświadczył:
– Będzie świąteczne wydanie.

„Zaczyna się”, pomyślałem tylko, czekając przezornie na ciąg dalszy.
– Napiszesz do niego tekst – raczej stwierdził, niż zapytał. – Pogodny: o Mikołaju, prezentach, choinkach i takie tam.
– Dlaczego ja? – wyrwało mi się. – Niech Marek napisze!
– Nie martw się, Marek ma co robić.
– Bartek…? – pokręcił tylko głową. Drążyłem więc dalej: – Roman? Jacek?

W odpowiedzi usłyszałem:
– Przecież dla Ciebie to żaden problem, nie będę zawracał głowy wszystkim po kolei. Poza tym blisko mieszkasz. To prawda, nieraz już przeklinałem pomysł wprowadzenia się do bloku obok, teraz różne ciepłe uczucia wróciły z pełną wyrazistością.

Cóż było jednak robić, Pietras siedział niewzruszenie po drugiej stronie stołu, najwyraźniej oczekując entuzjazmu i deklaracji. Zniecierpliwiony siorbnął wreszcie znacząco herbatą.
– Mam dużo pracy… – spróbowałem ostatniej deski ratunku. Ale był przygotowany na taką ewentualność.
– A co robiłeś w ostatni weekend? – wiedział doskonale, bo spędziliśmy go razem, niezbyt zresztą produktywnie.

Poddałem się zatem.
– Na kiedy? – spytałem słabo w nadziei, że nie na jutro. Przynajmniej to zostało mi oszczędzone.
– Na przyszły tydzień. – rzucił zapalając papierosa. – Tylko bez smęcenia jak zwykle. Lekko, pogodnie, dowcipnie – pochylił się z ojcowską łagodnością w moim kierunku. – Wiem, że potrafisz.
– Nie smęcę, tylko poruszam drażliwe tematy – obruszyłem się z lekka.
– Taaa, moja diffenbachia jest bardziej drażliwa od twoich tematów. Poza tym robisz ostatnio mnóstwo literówek…

Wzruszyłem ramionami.
– Obiad ci się przypalił czy zafarbowałeś tę jasną koszulę? – rzuciłem na oślep w kłęby dymu przed nosem.
– Po prostu nienawidzę świąt. – stwierdził sentencjonalnie, a po krótkim namyśle dodał:
– Chociaż kto tak naprawdę nawidzi? Chyba tylko handlowcy.
– Aha, i pewnie dlatego zadręczałeś mnie przez cały tydzień gwiazdkową galerią z aniołkami?

Z wrodzonym wdziękiem zignorował moje pytanie. Nareszcie domyśliłem się, po co tak naprawdę przyszedł.
– Jarek jedzie do domu…?
– No.
– A ty? Planujesz jakiś wyjazd?
– Niee, nie chce mi się. Sam wiesz: tłumy w pociągach, horror w dwie strony… Nie mogę wziąć urlopu. Poza tym z ojcem znów coś nie bardzo…
– Wydawało mi się, że ostatnio z nim rozmawia… – zacząłem, zanim uświadomiłem sobie, że coś nie bardzo jak zwykle, i że „ostatnio” oznacza w tym wypadku „na Wielkanoc”.

Przez dwie minuty siedzieliśmy bez słowa. Pietras swoim zwyczajem gwizdał coś pod nosem. Potem odpalił od dogorywającego peta nowego papierosa.
– Nie masz przypadkiem jeszcze jakichś moich numerów „Männer Aktuell”? W zeszłym roku był świetny materiał o świętach.
– Wydaje mi się, że wszystkie ci oddałem. O co ci chodzi tym razem, o teksty czy o grafikę?
– Wszystko jedno, bo nic nie mogę znaleźć. Pochowałem całą prasę po kątach, kiedy siostra Jarka przyjechała z wizytą. Wczoraj dwie godziny zajęło mi przewrócenie całego mieszkania do góry nogami i okazało się, że połowa mi gdzieś poginęła. Brakuje mi jednego aniołka – przez moment pomyślałem, żeby zaproponować jakieś swoje zdjęcie, kiedy westchnął rozbrajająco:
– Szlag może trafić, chyba powinienem sobie zresetować mózg…
– Chyba raczej powinieneś sobie trochę odpuścić.
– Co masz na myśli? – zabębnił nerwowo palcami po stole.
– Przesadzasz z tą stroną – zacząłem ostrożnie. – Przecież nikt ci nie kazał robić witryny na Boże Narodzenie… Naprawdę nie masz innych zajęć?
– Owszem, biegam za prezentami – na moment nieznacznie się rozpogodził. – Kupiłem parę świetnych rzeczy. Ale dla siebie – zreflektował się. – Nie wiesz gdzie można kupić sofę?

Powoli zacząłem kojarzyć fakty.
– Coś marnie wyglądasz – zaszemrałem z podstępną troską. – Jakby szczuplej…
– Nie mam czasu na takie bzdury jak jedzenie… – wymamrotał z rozpędu i zamilkł.

Wszystko stało się jasne.
– Zostawił cię? – zapytałem.
– To widać? – wyrwało mu się. – Cholera, tak się staram!
– Czarować to możesz ciocię Zosię. O co tym razem poszło? Znów czyściłeś kibel ściereczką do naczyń?
– Też coś – żachnął się bez przekonania – to było dawno i nieprawda…
– Spóźniłeś się? Zapomniałeś o imieninach?
– No wiesz co! Ja przecież nigdy…
– Tralalala… No to co? Papierosy?
– Ostatnio wcale dużo nie palę… – zaciągnął się głęboko, żeby zyskać na czasie, i dla zmyłki zaczął pilnie studiować tytuły książek na półce, zupełnie jakby zobaczył je po raz pierwszy. Poważnie zaniepokojony zastanawiałem się, co tym razem wymyśli w nagłym przypływie energii spowodowanej rozstaniem.
– Wiesz, że on nie czytał „Mistrza i Małgorzaty”? – zapytał pozornie bez związku.
– O ile pamiętam sam jej nie skończyłeś – przypomniałem życzliwie.
– No właśnie. Ale Marcin czytał!!!
– No cóż, to wiele wyjaśnia – stwierdziłem. – A kto to jest Marcin?
– Święty Mikołaj! – wrzasnął zniecierpliwiony. – Ten pieprzony Mikołaj z przedszkola!
– Od twojego siostrzeńca? Ten przystojniak?
– Powiem więcej, mój kuzyn!
– Ale przecież… sam posłałeś Jarka do przedszkola na ten bal.
– Bo się, kurna, przeziębiłem. A poza tym skąd mogłem wiedzieć, że Marcin jest gejem! W taki ziąb strasznie łatwo coś złapać!

Pomyślałem, że chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.
– Przecież osobiście ci opowiadałem, że go kiedyś spotkałem w knajpie, ale jak zwykle nie słuchałeś… Nawet się wtedy dosyć mocno interesował Jarkiem ale nie dało mi to wtedy specjalnie do myślenia.
– Zamknij się – spojrzał na mnie wzrokiem poturbowanego łososia. – Chociaż raz mógłbyś mnie nie dobijać!
– A co ja mogę za to, że mnie nie słuchasz? I że nigdy nie udaje ci się utrzymać faceta do świąt! Zakochałbyś się choć raz w październiku, to nie dręczyłbyś mnie potem w każdego Sylwestra, zalany w trupa!
– Przyganiał kocioł garnkowi – przypomniał grobowym tonem. – Ciekawe, gdzie się podziewają wszyscy twoi wielbiciele… Ostatni nie przyszedł nawet na drugie spotkanie.

Zapadła cisza. Pietras zapalił kolejnego papierosa i zaciągnął się kilka razy pod rząd. Poprzedni wciąż jeszcze tlił się porzucony na brzegu popielniczki.
– Kurwa, jak ja nie znoszę świąt! – westchnął. – Prezentów nie mam, faceta nie mam, rodziny nie mam, a wszystko przez jakiś gówniany, czerwony kapocik ze szlafmycą. Nic tylko się powiesić.
– Mnie to mówisz? Proud to be gay, nie ma co…
– Żebyś wiedział – z dezaprobatą zgasił w filiżance dopiero co zaczętego Marlboro. – To co napiszesz ten tekst?
– Spróbowałbym nie… – mruknąłem z rezygnacją. – Za to ty zrobisz sałatkę. Na święta i na Sylwestra!
– Potwór – żachnął się odruchowo. – Doskonale wiesz, że zrobię. Ale pod warunkiem, że będziesz spał z brzegu. I ubierzesz choinkę. W ogóle to już dawno powinieneś ją wyjąć… – nagle się ożywił. – A może kupimy prawdziwą? Wiem, że nie lubisz, bo się sypią, ale za to jak ładnie pachną… Tylko ten jeden raz, proszę! Masz jeszcze te stare światełka? Poza tym trzeba kupić suszone borowiki…

Mówił dalej, lecz ja przestałem słuchać. Zastanawiałem się intensywnie, co takiego jest w świętach, że nie potrafię wystawić go za drzwi. Bo przecież już od kilku lat obiecuję sobie na Nowy Rok, że nigdy więcej nie będę z nim sypiać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *